Author's note

Zanim zaczniecie czytać muszę wytłuścić kilka spraw. Chciałem aby były one widoczne bez tłumaczenia ale jeśli ja je tutaj napiszę to rozwieje kilka wątpliwości.
Przede wszystkim: wiele rzeczy które ja tutaj zamieszczam ma wydźwięk ironiczny. Stwierdzenie, że "wróciłem do kraju mlekiem i miodem płynącym" w dosłownym rozumowaniu nie pasuje do kontekstu wspaniałych świąt i ludzi z jakimi spędzałem czas w Polsce.
Piszę o Anglii jaką widzę, a nie jaką czuję. To fakt, że kraj jest bogatszy i łatwiej się w nim żyje (jak się ma pracę i pieniądze) ale urodziłem się w Polsce, tam całe życie spędziłem i do tego miejsca tęsknie.
Nie traktujcie wszystkiego dosłownie, weźcie jednak pod uwagę, że nie wyolbrzymiam i to co piszę jest prawdą (Breakdown).

piątek, 6 listopada 2009

Zaczarowany ołówek

Zastanawiałem się kiedyś czy ktokolwiek próbował rozszyfrować tytuły moich postów. Prawda jest taka, że prawdopodobnie nie wyszło by to za bardzo bez dogłębnej analizy i przesłuchania świadków ale mimo wszystko byłem ciekaw czy jakieś podejrzenia się nasuwały. Dzisiejszą porcję literek w logicznym skupisku nazwałem od cudownej bajki z dzieciństwa nie bez powodu. Zdarzyło się w moim życiu, jak i w życiu wielu innych osób, że malutkie czyny, pozostawione w normalnej sytuacji bez zainteresowania, miały ogromne znaczenie. I tak jak u mnie, tak i u znajomego, któremu spalił się dom. Cała seria dziwnych malutkich wydarzeń nastąpiła po tym tragicznym wypadku, która sprawiła, że z poszkodowanego, gościu ten przeszedł przez wszystkie etapy socjalnego napiętnowania do poziomu zapomnienia. Zjednoczona większość Polska w ciągu kilku godzin zorganizowała sztab dowodzenia kryzysowego zapewniając wsparcie finansowe, mieszkaniowe i psychiczne, po czym jeszcze szybciej zamieniła to w 600 wersji teorii spiskowych. Wiadomości z 10 źródła niczym głuchy telefon zmieniały swój sens od pomidora do silnika spalinowego i tak w końcu już nikt nie wiedział jak to było naprawdę. Najlepsze przyszło jednak na końcu, kiedy to mój ulubiony portal z twarzą książki stał się źródłem walenia głową w ścianę na zmianę z histerycznym śmiechem wszystkich rozgarniętych. Pojawienie się zdjęć zgliszcz pokoju i osmolonej łazienki na pewno dostarczyło ogromnego pocieszenia psychicznego dla tego, kto widział na nich swoje nie istniejące łóżko, czy ścianę, gdzie kiedyś wisiały zdjęcia. Dobrze, że zawsze znajdzie się ktoś kto skomentuje: "Świetne zdjęcia! Ale o co chodzi?" Myśl, mów, nie odwrotnie.


Zastanawiam się już dłuższą chwilę co napisać. Ostatnie zwroty akcji wrzuciły mnie w wir pracy a wyciągnęły z emocjonalnych rozterek a to jednak one dostarczały mi najwięcej materiału do pisania. Ułożyłem sobie opinię o Anglii i moje podejście do tego kraju. Zerwano wiele więzi łączących mnie z Polską i pozostały tylko te najsilniejsze. Nie jadę nawet na święta i choć tęsknie za moją rodziną, to nie przeraża mnie ta myśl. Wizja pozostania na wyspach staje się coraz bardziej realna. Prawda jest też taka, że dzięki temu wyjazdowi uświadomiłem sobie jaki świat jest malutki i, że spakować walizki i pojechać do stanów a nawet żyć tam to tylko kwestia tego, czy by mi się spodobało a wcale nie wykluczam żadnej z tych opcji. W Polsce nie czeka na mnie nic. Start od zera, tworzenie kontaktów, szukanie pracy i bezustanny stres na początku. Entuzjazm szybko spada a badania psychologiczne dowodzą, że Polak na emigracji, który wraca do ojczyzny, długo przystosowuje się do panujących warunków i przeżywa potężne problemy z tego powodu. Sam pamiętam, jak w wakacje musiałem zostać upomniany, zanim zorientowałem się, że wytykałem wiele rzeczy tak strasznie odmiennych od tych, które są tutaj, lub jak prosto w twarz powiedziałem sprzedawcy w sklepie, że jest chamem. W końcu się przyzwyczaiłem do wszystkiego i znów czerpałem radość z każdego kwiatka, ale to były wakacje.
Te dość poważne stwierdzenia do mojej głowy przyszły w momencie, kiedy podpisałem kontrakt w nowej pracy. Stałe godziny, stałe miejsce, i jedyne co ulega zmianie od czasu do czasu, to liczba, określająca ile tam pracuje, która i tak nie spadnie poniżej zadowalającego minimum. Z każdą godziną tam spędzoną, rośnie wpis do CV bo to już nie restauracja. Z każdym dniem, zapełniam kalendarz nowymi sesjami. Kolejni wpływowi ludzi poznani. Kolejna wizytówka oddana. Nagle zna mnie ktoś z Londynu, nagle znajoma chwali artystom w Paryżu, nagle pomagam w galerii a moje zdjęcia pojawiają się w magazynach i książce z moim nazwiskiem. Ktoś kręci mnie na festiwal, ktoś chce zrobić wywiad o innym projekcie. Z każdym tygodniem pojawia się więcej zleceń od uniwerku. Z każdym miesiącem nowe okazje w galeriach gdzie wykorzystałem już dwie. A z każdym rokiem, oddalam się od Polski siedząc w kawiarni z przyjaciółką, która widzi świat tak samo.


Strugam włócznie do sesji z pięknymi kobietami przebranymi za Rzymskie wojowniczki. Dostałem wszystko od zbroji i skóry pod nie, po nagolenniki i buty. Tylko broni mi nie dali ale to już sam montuje.


Mama ma zawsze rację.

4 komentarze:

Karolina pisze...

dobrze, że piszesz, chociaż to smutne.
bałam się, że nie będziesz już tu zaglądał.
powodzenia!

Rafał pisze...

Tak, jak wiele razy już Ci wspomnialem I like the way you write... :)

michas pisze...

I tak Cię kochamy. true story

Hzy pisze...

good for you

btw ostatni wplywowy czlowiek jakiego poznalem to renata beger (gimnazjum wczesne chyba)