<?xml version='1.0' encoding='UTF-8'?><?xml-stylesheet href="http://www.blogger.com/styles/atom.css" type="text/css"?><feed xmlns='http://www.w3.org/2005/Atom' xmlns:openSearch='http://a9.com/-/spec/opensearchrss/1.0/' xmlns:georss='http://www.georss.org/georss' xmlns:gd='http://schemas.google.com/g/2005' xmlns:thr='http://purl.org/syndication/thread/1.0'><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615</id><updated>2011-07-26T01:34:09.632+01:00</updated><title type='text'>England Adventure</title><subtitle type='html'></subtitle><link rel='http://schemas.google.com/g/2005#feed' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/posts/default'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default?max-results=100'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/'/><link rel='hub' href='http://pubsubhubbub.appspot.com/'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><generator version='7.00' uri='http://www.blogger.com'>Blogger</generator><openSearch:totalResults>58</openSearch:totalResults><openSearch:startIndex>1</openSearch:startIndex><openSearch:itemsPerPage>100</openSearch:itemsPerPage><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-4527953694526483866</id><published>2010-05-27T23:59:00.006+01:00</published><updated>2010-07-17T12:01:45.430+01:00</updated><title type='text'>Nowy Blog!</title><content type='html'>&lt;div style="font-family: Verdana,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Odpaliłem sobie nowego eksperymentalnego &lt;a href="http://lg-photoblog.blogspot.com/"&gt;bloga&lt;/a&gt; gdzie umieszczam swoje wybrane i ulubione zdjęcia.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-4527953694526483866?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/4527953694526483866/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=4527953694526483866' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/4527953694526483866'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/4527953694526483866'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2010/05/nowy-blog.html' title='Nowy Blog!'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-1318327197418849207</id><published>2010-05-26T19:49:00.010+01:00</published><updated>2010-05-27T00:30:40.365+01:00</updated><title type='text'>Reinkarnacja...ale jeszcze nie teraz.</title><content type='html'>&lt;div style="font-family: Verdana,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Zanim zaczniecie czytać muszę zauważyć, że ta notka była przeze mnie pisana chyba z dwa miesiące. Znaczy to, że nie dość, że będzie dłuższa niż konstytucja to na dodatek przedziały czasowe nie będą miały w niej kompletnie sensu. Będzie w niej panował wielki bałagan no i cóż – trudno.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="font-family: Verdana,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Te kilka paragrafów pisałem jeszcze przed zakończeniem roku.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="font-family: Verdana,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Moje studia w Anglii zaczynaja powoli wygladac jak praca w Anglii. Drugi rok glownie obraca mi sie wokol wlasnie tej czesci zycia. Nie wiem na jakim etapie skonczylo sie opowiadanie o moich losach bo jak mozna bylo zauwazyc testowalem rozne style pisania a ze pierdniecie muchy bylo glosniejsze niz jakikolwiek odzew to widze, ze powroce do starego dobrego strzeszczania dnia, i wyglaszania opinii na linii ja – swiat.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Verdana,sans-serif;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Wspomnialem o zmianie sposobu zycia. Coz. Nie dziwota kiedy moje studia ostatnio zaczely sie sprowadzac do lekkiego minimum. Zajec mam mniej, bo zalatwilem sobie praktyki zamiast jednego modulu, wyklady, ktore powinny byc czesto sa krotkie no i zamiast jak oni by tego chcieli, koncentrowac sie na samoksztalceniu I robieniu projektow, ja szukam sobie jak najwiecej pracy moge. W ten sposob moja wspolpraca z uniwerkiem zaczela sie rozwijac i wywiady, ktore dla nich krecilem, choc z mojej perspektywy slabe jak puszczanie muzy z komórki, komitetowi, który zarządza instytucją zajmującą się polepszaniem możliwości karierowych młodych absolwentów, przypadły do gustu. Poza tym po długiej nieobecności odezwał sie do mnie Dean i jeśli wszystko wypali to za rok będę gotowy, żeby zostać współudziałowcem w jego firmie a na razie znowu asystuje mu od czasu do czasu co uwielbiam niesamowicie. Aktualnie jednak siedze w Diffusion i robie dla nich zdjęcia na stronkę internetową i do różnych materiałów promocyjnych. Tak jak na początku praca ta była dla mnie tak nudna i bezsensowna jak czesanie włosów na odnogach owadów tak teraz uczciwie powiem, że strasznie ją lubię. Zżyłem się mocno z ludźmi, z którymi pracuję i przestałem już być zwykłym praobkiem a docenianym fotografem tak więc i zadania mam inne. Dobra, w sumie to jednak wcale nie fascynuje mnie gadanie o mojej pracy. Mógłbym godzinami opowiadać co robię dla kogo bo ładuje w siebie roboty ile tylko mogę ale co z tego. Jeśli chcę to kiedyś wydać jako książkę to albo muszę się komuś zsikać na czoło, żeby mnie zauważono albo wrócić do swojego stylu krzyczenia, że nie ma Jezusa a nie głaskania poduszki po poszewce. Tak więc chrzanie opowiadanie, o moim uśmiechaniu się i wracam do bezczelnego komentowania i przejmowania sie opinią tylko kilku osób.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="font-family: Verdana,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Zacznę od czegoś może jednak nie aż tak objazdowego. W Anglii istnieje takie pismo - „Big Issue”. Jego zamierzeniem jest wspomaganie bezdomnych gdyż tylko oni je sprzedają na ulicy. Nie jest to byle gówniana gazetka a całkiem sensowny magazyn w rozsądnej cenie. Do czego zmierzam? Niestety, ale nazwijcie mnie bezdusznym gnojem jeśli chcecie, a ja i tak niczym Marek Kondrad, na ulicznego błagacza zareaguje nieuległym „nie mam” czy innym kłamstwem. I teraz bez jakichś wielkich och i ach bo bądźmy szczerzy ale reagujecie tak samo. Co innego jak zapuka ktoś do mych drzwi czy na ulicy uczciwie poprosi o trochę jedzenia to z plakietką wzorowego harcerza i wielką radością oddaje mu słodycze ze świąt i jakiegoś bigosu w słoiku. Taka jest prawda. No ale wracając do pisma. Ci ludzie generalnie są mistrzami marketingu bo nie narzując się wcale proponują osobiście każdemu pisemko i cholera jak ja im za każdym razem uprzejmnie dziękuję pozostawiają mnie z myślą, że mógłbym to kupić, bo zamiast burknąć coś pod nosem, uśmiechają się i życzą miłego dnia. Dobra, ja wiem, że w głębi duszy mogą mnie wyzywać od morderców grosza, ale mają tą siłę, żeby i tak wsadzić we mnie poczucie winy. Ich kamizelki mają napis: „Nie błagam tylko pracuje” czy jakoś tak i trzeba im to oddać. Choć niektórzy mają twarze morderców króliczków to naprawdę, gadana ich się trzyma. Nie wszyscy są tak mili ale większość tak. Zbieram się od jakiegoś czasu aby pogadać z jednym czy drugim ale na ten moment wygrywa pewien chłopak, który siedzi prawie codziennie w tym czy tamtym miejscu i on rzeczywiście tylko prosi o pieniądze. Jego twarz jednak jest tak smutna, że naprawdę ściska mi to jelita dlatego też postanowiłem pójść do niego z siatką jedzenia i pofotografować jego życie. Rozmawialem jednak ostatnio ze swoim wykladowca na ten temat i opowiedzial mi kilka historii jak inni ludzie za takie akcje obrywali moralniaka. No coz, nie powstrzyma mnie to a jak bede mial juz rezultaty to wtedy pomysle co dalej.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="font-family: Verdana,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;A btw. fotografowania, nowa stronka, ten sam adres, już działa tak więc zapraszam.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Verdana,sans-serif;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Miałem okazję lecieć niedawno cudowną linią wujka Rajana i myślałem, że temat klaskających ludzi jest już obcykany ale nie, naród pochwalił się pomysłowością i dał mi jeszcze jeden powód do śmiania się. Siedzę sobie w poczekalni w chmarze innych podróżników i wyczuwam już jak wszyscy gotują się do rzucenia się w kolejkę gdy tylko podejdzie stewardessa. Kilku nieśmiertelnych właściwie już stało w linii kiedy naglę ktoś wpadł na genialny pomysł i postanowił pozostawić walizkę na swoim miejscu. No to się posypało. Co odważniejsi ruszali zaraz z torbami i stawiali je w lini. Jedni nawet układali krzywe wieże ładując ile się da w pionowej linii. Naprawdę, nie żartuje. Nie mogłem uwierzyć swoim oczą co się wyrabia. Kiedy jednak zjawiła się pani i otworzyła bramkę, ludzie i tak rzucili się jeden na drugiego i poszedł mur Hadriana. Kultura sypała się z jednego „k.” na drugie „ja p.” Najsmutniejsze z tego jednak jest to, że Anglicy się z nas dosłownie śmiali, gdyż kilku z nich obserwowało to razem ze mną i tak jak ja mentalnie, tak oni bardzo obrazowo, klepali się po czołach. &lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="font-family: Verdana,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Równie piękny obrazek miałem okazję ostatnio widzieć w zielonym mistrzu wśród sklepów. Ktoś pomyślał, że w jednej z długich lodówek zrobią dział z Polskimi rzeczami. Generalnie super bo teraz to już wszystko jest w asdzie i na dodatek w bardzo rozsądnych cenach. No to poszedłem zobaczyć co tam mają ciekawego i naprawdę, zrobiło mi się okropnie wstyd za mój naród, bo ktoś wpadł na pomysł, że rozwali worek z parówkami, i zje kilka pozostawiając folie w środku. Nigdy nie widziałem, w tym sklepie czegoś takiego i nagle gdy pojawia się kolejny Polski dział, to ktoś musiał za to ładnie podziękować. I tak, jestem pewien, to nie był Anglik. Oni by próbowali zjeść tą parówę z folią wciąż na niej.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="font-family: Verdana,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Co do samolotów jeszcze. Czy wasze marmurowe kafelki przed domem straciły swój naturalny kolor? A może wasz kot ma przykry nawyk sikania do waszych płatków z mlekiem? Nie ma problemu. Teraz można już kupić rozwiązanie na wszystkie te problemy w trakcie lotu do domu czy na wakacje! Linia lotnicza ratuje swoje zarobki oferujac kupno chyba wszystkiego. Nie dość, że przez 40 minut próbują mi wcisnąć niepalące się papierosy razem ze zdrapką i perfumem to w ich katalogu można kupić tak dziwne rzeczy, że chyba niezłym idiotą był ten, kto wybierał ich produkty do sprzedaży (w sumie to pewnie nim jednak nie był ale dla mnie to tak wygląda). Poza tym, leciałem już ponad 10 razy tą linią, i jeszcze nigdy nie widziałem, żeby ktokolwiek poza jedzeniem cokolwiek u nich kupił... a już napewno nie zraszacz ogrodowy.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="font-family: Verdana,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Jak już komentować to nie omieszkam wspomnieć o sztuce Szpaka, którą mieliśmy przyjemność ostatnio oglądać. Tego dnia teatr wystawił trzy spektakle zaraz po sobie i była ta swoista forma pracy licencjackiej (poza pisaniem) studentów dramy. Dwie sztuki były teatrem fizycznym i w takowym właśnie pojawił się wspomniany wcześniej przyjaciel. On i 3 inne dziewczyny mówiąc w skrócie zmietli nas z powierzchni ziemi, mocą swojego przedstawienia. Zrobili świetną sztukę (bo sami ją wymyślali od zera) o metaforycznym handlu ludźmi, sprzedawaniu się kobiet i tego typu problemach (jezu mam nadzieje, że o to właśnie chodziło). Sposób w jaki to przedstawili był piorunujący i mam nadzieję, że uda mi się tego bloga wydać kiedyś bo chcę aby wszyscy usłyszeli, że Piotr jest genialnym aktorem. To, że jest świetnym przyjacielem nie wpływa kompletnie no moją ocenę bo gdybym nie był przygnieciony tym jak poruszył całą publikę grając sexualne sceny, czy jak wywołał uśmiech na twarzach tańcząc radośnie, to bym po prostu tego tutaj nie pisał. Należą mu się ogromne gratulacje nie tylko z tego powodu, ale również dlatego, że jest to kolejny przykład tego jak ten niby gówniany uniwerek daje możliwości, kiedy się tego chce. Szpaku dostał sie do szkoły teatralnej w Londynie i stoi przed nim teraz świetlana przyszłość bo drugi rok tej jednej z najlepszych na świecie uczelni, to występowanie w profesjonalnych teatrach.&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Verdana,sans-serif;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;To pisałem dzisiaj&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div style="font-family: Verdana,sans-serif;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Innym teatrem, którym zostałem urzeczony były swego rodzaju małe formy teatralne zoorganizowane przez tych samych ludzi. Odżyli oni na jeden wieczór nieistniejącą już niestety students union i w ten sposób w miłej atmosferze, siedząc na kanapach można była oglądać sztuki. Kilka godzin, krótkich przedstawień, które zapętlały się w spoisty show. Miałem okazję tam zobaczyć wszystko, od śpiewających i tańczących ludzi, po dramaty, prezerwatywy, prostytutki i gejów. Wieczór pełen wrażeń a szczególnie dlatego, że kilka z tych przedstawień było tak poruszających i tak niesamowicie zagranych, że wpadałem w pewien rodzaj transu. Coś naprawdę świetnego. Człowieku jestem z Ciebie dumny!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="font-family: Verdana,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Co do występowania czyli aktorów czyli filmów czyli seriali miałem okazję ostatnio oglądać pewien takowy, który mimo, że z bardzo fajnym pomysłem i całkiem dobrze zrealizowany, pokazał, że amerykańskie społeczeństwo chyba rzeczywiście jest idiotami. Zawsze uciekałem przed takim stwierdzeniem ale to co zobaczyłem lekko mnie zachwiało. Była tam scena gdzie amerykański agent siedział w biurze interpolu w Londynie. Za swoimi plecami miał wielkie okno przez, które można było zobaczyć chyba wszystkie znane zabytki londynu. Ale dosłownie wszystkie. Przez Big Bena poprzez London’s Eye, London’s Tower, prostytutki z Socho, Chińczyków z ryżem i małego chłopca sprzedającego gazety z beretem i kubraczkiem zrobionym z worka na ziemniaki. Nie wiem czy to samo stało się z Monachium, które również tam pokazali ale jak byłem w tym mieście to nie przypominam sobie aby wyglądało one jak górska wioseczka sprzed 100 lat z wirtualnym dymem i wielkim więzieniem, które ukazywało się w akompaniamencie groźnej muzyki. Serial super ale ktoś kto wymyślił, że tak podkoloruje te eurpejskie miasta musiał uważać, że kraj, w którym żyje jest przepełniony kompletnymi kretynami, którzy nie wiedzą, że poza ich kontynentem cokolwiek innego, ekonomicznie wysoko rozwiniętego istnieje. Hmm... żeby było śmieszniej, twórcy obrazili amerykańskie społeczeństwo nawet i trzy razy. Jeden z dialogów jaki się tam odbył poziomem inteligencji dorównywał temu emo chłopcowi z „You Can Dance”, który tak wychwalał obok siebie Rutowicz i Mensona. Mianowicie, w serialu padło takie zdanie, wypowiedzane przez wysokiego rangą agenta do innych, eleganckich agentów (po Angielsku jakby co): „Sto trzydzieści siedem sekunden. Sekunden to sekundy po Niemiecku.” No i koniec. Po czymś takim choćby mi pokazali zdjęcie chłopca z Urugwaju, bez nóg czołgajacego się po podłodze krzyczącego: „mamo, zobacz jak gram w piłkę nożną”, to nie zachował bym powagi. Człowiek dowodzący jakimś milionem tajnych agentów, którzy rozwiążą zagadkę Atlantydy i kamienia filozoficznego czytając skład dietetycznej Coca Coli muszą mieć wytłumaczone, że sekunden to „seconds”. Teraz tylko nie wiadomo czy twórcy serialu są  bezmózgami, czy za takowych biorą Amerykanów.&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="font-family: Verdana,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Wszyscy wiedzą jak ja uwielbiam twarzoksiążkę (facebook). Zgromadziłem sobie ostatnio kilka nowych przemyśleń na ten temat. Pierwszym z nich jest to, że wkurza mnie jak coraz więcej prostych programów komputerówych ma funkcję bezpośredniego obnażenia swojej twarzy na internetowym portalu. Irytuje mnie ta głupia niebieska ikonka pojawiająca się praktycznie wszędzie w internecie. Cokolwiek się nie pojawi może zaraz zostać ukazane jako „lubię” na twoim profilu. No to gratuluję generalnie. Tzn. żeby nie było. Uważam, że to jest przydatne kiedy coś takiego pojawia się pod artykułami z gazet, fajnymi zdjęciami (z zewnętrznych portali a nie z tych, na którychś nawalony ktoś ma penisa narysowanego na czole) czy niektórych przydatnych grup jak np. Photoshopowa, która regularnie umieszcza naprawde interesujące tutoriale czy inne bajerki. Są też inne mega przydatne jak [ten fragment postanowilem wyrzucić ponieważ tak się nim rozpisałem, że jeszcze ktoś by mnie znielubił]. Najzabawiejszą informacją jest jednak to, że Facebook przechowuje wszystkie wasze dane nawet jak usuniecie konto. To samo robi „Nasza Klasa”.Wszystkie chwalące cycki grupy, do śmierci są już do was przypisane. Obnażone dupy na zdjęciach zawsze mogą wyjść na jaw bo nie da się ich usunąć nawet jeśli myślicie, że jest inaczej i generalnie ten cudowny portal może zrujnować życie gożej niż rowerzysta wjeżdżający wam w plecy. Radził bym też przeglądnąć opcje prywatności bo sam nie zdawałem sobie sprawy ile cennych informacji o mnie, wychodzi mimo, że myślałem, że wszystko jest tajne. Facebook ostatnio został oskarżony o to, że ułatwia udostępnianie danych nieznajomym i, że ich polityka prywatności ma więcej stron niż Amerykańska konstytucja (to nie jest żart tylko cytat z Times’a). Okazuje się też, że wiele portali czy osób trzecich ma dostęp do tego co o nas wiadomo tak więc już wiem skąd mój Gmailowy filtr spamowy broni mnie przed sex ofertami i tabletkami z całego świata. Z tego też powodu tworzą się rozprawy sądowe, w wyniku, których osoby mają zakaz dostępu do tego serwisu (nie wymyślam tego, w Anglii było kiedyś głośno o dziewczynie, które terroryzowała jakąś inną nastolatkę) i z tego samego powodu na mojej stronie istnieje ta mała wkurzająca niebieska ikonka, która zachęca do stania się moim wiecznym niewolnikiem!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;br /&gt;&lt;div style="font-family: Verdana,sans-serif;"&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Byeee, have a wonderful daaaay!&lt;/span&gt;&lt;/div&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-1318327197418849207?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/1318327197418849207/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=1318327197418849207' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/1318327197418849207'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/1318327197418849207'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2010/05/reinkarnacjaale-jeszcze-nie-teraz.html' title='Reinkarnacja...ale jeszcze nie teraz.'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-149431098354846515</id><published>2010-01-25T22:56:00.003Z</published><updated>2010-01-25T23:06:49.134Z</updated><title type='text'>A oni swoje.</title><content type='html'>&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Miałem okazję ostatnio poczytać ciekawy blog pewnego polskiego kolejarza. Tematów o tym środku transportu w Polsce chyba nigdy mi nie zabraknie. Pan ten opisuje w bardzo techniczny sposób jak cholernie ciężkie jest, operowanie tymi przestarzałymi gąsienicami. Nie dlatego, że to skomplikowane maszyny, ale dlatego, że ciągle coś się psuje. Pogoda też za bardzo temu nie pomagała bo okazuje się, że jeden skład, z usterką elektryczną, potrafi wysadzić bezpieczniki dla całej "Warszawy Wschodniej". Na pewno nie ułatwia życia to, że nasz tabor potrafi mieć 50 lat! Ostatnio w województwie Mazowieckim zakupiono nowe pociągi...40 letnie. Wydaliśmy 110 milionów złotych na Chorwacki sprzęt, który w całej Europie został wycofany z użytku i zezłomowany. Powodem tego były oczywiście oszczędności. Tymczasem zakup nowych wagonów byłby tylko dwa razy droższy czyli kosztował by nas 220 milionów złotych. To ciekawe, że chcą oszczędzić trochę ponad 100 milionów kiedy MON do 2018 roku planuje wydać 60 miliardów (!) na modernizację armii. W skali świata to jest pestka ale w skali potrzeb kraju w innych dziedzinach, chyba wielkie marnotrawienie pieniędzy. Co z tego, że kupimy kilka "Langust" i F16 jak na nasi najwięksi koledzy Rosjanie mają w czynnej służbie ponad milion żołnierzy i prawie dwa i pół miliona w rezerwie będąc i tak dopiero 6 największą armią świata czyli są ponad 60 miejsc wyżej i około 10 razy liczniejsi. Wydatki te zestawiłem z koleją ale w przypadku gdy pomyśleć, że według GUS w roku 2008 wydano na służbę zdrowia 6 miliardów 700 tys to zaczyna się myśleć co lepsze. Co do pociągów, te Chorwackie staruszki zostały wyremontowane i zakłada się że będą śmigać jeszcze 30 lat. Tak oczywiście powiadają rzecznicy prasowi a sceptycy głoszą, że może się okazać, że wszystko jest w tak fatalnym stanie, że za chwilę nie przydadzą nam się one na nic, jak na wagony barowe. Fakt, że na materiale pokazanym w wiadomościach, rzecznik dumnie prezentował nowe cudeńka a tymczasem nawet drzwi nie zamknęły się kiedy miały. Eee tu jeszcze trzeba wyregulować i wszystko będzie działało pięknie. No i nawet mamy stoliczek do przebierania dzieci. No to brawo. Udało nam się doścignąć Anglików, 30 lat temu. To tak samo jak z internetem w pociągach, który zaczęto wprowadzać w Angielskich kolejach w roku 2003&amp;nbsp; i aktualnie jest on w każdym składzie spółki Virgin, GNERo i wielu innych udostępniany za darmo w klasie pierwszej a czasem i drugiej lub za sensowną opłatą a także w autobusach np. tych dowożących na lotniska w okolicach Londynu. Okazuje się, że Unia Europejska wymusza na nas zrobienie tego samego. Problem z tym, że aby zrealizować ten plan należało by przebudować całą sieć torów kolejowych bo poza internetem ma się również pojawić jednakowy system bezpieczeństwa w całej Uni. Dodać do tego fakt, że muszą płacić odszkodowania za spóźnienia no i się teraz PKP posra w końcu. Może dzięki temu dopuszczą zagraniczne spółki, które są chyba jedynym ratunkiem na tą popieprzoną sytuację. Niektóre angielskie firmy zwracają pieniądze w momencie kiedy trzeba było stać w pociągu. Jest to chore, żeby tak ogromna część Polskiego rynku transportowego, była całkowicie państwowa i mimo tego, że jest jedną z najgorzej prosperujących spółek tego typu w Europie, wciąż blokowała zagranicznych inwestorów. Ludzie boją się, że stracą pracę, że Niemcy nas oszukają czy inne bzdury. Świetnie, z tej okazji rozpieprzmy koleje na oddzielne spółki (tak jak w Anglii) i kasujmy każdą z osobna tak aby utrudnić ludziom życie jak to tylko możliwe (tak jak NIE w Anglii). Nie wiem czym się broni ta firma, nie wiem jak to możliwe, że wciąż istnieje i jak można dopuścić do tego, żeby zamarzały klapy w kiblach?? Najwidoczniej kraj pogrążony jest w zamaskowanej komunie jeśli dochodzi do takich sytuacji jak na Mazowszu gdzie Jakub Majewski, były prezes kolei, chciał wprowadzić wiele wizjonerskich zmian, między innymi dostosować rozkład jazdy bardziej pod pasażerów, wprowadzić szybkie koleje podmiejskie, centrum zarządzania kryzysowego z systemem GPS w pociągach, a także uczyć kolejarzy angielskiego. Co się z nim stało? PSL, które rządzi w tamtych rejonach odwołało go i mimo pomocy ze strony PO nic nie uratowało go przed ludźmi, dla których on był nie wygodny, bo co? - bo nie wiadomo gdyż nie podano dokładnych powodów jego zwolnienia. Komunizm!&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-149431098354846515?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/149431098354846515/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=149431098354846515' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/149431098354846515'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/149431098354846515'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2010/01/oni-swoje.html' title='A oni swoje.'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-5928129122288984554</id><published>2010-01-25T22:28:00.001Z</published><updated>2010-01-26T00:05:08.126Z</updated><title type='text'>Ło jezu pada!</title><content type='html'>&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;W Anglii zaczyna się powoli robić już cieplej. Temperatury na poziomie 5 stopni wydają się być wiosną w pełni w porównaniu z -20, które panowało i ma powrócić. Fakt jest jednak taki, że kiedy tutaj, termometry wskazały 7 stopni poniżej zera, "Pojutrze" stało się zestawem instrukcji, jak przetrwać nadchodzący kataklizm.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Pierwszy dzień po tym jak spadło sporo śniegu (jak na Anglię oczywiście) ulice zamieniły się w teatr paranoi. Poranny spacer do pracy był niczym oglądanie słoni na wrotkach. Każdy samochód jeździł jakby miał bombę na dachu, która wybucha przy prędkości powyżej 5 mil na godzinę. Podjazd pod górkę, to taktyczna operacja, która wymaga co najmniej 100 metrów rozpędu i przerwy długości lotniskowca od poprzedzającego pojazdu. Widziałem wielkie Landrovery, przygotowane do pokonania Oceanu Spokojnego z całkowitym zanurzeniem, kołami wielkości województwa Mazowieckiego i silnikiem wystarczającym do zasilenia wsi średniej wielkości ale mimo wszystko, ich kierowcy bali się pokonać mały zakręt, z drobną warstwą śniegu i lodu.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Zamykano szkoły, w wiadomościach ogłaszano aby zmniejszyć zużycie soli i pożyczać sąsiednim powiatom, niespóźniające się pociągi zaczęły się spóźniać i ogólnie chaos...którego ja w ogóle nie zauważyłem. No ale jak mówią, że tragedia to tragedia. Jest też druga strona medalu. Oglądałem regularnie wiadomości BBC jak również kilka wieści z Polski. Strasznie przykro patrzy się na to jak babcinki z nad Wisły, opowiadają o tym jak to nie wychodzą z domu, jak to barierek nie ma i winda nie działa a pomocy nie widać. Tutaj też, starsi panowie mówili, że słabo będzie, bo mrozy im dociekają i nie grzeją tak jakby chcieli bo oszczędzać trzeba jednakże wypowiadali się tak przy okazji dostawiania swojego darmowego posiłku. Okazuje się, że tutejszy powiat, zorganizował rodzaj polowych kuchni, które jeździły i dostarczały prosto do domów starszych ludzi, ciepłe obiady. W Szkocji taka zima uderzyła, że śnieg poodcinał wszelkie możliwe drogi dojazdowe do wielu domów. Rozwiązano to w ten sposób, że pomocy udzielano z powietrza i helikopterami zabierano ludzi w bezpieczniejsze miejsca.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Zastanawiałem się, jak to jest, że praktycznie za każdym razem kiedy przychodzi taka pogoda, wszyscy są zaskoczeni. To co działo się tutaj było co najmniej dwa razy łagodniejsze niż warunki w Polsce jednak tak tu jak i tam nikt się tego nie spodziewał i nie był na to gotowy. Anglicy nie używają opon zimowych a w Poznaniu zanim ktoś pomyślał o tym, że ten śnieg można było by wywozić, na wszystkich osiedlach parkowanie to istny pokaz tego komu uda się wbić w zaspę i kto umie jeździć bez przyczepności. Może już czas nauczyć się, że w zimie pada śnieg, a czasem pada go dużo i można by przygotować się na takową okoliczność.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Jak to w "Faktach" powiedzieli: "Problemem nie jest niska temperatura, ale sytuacja, do której nie jesteśmy przyzwyczajeni." &lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-5928129122288984554?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/5928129122288984554/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=5928129122288984554' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/5928129122288984554'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/5928129122288984554'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2010/01/o-jezu-pada.html' title='Ło jezu pada!'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-818901206446437877</id><published>2010-01-03T03:07:00.003Z</published><updated>2010-01-05T18:50:00.718Z</updated><title type='text'>Świąteczne święta i Sylwester z Londynem</title><content type='html'>&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Spędziłem pierwsze święta w Anglii, poza domem. Mimo, że z początku myśl smucąca, może nawet trochę przerażająca, okazały się one być pięknymi, rodzinnie spędzonymi 3 dniami bo praktycznie tyle trwały. Zachowaliśmy wszelkie tradycje od dzielenia się opłatkami po bigosy, śledziki i inne. Wieczór trwał do 4 nad ranem tylko po to aby za kilka godzin spotkać się ponownie i spędzić kolejne 40ileś wesoło spędzonych 60minutówek. Nie brakowało niczego i można było poczuć tą cudowną atmosferę, która towarzyszy świętom ze swoją własną rodziną.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Sylwester jakiego w tym roku przeżyłem, był jednym z ciekawszych i fajniejszych w moim życiu. Prawda jest taka, że w momencie kiedy pracuje w większość swojego wolnego czasu, a w jego resztę zajmuję się uniwerkiem czy dodatkową pracą, perspektywa sylwestra jako kolejnej imprezy, których tutaj nie mało była by mało interesującą. Z tego też powodu razem z L. wpadliśmy na pomysł, któregoś dnia aby gdzieś pojechać. Na szczęście w tym temacie myślimy całkiem podobnie i zaczęliśmy rozważać możliwości. Pierwszą opcją był Paryż, który został by zrealizowany gdyby nie fakt, że promocyjne bilety wcale nie były promocyjne. Ostatecznie mimu kilku innych propozycji i możliwości zdecydowaliśmy się jechać do jednego z największych miast na świecie. Bez większego ustalania, spędzić 28 godzin w tym wielokulturowym mieście, realizując pewien plan, o którym opowiem za dwa/trzy tygodnie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Nasza wycieczka zaczęła się o godzinie 7.30. Po kilku, krótkich godzinach spania wstałem z wielką trudnością przepełniony myślą, która również była w głowie L. - "nie chce mi się".&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Śniadanie, ostatnia kontrola świeżo nabytych plecaków i w drogę na autobus. Chwilę przed 9 wyruszyliśmy wygodnym National Expressem w naszą kilku godzinną podróż. Nie pamiętam wiele gdyż zasnąłem szybko z przerwami na plan. Obudziłem się akurat gdy autobus wjeżdżał na nowy dworzec w Birmingham, który wygląda cholernie imponująco. Gdy śmigaliśmy po autostradach, delikatność z jaką ten wielki miękki pojazd pokonywał kolejne mile, uśpiła mnie szybko. Gdy po raz kolejny wybudziłem się z pięknego snu, byliśmy już nie daleko Londynu. Prawda jest taka, że wjeżdża się do niego mniej więcej pół godziny przed dotarciem do dworca a nie staliśmy w żadnych korkach. Szczęście, że L. zna to miasto dobrze, bo szybko ustaliliśmy pierwszy cel naszej podróży. Kupiliśmy bilet na metro i pokierowaliśmy się w stronę Hyde Parku. Pierwsze na co zwróciłem uwagę, to już wcześniej zauważona różnica w wyglądzie ludzi. Prosto mówiąc, są ładniejsi niż w cudownym Wolver. Kobiety kompletnie nie pasują do określenia, że Angielki są brzydkie, faceci jacyś tacy bardziej rozgarnięci a dzieci usłuchane. No ale to pierwsze wrażenie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Dotarliśmy do wspomnianego parku i pokierowaliśmy się w stronę wesołego miasteczka aby przedostać się na drugą stronę. Kiedy spacerowaliśmy wśród licznych atrakcji uderzył mnie fakt, że to co tam widzę, to nie jest stały obiekt a tymczasowe atrakcje. Za dzieciaka, kiedy do miasta przyjeżdżało wesołe miasteczko albo cyrk w swoich drewnianych budach, opuszczenie takiego ogromnego wydarzenia było tragedia życiową. Koniecznie trzeba było pójść na jedną z dwóch atrakcji albo zobaczyć klauna. I było to mega rozrywką. Jednakże tylko do 12 roku życia. Tutaj poważnie rozważałem wydanie kilku funtów na 66 metrową wieżę, której wagonik spadał z samej góry aby zostać zatrzymanym przy ziemi. Cały park wypełniony był ogromem niesamowitych atrakcji i zachowany w klimacie świat, przez co dzieci mogły wleźć do świata świętego mikołaja gdzie mały pociąg przecinał przejazd kolejowy rodem z kreskówek, dorośli mogli napić się grzanego wina i pójść cali radośni na największe lodowisko w Londynie, którego o dziwo nie zauważyłem. Nic dziwnego, że tak mnie uderzyła jakość tego miejsca kiedy wygląda &lt;a href="http://z.about.com/d/golondon/1/0/I/Q/-/-/WinterWonderland.jpg"&gt;tak&lt;/a&gt; i ma własną stronę &lt;a href="http://www.hydeparkwinterwonderland.com/index.html"&gt;internetową&lt;/a&gt;. Wszystko dopracowane i jedyne co odstępowało od perfekcji to fakt, iż gościu, który wysyłał ludzi w podniebną podróż, gadał przez głośniki po niemiecku, ale to chyba o to chodziło.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Dalszą część spędziliśmy na poszukiwaniu salonu Astona Martina. Po spacerze po reszcie tego gigantycznego parku, dotarliśmy w końcu do wymarzonego miejsca L. Pooglądaliśmy te samochody, które wykraczają europejską skalę ekonomiczności zużycia paliwa (max. ok. 260) o ponad 100.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Naszym&amp;nbsp; następnym przystankiem było zakosztowanie słynnej Londyńskiej tłoczności na chodnikach. Można do perfekcji opanować omijanie ludzi a zarazem pędzenie przed siebie. L. Pokazał mi kilka imponujących i gigantycznych budynków po czym skierowaliśmy się do Tate Modern przez most, który rozwalili w Harrym Potterze. Niestety część wystaw była płatna jednakże udało nam się zakosztować niezwykłego doświadczenia dzięki pracy polaka - &lt;a href="http://londonsmog.files.wordpress.com/2009/10/img_0468.jpg"&gt;Mirosława Balki&lt;/a&gt;. Ten gigantyczny kontener był zgłębieniem ludzkiej duszy i poznania. Wchodziło się do niego poprzez rampę, która również odnosiła się do ładowaniu ludzi w pociągi do obozów czy na Sybir. Zagłębiając się w kompletną ciemność z każdym krokiem człowiek podążał wolniej i mniej pewnie. Nie wiadomo gdzie jest ściana, nie wiadomo czy jest choćby podłoga, nie wiadomo czy ktoś zaraz na nas nie wpadnie. Oddalony o pół metra L. nie był już widoczny natomiast słychać było całą masę głosów innych zagubionych ludzi. Spodziewając się ściany przed samym nosem, nielogicznie przerażeni ludzie przesuwali się o milimetry z wyciągniętą ręką. Gdy w końcu dotknęło się miękkiej powłoki mimo czarnej dziury nagle wyobraźnia przestawała tak pracować. Mimo, że wciąż jej nie było widać, to wiadomo już gdzie jest ta niebezpieczna bariera i człowiek przestawał bać się tego co nie znane bo takowym już nie było. Odwrót o 180 stopni zaskakiwał całkowicie bo okazywało się, że w drugą stronę widać nadchodzących poszukiwaczy przez kontrast między światłem na zewnątrz. Choć tak banalne w konstrukcji i pomyśle, niezwykle imponujące i niesamowite przeżycie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Dalszą część podróży skierowaliśmy do klasycznego Tower Bridge zachodząc jednak najpierw do wieży, która kiedyś robiła za więzienie a teraz spełniała rolę małego muzeum figur woskowych i sposobów karania za różne wykroczenia. Przykrych rzeczy można było się tam dowiedzieć.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Zanim dotarliśmy do celu, zawitaliśmy na moście obok, aby uwiecznić niesamowite nocne widoki. Po oglądnięciu tego co wszyscy w Londynie widzieli L. zagadał do policjanta a propos nocnych wydarzeń i dowiedział się, że most z, którego rozlegnie się najlepszy widok na fajerwerki zostanie zamknięty w przypadku zbyt dużej ilości ludzi. Trzeba zauważyć fakt iż była to godzina 7 a ludzie już się gromadzili. My jednak nie mieliśmy takiej wytrwałości i ruszyliśmy na obiad. Zasiedliśmy w pubie gdzie przy dobrym piwie i 6 uncjowym burgerze dopadło nas zmęczenie. L. zdrzemnął się na chwilkę a ja odebrałem przyjemnego maila.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Wyszliśmy koło godziny 10. Tym razem kierowaliśmy się do sklepu po jakieś energy drinki. W drodze byliśmy świadkami pobicia faceta przez jego wkurzoną kobietę oraz skuteczności angielskiej policji. Wchodząc widzieliśmy gościa, który rozmawiał z władzą. W tym samym momencie usłyszeliśmy znajomą Polską mowę między facetami, którzy chcieli coś ukraść ale im to nie wyszło bo metoda na krzywy ryj nie zadziałała. Opuszczając sklep poprzednio widziany gościu leżał już na glebie skuwany przez ładną blondynkę. Po tym spektaklu tylko czerwona koszulka z orzełkiem, podniesione czoło i do przodu.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Kofeina z puszek uruchomiła nas na tyle aby, poszukać nowego miejsca do oglądania wybuchów, bo tablice informacyjne w mieście już sygnalizowały, że most zamknięty i, że główne miejsca do oglądania show, pełne. Oddaliliśmy się w innym kierunku znajdując dobre miejsce w nie dalekim parku. Zakładając na siebie kolejne warstwy ubrania przygotowaliśmy się na godzinne wyczekiwanie. O 11 rozległo się całe stado okrzyków radości. Takie samo jakie dało się słyszeć za każdym razem kiedy przelatywał telewizyjny helikopter. London Eye rozświetlony był całą masą genialnych świateł, które zmieniały swe sekwencje tak aby na kilka minut przed 12 zamienić się w największy zegarek na świecie odliczając czas do nowego roku. Gdy nadszedł ten moment, niebo oszalało od ilości fajerwerków. Wystrzeliwane z barki i z samego Londyńskiego Oka, zgrane były w piękne sekwencje. Techniczne zaawansowanie pozwalało na strzelanie wewnątrz i na zewnątrz okręgu. Kolory zgrywały się ze światłami i wszystko wydawało się być zaplanowane co do sekundy szczególnie kiedy wybuchy zgrywały się tak idealnie, że ich dźwięk wydawał się wydobywać metr od nas. Mimo, że spodziewałem się czegoś jeszcze lepszego, wrażenie wywołało to na mnie wielkie i pozostało w pamięci i zdjęciach. Kilka minut po nowym roku spadł śnieg, który dodał jeszcze większej euforii wśród obecnych ludzi. Padał krótko ale na tyle intensywnie, aby pokryć na chwilę cienką warstwą ziemię i dodać uroku do tysięcy zdjęć robionych w tym momencie. &lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Kiedy pokaz dobiegł końca, ludzie zaczęli wracać do domów lub na imprezy. Trzeba zauważyć jedną rzecz. Londyńska metropolia liczy tyle mieszkańców ile 1/3 całej Polski. Dodatkowo wszędzie można było słyszeć Niemców i Francuzów, którzy przyjechali świętować. Takiego tłumu jaki przedzierał się przez centrum na oczy nie widziałem. Z dobre pół godziny szliśmy w potoku ludzi, którzy w sumie był&amp;nbsp; niezwykle przyjemny. Co chwilę ktoś krzyczał życzenia dobrego nowego roku, ludzie nie pchali się bez sensu, wszystko wydawało się w miarę zorganizowane i kontrolowane przez wszędzie obecne oddziały policji i wolontariuszy. Jednak to znowu pozory bo jak to L. słusznie zauważył, takiej ilości ludzi nie da się kontrolować.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Miło płynęło się ze wszystkimi ale zdecydowaliśmy się zmierzać w kierunku dworca zahaczając jeszcze o galerię narodowa, która swoją wielkością po raz kolejny przytłoczyło mnie tego dnia ale przypomniało wspomnienia z 5 klasy podstawówki, kiedy to odwiedziłem je pierwszy raz.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Dotarliśmy na dworzec i uświadomiliśmy sobie, że mamy 8 godzin do naszego pociągu. Pierwszy przystanek był w poczekalni, która pusta poza jedną bezdomną, ciepła i przytulna ale lekko na uboczu, nie stała się naszym domem. Przyzwyczajony do tego, że na większości Polskich stacji, miejsce to jest jak samobójstwo popełniłem poważny błąd taktyczny przenosząc nas do burger kinga. Mimo, grubej warstwy ubrań i kocyka było mi cholernie zimno ale to dlatego, że zmęczenie poważnie już nas dobijało a typ otwartej restauracji cierpiał z powodu nie zamykających się drzwi wejściowych do całego kompleksu dworcowego. Kolejnym dowodem na zły wybór, był fakt, że poczekalnia szybko zapełniła się tłumem ludzi i mogliśmy tylko wspominać ją siedząc w smażalni krów. Żeby pogorszyć sytuację, straciłem swój kocyk, który uratował kurtkę L. gdy jakaś dziewczyna poprosiła o pożyczenia jej dla swojej mamy. Stwierdziłem, że zrobię dobry uczynek, bo ludzie Ci wyglądali na takich co zmagają się z wieloma problemami. Po tym jak widziałem jak ta pani się do niego przywiązała i jak osobiście zaczęła go traktować, stwierdziłem, że nie będę go wyrywał w momencie, gdy o 6 rano postanowiliśmy się przejść.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Poranna wycieczka, nie należało do najlepszych wyborów, gdyż jak można się było domyślić wszystko było zamknięte. Dowiedzieliśmy się tylko, że o 7.30 otwierają Starbucksa, do którego przenieśliśmy się jak tylko czas pozwolił. Duża kawa nie postawiła mnie na nogi. O 10 25 już siedzieliśmy w pięknym pociągu, który mknąć niczym pocisk, i przechylając się przyjemnie na zakrętach dowiózł nas do domu w mniej niż półtorej godziny.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Sylwester ten zostawił w mojej głowie całą masą świetnych wspomnień. Zobaczyłem Londyn od tej dobrej strony i mimo, że było to raptem 28 godzin, czuję jakbym spędził tam kilka dni.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Na &lt;a href="http://picasaweb.google.com/lucas.gajdek/Anglia"&gt;Picasie&lt;/a&gt; jest kilka zdjęć z tych dwóch wydarzeń. Więcej pojawi się kiedy nadejdzie odpowiednia pora.&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-818901206446437877?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/818901206446437877/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=818901206446437877' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/818901206446437877'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/818901206446437877'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2010/01/swiateczne-swieta-i-sylwester-z.html' title='Świąteczne święta i Sylwester z Londynem'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-1444156281959851076</id><published>2009-12-21T01:39:00.041Z</published><updated>2010-01-02T16:06:41.465Z</updated><title type='text'>[Edited] Merry birthday and happy Christmas.</title><content type='html'>&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Zostało mi wytknięte, że poprzednia wersja tej notki miała lekki wydźwięk nieprzyjaźni narodowościowej. Wziąłem to pod uwagę przyznając rację gdyż rzeczywiście mogłem w fali złości trochę przesadzić i choć z drugiej strony nie usłyszałem więcej takiej opinii, nie chciałem zawieść oczekiwań ważnych dla mnie osób [dopisek autora] &lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Jak pewnie nie zauważyliście, usunąłem fragment notki, w której opisywałem przyjazd polskich rektorów na wizytę. Z całego tego zdarzenia wyszło jedno wielkie nieporozumienie. Przede wszystkim, nie byli to rektorzy a dyrektorzy liceów plastycznych. Po drugie, tajemniczy Supraśl okazał się być jedną z najlepszych takich placówek w Polsce. Po trzecie państwo mieli swoją tłumaczkę więc ja tam bardziej opowiadałem o wszystkich choć na zmianę zamienialiśmy na ludzki język nie znane słowa. Po czwarte, dyrektor placówki elitarnej okazał się być osobą niesamowitą z poglądami tak podobnymi do moich w praktycznie każdej dziedzinie, że bardzo szybko zaprzyjaźniłem się z nim do stopnia opuszczenia kobiet w trakcie przerwy między pokazami i udania się na piwo i oprowadzenia po mieście. Rozmawiałem z facetem od momentu jak się zobaczyliśmy po raz pierwszy do czasu zakończenia wycieczki następnego dnia praktycznie nieustannie. Obydwoje śmialiśmy się z zaściankowości jednej z towarzyszących pań i z jej oratorskiego przemówienia na lunchu ze studentami, na którym to bardzo dosłownie ale jednak podtekstowo przekonywała jak to jej szkoła aktualnie staje się genialnym miejscem do pracy i zarabiania milionów. Jeszcze bardziej spodobało mi się, kiedy W. ze stoickim spokojem jaki u niego był normalnym zjawiskiem, skomentował cały ten monolog jednym zdaniem, rozkładając mnie na łopatki i ludzi, którzy to słyszeli. Człowiek wszechstronnie wykształcony i bardzo na czasie. Od tematu pierwszych komputerów i aparatów (około 11 rano) przeszliśmy do demotywatorów, które znał, i żartów o rumunach (17.30). Jak dla mnie przykład świetnego dyrektora, który wie dużo o całym świecie, ma swoje ukształtowane zdanie i nie daje zbić się z tropu. Mimo, że po angielsku nie mówił wcale, widać było, że chętnie posiadł by tą wiedzę i mimo, że prowadzi świetną szkołę i żyje w godziwych warunkach, boryka się z codziennymi problemami, które są niezwykle irytujące, i które są, prosto mówiąc - Polskie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Towarzyszyły nam również dwie inne dyrektorki. Jedna z pań była niezwykle ciekawą osobistością. Technicznie zatrzymana w średniowieczu, chciała nagrywać celując monitorkiem a nie obiektywem, jednakże niezwykle uprzejma i miła. Przyjechała czerpać z tego wyjazdu ile tylko mogła i czysto niemieckim angielskim dogadywała się bardzo dobrze. Wyjął bym tylko ten obiektyw, który co chwilę wpychała studentom do prac.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Trzecia Pani natomiast straciła wszelkie dobre noty, swoim nie kończącym się i chwalącym na wszystkie strony przemówieniem o cudowności zatrudnienia w swojej szkole, kiedy wcześniej, bez obecności studentów jej podejście do tego co widzi raczej mówiło samo za siebie. Rywalizacja z innymi aż wylewała się z niej, kiedy to po pokazie jednej animacji studenta, W. bez słowa po prostu puścił z YouTube dzieło swojego ucznia, które zarazem było jego imponującym logiem, a Pani jak się rzuciła, żebym jak najszybciej przetłumaczył, że ona również może pokazać i dostarczyć płytkę.Nasza mała dyskusja, w której broniła podejścia czysto teoretycznego a mało praktycznego do tematyki moich studiów też mi nie podpasowała. Szczególnie, kiedy rozważy się to na przykładzie moich zajęć i tego jak one się odbywają.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Dwa dni spędzone bardzo miło i wspomnienia godne zapamiętania szczególnie, że nie codziennie dziekan uniwersytetu zabiera mnie na kolację, na której pijemy dobre tajskie piwo i zajadamy się potrawami prosto z dalekiego wschodu.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Kiedy już mowa o dalekim wschodzie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Swego czasu uniwerek dostał maila od tajemniczej pani, która zapytywała o fotografa, który pomoże jej w tworzeniu nowego magazynu dla make up artystów. Zaaferowany taką możliwością bez chwili namysłu odpisałem na maila. Po jakimś czasie dostałem odpowiedź, że moje prace podobały jej się najbardziej i chętnie by ze mną współpracowała. Ucieszony tą nowiną umówiłem się z nią na termin. Bliżej nadchodzącej daty, potwierdziłem spotkanie i dostałem wiadomość z trzema linkami i treścią: "sprawdź ich portfolia, może jakieś pomysły złapiesz". Wszedłem na strony i szczena mi opadła. Były to trzy piękne arabki, które miały tak podrasowane zdjęcia, że aż płakać się chciało. Szczęście zalało moje serce w momencie kiedy głowa eksplodowała od pomysłów. Zatarłem ręce i z radością czekałem na nadchodzący dzień.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;"Tego" dnia wstałem o 7.00 aby pojawić się w studiu na 8.30 bo miałem na szybko zrobić koleżankom interesujące zdjęcie, które miało być prezentem dla kolegi w formie plakatu. Treść bardzo treściwa. Nadeszła godzina 0 i pojawiła się koleżanka make up artystka. Dziewczyna obładowana sprzętem od góry do dołu, że aż miło. Myślę sobie, to będzie dobra sesja. Nadeszły trzy modelki...??? Zaraz zaraz, to nie są te piękne panie co na zdjęciach je widziałem. To są jakieś losowe laski ze wschodu. Już opadła mi cała radość. Pojawiła się też druga make up artystka, która wyglądała jak nie lada Cyganka. No ale nic. Zobaczymy co z tego będzie. Przygotowywanie dziewczyn trwało wiekami tak więc poszedłem się powydurniać ze swoją grupą, która akurat kręciła się po studiu. Wróciłem za jakiś czas i moim oczom ukazała się choinka odpieprzona jak na święta po 100 latach w więzieniu z podrasowaną twarzą. Wszelka moja kreatywność została zniszczona kiedy wyszło na to, że ja mam koncentrować się na twarzy głównie no bo tu make up jest ważny a styl jaki prezentowała ta dziewczyna, mimo, że interesujący do oglądania, kompletnie nie pasował do rodzaju zdjęć jakie ja robię. Między kolejnymi "modelkami" szedłem na kolanko do znajomych, którzy uspokajali mnie lub do studia obok trzaskać głupie zdjęcia na sprzęcie za dziesiątki tysięcy złotych. Przynajmniej z tego coś fajnego powychodziło bo z mojej sesji tylko zgrzytanie zębami i jedna fota, którą przerobiłem dla siebie. Reszty nie tknąłem, dałem na płycie tej dziewczynie i powiedziałem wprost, że przykro mi ale nie chcę tak pracować. Dziewczyny Arabskie w pełnym komplecie narodowych ciuszków nadają się tylko na rynek Arabski. Niestety ale w Europie czy Stanach nie będą reklamować perfumów czy biżuterii a jedynie jak zostało to bardzo mądrze zauważone - herbatki Liptona. W fali przeprosin odszedłem z zapewnieniem, że następna sesja będzie dużo lepsza, i że to zbieg okoliczności, że pojawiły się dziewczyny, które nie miały nigdy zdjęć. Zbieg okoliczności my ass!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Tak się składało, że tego samego wieczoru szliśmy na imprezkę urodzinową dwóch ludzi. Tak się również składa, że jednym z prezentów wręczanych był plakat zrobiony z mojego zdjęcia, które rano zostało szybko strzelone. Widziałem wiele fajnych reakcji na podarki. Ludzie się drą z radości, skaczą, śmieją jak opętani. Ale po tym jak on dostał ładną flachę, za którą uściskał się z wszystkimi, ukazało się jego oczom zdjęcie, którego się nie spodziewał to i ja dostałem najlepszy prezent urodzinowy. Takiej reakcji na jego twarzy, nie widziałem jeszcze u nikogo. Jakby dostał kluczyki do samochodu albo do swojego wahadłowca kosmicznego. Zero słowa tylko jedna mina, która wystarczyła za wszystkie te podskoki i wrzaski radości.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Pół godziny później ja i dwie inne osoby dostały radosne sto lat. A 7 godzin później i mój prezent się pojawił. Wspaniale wyglądająca, 15 letnia dobra elegancka prawdziwa Szkocka Whisky. Mimo skręcającej twarzy od pełności smaku, ani do głowy nie przyszło zalać tego colą. Dostałem też kilka inny prezentów jak np. buraki, brukselkę i parę ziemniaków - jedna z fajniejszych rzeczy jakie kiedykolwiek mi wręczono.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Uzupełnieniem urodzin było powieszenie mojego zdjęcia w galerii, które samym sobą tworzyło formę instalacji. 3 metry szerokości, półtora wysokości, wydrukowane na płótnie za równowartość 376 złotych. Galeria stawiała.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Nie lada wyzwaniem było powieszenie tego monstrum szczególnie, że nie na ścianie to robiliśmy. Na Picassie można zobaczyć efekt naszych zmagań a ja na zawsze będę wdzięczny osobom, dzięki którym to zawisło a bez, których leżał bym przykryty wielkim zdjęciem zalewając się łzami i zgrzytając zębami.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Kilka dni temu uczestniczyłem w formie firmowej wigilii. Wszyscy chętnie zostali zaproszeni do pubo restauracji na przedmieściach. Wcześniej wybraliśmy sobie potrawy i dostaliśmy instrukcję aby pojawić się o 8 30 na miejscu. Koło godziny 8 wyszedłem z koleżanką i jak to ja, na piechotę zasuwałem do miejsca oddalonego jakieś 2o minut ode mnie. Doszedłem do celu i stwierdziłem, że niestety nie jest to to czego szukałem. Szybki telefon do koleżanki i już wiem, że Tettenhall to najdłuższa ulica na świecie. Po tym jak dostałem pocieszające informacje w stylu: "dojdziesz do miasteczka z mnóstwem lampek na drzewach" ruszyłem na przystanek autobusowy, że się dowiedzieć, że następny jedzie za 15 minut. Nie będę stał tyle czasu tylko ruszam żwawo. Zacząłem wspinać się pod górę tego jak to ktoś inteligentnie powiedział "nizinnego" kraju i po niezliczonych krokach doszedłem do rozświetlonego centrum okolicznego miasteczka. Pięknie tam, że aż mi się dalej iść nie chciało. A może to dlatego, że zasuwałem już całkiem sporo w butach od garnituru. No nic, ruszam dalej bo przede mną taka sama droga. Wycieczka ta bardzo poprawiła mój humor bo po raz kolejny potwierdziło się, że wystarczy wyjść kawałek za Wolver i już jest pięknie i uroczo. Dowiedziałem się też, że w dzielnicy, w której się znajdowałem piłkarze Wilków mieszkają i widać to było po zapierających dech w piersiach domach. Widoku z drugiej strony również duszące i aż prawie nie czułem, że idę już z 50 minut. Po drodze mijałem też dom spokojnej starości, który wyglądał tak, że zachciało mi się emerytury. Kiedy w końcu po godzinie pięknej podróży doszedłem do miejsca, cała firma powitała mnie w uśmiechach i wielkich oczach kiedy usłyszeli, że nie, nie zgubiłem się tylko zapieprzałem na piechotę. Miejsce, w którym się spotkaliśmy było jednym z tych genialnych klasycznych angielskich pubów, które serwują cudownie pyszne i kremowe piwo a zarazem luksusowych restauracji, gdzie widać, że nad każdym daniem, jakiś "Chef" rzeczywiście spędził czas. Zawitałem tam z 20 funtami w kieszeni zakładając, że wydam wszystko ale kiedy mój manager kupił mi Guinessa a później dowiedziałem się, że wieczór jest na koszt firmy, mój portfel ucieszył się bardzo. Sałatka z makreli jaką dostałem, zgwałciła moje podniebienie i kubki smakowe, a deser położył na to wszystko czeresienkę na czubku. Rozmawiał ze mną również szef szefów, który wypytywał jak mi się pracuje i ogólnie konwersowaliśmy miło a jego rodzina uśmiechała się radośnie. Wieczór przepełniony radością, żartami i kontaktem między szefostwem a pracownikami jak niczym wspaniałymi kumplami, który w sumie i tak czuje się na co dzień.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt; Urocza make up artystka poprosiła mnie o kolejną sesję. Tym razem modelki, wynajęte studio w Birmingham, wszystko full pro. Zgodziłem się ale tym razem za pieniądze i swoją stawkę. Zmierzam więc do studia w sobotę rano, znalazłem miejsce, przygotowałem sprzęt i czekam na te oto piękne modelki co mają wyjść z garderoby czy jak to nazwać. Pojawia się pierwsza i w głowie już znajome słowo na K rozległo się głośniej niż kiedykolwiek przedtem. Już rzucam wyzwiskami i układam w głowie gadkę jaką ja jej strzele na do widzenia. No kurna nie taka była umowa. Ja nie mam nic do narodowości Arabskiej. Tzn. trochę mam, ale to przez to samo za co mam uraz do Polskich robotników w Anglii i za co Clarkson naszemu narodowi zawsze objeżdża tyłek. Jednak w tamtym momencie nie miałem żadnego szacunku do ich kultury w mojej głowie. Zostałem znowu namówiony na coś co nie miało mieć miejsca. Pocieszała mnie tylko myśl, że każda minuta ich słono kosztuje. Kolejna dziewczyna po prostu zabiła moje resztki kreatywności. Ja wychodzę z założenia, że każdemu można zrobić piękne zdjęcia. Nie ważne czy ma się 3 metry wysokości czy szerokości. Ale bądźmy obiektywni. Osoba, która ma reprezentować sobą wyrafinowany make up, cudowne uczesanie, i niesamowite oczy, nie może mieć 7 podbródków i wytrzeszczu gałek.. Załamałem ręce i mówię do tej drugiej make up artystki prosto w twarz, że ma mi powiedzieć dokładnie jakie zdjęcia chce bo ja nie mam pomysłu. Zrobiłem co chciała, spojrzałem na lapa i zamknąłem pokrywę. I tak przez kolejne kilka następnych podejść. Kiedy pojawiła się naprawdę ładna dziewczyna, która przyszła w normalnych ciuszkach, i w której widziałem dużo potencjału, to przybrały ją jak samochód do ślubu i wszystko poszło się walić. Tak samo było z jedną profesjonalną modelką, która zawitała. Dziewczyna cudownie piękna i bardzo miła. Świetnie się z nią pracowało bo dokładnie wiedziała co ma robić i przy całej serii osób, które siliły się na sztuczne uśmiechy albo udawały powagę ona jedna ulżyła memu wkurzeniu. Problem tylko w tym, że&amp;nbsp; ta kobieta, reklamowała ubrania dobrych projektantów a one ubrały ją po swojemu. Jeśli chodzi o sam make up zrobiły naprawdę świetną robotę i chętnie bym z nimi współpracował jednakże w momencie gdy one upierały się aby prezentować uniwersalne bajery twarzowe, w akompaniamencie ubioru, który nie zostanie założony przez nikogo innego jak przez ludzi ich narodowości, to niestety ograniczały publikę do tej właśnie społeczności.&amp;nbsp; Modliłem się, żeby coś z tego jej ubioru dało się podpasować pod suknie wieczorową a obiektywnie patrząc to pewnie wybiorę tylko portrety.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Sesja skończyła się tak, że złość mi przeszła jak dostałem kasę do ręki a z make up artystką i tak nie porozmawiałem bo nie było okazji do gadki w cztery oczy. 9 Stycznia kolejna sesja i pewnie pojawię się na niej bo obiecałem, jednakże będzie to ostatnia współpraca z tą panią jeśli nic się nie zmieni.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Wracając do domu zakosztowałem odrobiny angielskiej techniki. Stojąc na stacji, na której przesiadałem się w inny pociąg gdyż jechałem z części miasta, z której bezpośrednio się nie dało, można powiedzieć, że dostałem małego wewnętrznego zawałku. Patrząc na zegarek oczekiwałem nadejścia godziny przyjazdu, kiedy to dwie minuty przed czasem pojawiła się informacja na wszystkich wyświetlaczach, że nadjeżdża pierwszy pociąg i prosimy o odsunięcie się od torów. Chwilę wcześniej zastanawiałem się jak to jest, że w kraju, w którym ostrzegawcze znaki informują, że ostrzegawcze znaki mają ostre krawędzie, nie ma tabliczek aby nie przechodzić przez tory w niedozwolonym miejscu. Odpowiedź nadjechała sama. Stacja, na której oczekiwałem jest lekko zaokrąglona a na jej początku stoi budynek kładki dla pieszych Z tego też powodu nie widać jak nadjeżdża pociąg. Z tego też powodu jedynym wyznacznikiem tego był jaskrawa żółty komunikat na wyświetlaczach, jakaś tabliczka z napisem "off" nad moją głową i promień światła widoczny po drugiej stronie torów. Stałem sobie na linii wyznaczającej granice bezpiecznej odległości, obok tabliczki, która ostrzegała o turbulencjach powietrza od nadjeżdżających pociągów. Kiedy snop światła stał się już bardzo wyraźny seria kolejnych wydarzeń nastąpiła w ułamkach sekund. Oczom mym ukazał się przód pociągu klasy dziewica (tak, "Virgin") a dwie sekundy później ten mknący pocisk śmignął obok mnie. Zatrząsłem się lekko w momencie kiedy włosy uciekły mi do tyłu głowy a za pociągiem posunęła smuga kurzu. Obróciłem się tylko lekko sparaliżowany i w świetle czerwonego sygnalizatora po raz drugi tego dnia powiedziałem: "O K...."&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Co do Brytyjskich kolei&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt; to muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem tego jak przewoźnicy reklamują się w Angielskiej &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=XX173CZcNPc"&gt;telewizji.&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Jeszcze jedno spostrzeżenie co do budynków stacji tutaj. Kiedy w Polsce jadę gdzieś pociągiem, i nie wiem dokładnie gdzie mam wysiąść, to przegapienie tej jednej czy dwóch tablic, z nazwą miejscowości równe jest z nerwowym pytaniem pasażerów, albo wystawaniem przez okno z nadzieją, że jakimś cudem uda się zobaczyć coś co nakieruje nas na to czy już mamy przerąbane bo pociąg znowu rusza, czy powtarzamy proces na następnej stacji. To co zauważyłem tutaj, to mimo, że w pociągach w głośnikach i na wyświetlaczach informują na jakiej stacji teraz się zatrzymamy, to na samym peronie, na każdej lampie, wisiała tabliczka z nazwą miejscowości. Bardzo przydatna sprawa w momencie kiedy ma się słuchawki na uszach i stoi w korytarzu. &lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Kiedy już siedziałem na fotelu pociągu zmierzającego do domu i obserwowałem wzgórza i światełka za oknem rozmyślałem jak to nadchodzący okres świąteczny wierci malutką dziurkę w mojej psychice. Nurtuje mnie czy to, że moja twarda skorupa trzymająca mnie w Anglii została lekko zachwiana to właśnie efekt tego, że mimo, że w gronie całej masy przyjaciół to jednak pierwszy raz spędzę święta z dala od domu czy raczej dwóch poważnych argumentów które mnie stąd odpychają: to, że dwóch dentystów na jakich trafiłem było idiotami i to, że dobrą kiełbasę można kupić tylko w niektórych sklepach. Moje mądre przemyślenia zakłóciło przypomnienie sobie, że firma, w której pracuje, ma filie w Bristolu i to, że jakieś dziecko siedzące u swojej mamy na kolanach, odkryło właśnie ile radości jest w klaskaniu.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;A czy TY, klaskałeś ostatnio?&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-1444156281959851076?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/1444156281959851076/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=1444156281959851076' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/1444156281959851076'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/1444156281959851076'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2009/12/merry-birthday-and-happy-christmas.html' title='[Edited] Merry birthday and happy Christmas.'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-4801867499496486535</id><published>2009-12-04T01:22:00.003Z</published><updated>2009-12-04T01:46:54.283Z</updated><title type='text'>No hard shoulder for 1 1/2 miles.</title><content type='html'>&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Miałem okazję wybrać się na wycieczkę do Manchesteru (kilka zdjęć na Picassie). Jako, że w jednej z tamtejszych galerii miała być wystawa poświęcona Francesce Woodman Interesującej artystce tworzącej wiele dziedzin sztuki. Rozsądny zmysł przedsiębiorczy szybko obliczył, że taniej będzie tam śmigać samochodem niż pociągiem dlatego władowaliśmy się w 4 osobistości do pojazdu samobieżnego i ruszyliśmy pasmem długich autostrad do nie znanego mi miasta choć już na samym starcie opisanego jako gejowa stolica i ogólne dno. Z kolegą kierowcą kilka wycieczek już miałem i to nie krótkich dlatego wiedziałem, że jest dobrym kierowcą jednak teraz miałem okazję zauważyć kilka ciekawych detali. Przede wszystkim jest młodym kierowcą dlatego z tego co by się wydawało, nie umie jeździć. Pomijając fakt, że jego ojciec ściga się na Le Mans a on kołyskę spędził na motocrossie, downhill'u i innych zabawkach, którymi dawał mi się przejechać a ja z żalem musiałem odpuścić zabawę na maszynie, która jest nie dopuszczona do ruchu miejskiego ze względu na za wysoką moc silnika. No ale wracając do kierowania. Pierwsze co zauważyłem już dawno to to, że bardzo wielu kierowców używa tutaj ręcznego na wszelkich górkach, pagórkach, spadkach, wzniesieniach i innych parkingach. Postój na pochyłej to istny pokaz magicznych samochodów nie wpadających na siebie i kierowców nie drących ryja na przestraszonych sprawców stłuczek, mimo tego, że światła hamowania się nie świecą.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Inną bardzo miłą i uprzejmą cechą to to, że kiedy na autostradzie z niewiadomego powodu trzeba mocno zahamować to pierwszym odruchem po naciśnięciu hamulca jest włączenie awaryjnych. Może u nas też by tak&amp;nbsp; było gdyby były autostrady i osiągało się prędkości pozwalające na sytuacje gdzie pojazd z przodu zbliża się szybciej niż percepcja zanotuje, że ło kurna.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Co do prędkości. Wiadomo, każdy jeździ za szybko i każdy łamie ograniczenia prędkości. Radary? Radary działają jak progi zwalniające. Jak tylko się go minie, to decha i do przodu. Ale nie w Anglii. I to wcale nie dlatego, że tutaj kierowcy grzecznie jadą przepuszczając każdego robaczka przez jezdnie. To dlatego, że tutaj ktoś wpadł na diaboliczny pomysł i stworzył system radarów prosto z otchłani piekieł. Sam szatan chyba kontroluje ten system bo oto jak one działają. Zamiast wielkiego pudła na słupie wiszą sobie np. 3 kamerki. Za jakiś czas wiszą kolejne 3 kamerki a jeszcze dalej następne i tak do usranej śmierci. I teraz nie uwierzycie ale one mierzą średnią prędkość każdego pojazdu! Potrafią po rejestracji zapisać samochód do swojej bazy danych i być na tyle sprawnymi, żeby zrobić dokładnie to samo z tysiącem innych pojazdów przelatujących w tym miejscu na sekundę. Żadna woda święcona na nic się tutaj zda czy inne magiczne spreje reklamowane przez gulczasa do mazania tablicy rejestracyjnej. Prawda jest jednak taka, że kiedy wszyscy jadą równiutko 60 mil na godzinę to wbrew pozorom ten ruch jest bardzo sprawny i szybki.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt; Kolejną super rzeczą, jest to jak zaplanowano wjazdy na autostrady czy ronda, które w większości wypadków tutaj nie mają pasów. Można na takim zginąć jak się nie wie co się wyrabia ale z drugiej strony na większych skrzyżowaniach tego typu pojawia się czasem taki bajer, że do skręcania w lewo (pamiętajcie o odwrotnych kierunku jazdy) jest osobny pas omijający samo kółko tak więc praktycznie nie staje się w ogóle i bardzo to rozładowuje ruch. Co do pierwszych wspomnianych to są tak sprytnie zaplanowane, że zanim wjedzie się na autostradę to spory kawałek jedzie się na osobnym pasie obok niej, aby dostosować się do prędkości i znaleźć swoje miejsce, a dopiero potem drogi scalają się i można ładnie, bez zatrzymania dołączyć się do ruchu. W Poznaniu też jest coś takiego, tylko, że to zjazd z szybkiego ruchu.. Może kierunki im się popieprzyły.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Dobra, koniec tych autostrad bo choć czasem mają po 5 pasów ruchu to to w końcu i tak kawał betonu czy asfaltu albo gumy do żucia u nas. Co do samego Manchesteru to nie powalił mnie na łopatki. Między drapaczami chmur Mariotta czy jakiegoś innego ogródka działkowego można znaleźć puste magazyny. W centrum inny hotel tak ekskluzywny, że korytarz do recepcji to dosłownie dłuuuugi korytarz z jedną kanapą w środku drogi, i wielką ladą na końcu tak, że portier może długo wpatrywać się w gościa, który będzie błądził wzrokiem po pustych ścianach bo przecież nie wygra bitwy na oczy a obok niego stara kamienica. Istny pokaz różnorodności i kontrastów. Bristol cały czas na pierwszym miejscu. Ale miałem okazję być w paru fajnych miejscach między innymi w uniwersyteckiej galerii, gdzie była wystawiona cała masa prac studentów architektury, na których mieli wizualizację, swoich projektów przebudowy London Bridge i zamienienia go w kompleks handlowo-mieszkalno-rekreacyjny. Jadłem też w pizzy hut gdzie za mniej niż godzinę pracy można ładować na talerz tyle ile się chce.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Jak co tydzień w dzisiejszym wydaniu "Twarzo Książki" kolejny skandal obyczajowy. Ale najpierw wprowadzenie. Od jakiegoś czasu nie aktualizuje swojej strony bo choć nowych sesji jest dużo to nie znajduje czasu na przerabianie zdjęć (hmm mógłbym to robić teraz zamiast pisać. Hmm albo mógłbym iść spać biorąc pod uwagę, że jutro teoretycznie kolejna do zrobienia z rana) no ale podążając trendem zamieszczania swoich drobnych portfolio na Facebooku postanowiłem tak samo zrobić. Umieściłem tam również jedno ze zdjęć, którego nie mam na stronie, a które można zobaczyć o &lt;a href="http://www.modelmayhem.com/pic.php?pic_id=4b072e3eb48fe&amp;amp;date=2009-11-20%2016:03:14&amp;amp;id=1464239&amp;amp;pid=15253515&amp;amp;the_count=&amp;amp;group_id=&amp;amp;ua="&gt;tutaj&lt;/a&gt;. Jezu jaką to wywołało dyskusję. Pojawiła się jedna Pani, której nie pasowało co na tym zdjęciu się znajduje. Jak to ja postanowiłem odpisać w swoim stylu i zrodziło się z tego coś uważam za warte wklejenia tutaj.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Występują:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;ZP (Zbulwersowana Pani)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;SP (Szanowny Przyjaciel)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;PB (Porucznik Borewicz)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;WS (Wolność Słowa)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;WZ (Wiewiórka z Zamiłowania)&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;b&gt;ZB &lt;/b&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;szkoda,ze kazdy poczatkujacy fotograf predzej czy pozniej przekierunkowuje siena erotyke, ograniczajac kobiete do wyuzdanej nagosci- te wszystkiezdjecia z golymi pannami jak dla mnie sa do bani. Reszta zdjec ztwojego nowego albumu jest ciekawa, bo przedstawiaja ciekawy i oryginalny pomysl.&lt;br /&gt;&lt;b&gt;JA&lt;/b&gt;&lt;br /&gt;Bardzo ciekawą opinię przedstawiasz. Przede wszystkim zafascynowało mnie jak zostało obalone to co przez półtora roku poznałem na wykładach. Myślałem, że istnieje wiele gatunków fotografii a wychodzi z tego co mówisz, że tylko jeden - erotyka. W końcu każdy się na nią przekieruje.&lt;br /&gt;Inna sprawa jest taka, że nie zmuszam moich modelek do niczego. Znaczy to, że słowo wyuzdane bardzo tutaj nie pasuje. Teraz pojawia się pytanie co znaczy wyuzdane bo chyba a nawet na pewno nie ma ono takiego wydźwięku jak sobie wymyśliłaś. Gdyby było tak jak mówisz, te dziewczyny nie tworzyły by erotyki a pornografię. OOO to to też się rozdziela? A jednak. Żeby było jeszcze ciekawiej to erotyki nie stworzy początkujący fotograf. To może jednak potrzeba trochę umiejętności aby zrobić takie zdjęcia? Może dlatego erotyka jest zaliczana do sztuki bo może nieść (ale nie zawsze musi) w sobie przesłanie? Może dlatego ona jest w takiej pozie a nie w innej bo ma to coś przedstawić? Swoją drogą żadna szanująca się modelka nie zgodzi się na sesję erotyczną jeśli nie będzie miała zaufania do fotografa, że ten sprosta zadaniu a początkujący mają to do siebie, że często coś spieprzą gdzie w tak delikatnym temacie nie ma na to miejsca.&lt;br /&gt;Tak przy okazji: "[...]ograniczając kobietę do wyuzdanej nagości." - Niestety ale jak rozebrać to zdanie (o cholera znowu ta erotyka) to ono nie ma sensu. O kurczę o czym on mówi?&lt;br /&gt;Całkowicie rozumiem, że mogą Ci się nie podobać te zdjęcia i nie mam za to pretensji. Każdy widzi taki obrazek inaczej i jedni dostrzegają w nim coś pięknego inni coś obrzydliwego. Cieszę się, że podobają Ci się inne zdjęcia. Z erotyki i tak nie zrezygnuje bo uważam, że jeśli ktoś potrafi zrobić dobre zdjęcia z tego gatunku i uchwycić w nich pasję, udowadnia zakres swoich umiejętności, których amatorzy nie posiadają.&lt;br /&gt;Żeby już wyeliminować wszystkie Twoje obawy o zdrowie mentalne narażonych na moje obrzydlistwa widzów - strona ta jest zablokowana dla użytkowników poniżej 17 roku życia (tak, można coś takiego zrobić) nie złamałem żadnych zasad regulaminu bo one wyraźnie świadczą, że nie można umieszczać pornografii, piję szklankę mleka dziennie dla zdrowia i pozdrawiam gorąco.&lt;br /&gt;Tak sobie pomyślałem, żeby już nie być taki strasznie bee, to przeproszę za mój pozornie agresywny ton i dodam, że taki mam styl.&lt;br /&gt;Muszę wspomnieć również, że rozumiem Twoje negatywne podejście do tego tematu bo sporo jest osób, które patrzą na taki rodzaj fotografii jako na przedstawianie kobiet w sposób tylko i wyłącznie seksualny. Mógłbym przecież fotografować tylko osoby otyłe, najlepiej nago (ileż to już takich zdjęć widziałem [powszechnie poważanych w środowisku fotograficznym]) i wywoływać w ten sposób odwrotne emocje ale ja zostanę przy pokazywaniu kobiety jako stworzenia cudownie pięknego. Facebook jednak nie jest serwisem wartym pokazywania zdjęć nad którymi trzeba się zastanowić dlatego umieściłem tylko to, co wizualnie i technicznie ładne.&lt;br /&gt;Dziękuję za tą opinię. Poruszyła mój zmysł twórczy i aż zachciało mi się pisać kolejne rozdziały.&lt;br /&gt;&lt;b&gt;SP&lt;/b&gt;&lt;br /&gt;ja tam lubie gole baby.&lt;br /&gt;&lt;b&gt;ZP&lt;/b&gt;&lt;br /&gt;no to juz sama nie wiem, co o tym myslec: Lukasz tworzy nowe oklepane fotki do playboya czy stara sie przedstawic swoje oryginalne pomysly, a przy tym nie sprowadzajac piekno kobiety do plytkiej nagosci, ktora mnie drazni i ktora w moich oczach jest obrazliwa? Jak do playboya to ja nie chce brac w tym udzialu- zostawmy wowczas opinie takim plytkim panom, jak ten powyzej.&lt;br /&gt;&lt;b&gt;SP&lt;/b&gt;&lt;br /&gt;ten plytki pan powyzej uzyl ironii. nie wiem czy jeszcze plytsza pani jest obeznana z tym terminem ale jesli nie to powiem, ze to co napisalem bylo lekko przesmiewcze w kierunku calej konwersacji.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;i z tego co wiem Lukasz przede wszystkim stara sie nauczyc jak najwiecej chwilowo i zbiera portfolio wiec potrzebne mu sa wszystkie rodzaje zdjec. mi sie wydaje, ze dobra jego jesli ma szanse porobic takie zdjecia. wez pod uwage to, ze te zdjecia nie sa tylko dla niego ale tez dla osoby ktora dla nich pozowala, wiec jesli modelka chciala miec taka sesje to chyba nie miala na mysli reprezentowania swoim cialem "plytkiej nagosci".&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;mysle, ze nie masz zielonego pojecia o czym piszesz wiec jesli chcesz przestac sie skompromitowac to przestan wypisywac takie brednie.&lt;br /&gt;&amp;nbsp;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;a btw. widzialas kiedys jakie fotografie pojawiaja sie w playboyu?&lt;br /&gt;&lt;b&gt;JA&lt;/b&gt;&lt;br /&gt;Droga [Zbulwersowana Pani] biorąc pod uwagę, że na swoim profilu wypisujesz komentarze, w których bardzo dosadnie zaznaczasz, że faceta trzeba wytresować co jest okropnie monotonnym procesem, długotrwałym i pochłaniającym zasoby wszystkich krajów Unii Europejskiej, to nie dziwię się, że masz pretensje do mnie, jako do osoby, która odkryła to co przeważnie zakrywane.&lt;br /&gt;Jeżeli w Twoich oczach nagość jest obraźliwa no to cóż, hmm, pech.&lt;br /&gt;Wiesz, są czasem takie sytuacje kiedy nagość jest pożądana i to uwaga (!) nie tylko przez faceta.&lt;br /&gt;Napisałaś, że nie chcesz brać w tym udziału. Ależ nie masz się czym martwić. Nie będziesz.&lt;br /&gt;A co płytkich panów powyżej. Niezwykle interesujące jest jak Twoja opinia musi zderzyć się z serią kompletnie odwrotnych komentarzy, między innymi moim, w stosunku do człowieka, którego zdjęcia chwalone są chyba przez każdego kto je zobaczy. Sztuką jest zrozumieć gdzie ktoś mówi poważnie a gdzie najzwyczajniej w świecie żartuje. Widać, że podeszłaś do tematu niezwykle poważnie i atakujesz mnie a teraz i [Szanownego Przyjaciela mojego] serią krzyżyków i zakonnic. Biorąc pod uwagę, że nie znasz mnie ani jego nie masz prawa zarzucić nam płytkości. Muszę w tym momencie zaznaczyć, że w naszej bibliotece jest cała masa książek, w których pojawiają się zdjęcia znacznie mniej delikatne od moich. O zgrozo, tam czasem są nawet penisy! Jak strasznie świat się myli widząc w tym coś innego niż płytką nagość jak to określiłaś. Jak już [Szanowny Przyjaciel] wspomniał, niestety, pojawia się tutaj po raz kolejny przykład na wyrażanie opinii w momencie nie znajomości tematu. Tak, przyznam się publicznie - widziałem Playboya (pójdę dać się ubiczować kilka razy za karę później) i uwierz mi, zdjęcia, które tam się widzi, w wielu przypadkach nie są nawet w jednym procencie tak delikatne jak moje. Na dodatek, o nie, nie wiem czy mogę to powiedzieć, ale wtedy kobieta rzeczywiście jest naga! I to wszystko widać!! Nawet poniżej pasa!!!&lt;br /&gt;Może nie przeszło Ci to przez myśl, ale na moim zdjęciu tak nie jest.&lt;br /&gt;Używasz oczu, ale nie patrzysz. Widzisz co chcesz widzieć i nie potrafisz zastosować konstruktywnej krytyki, którą wiele razy dostawałem między innymi od wykładowców fotografii czy profesjonalnych fotografów i, która wiele mnie nauczyła.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;b&gt;PB&lt;/b&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Brawo panowie, za poszerzanie horyzontow, a przynjamniej usilne starania, i zwalczanie pogladowch/opini, ktorych korzenie siegaja wiele wiekow wstecz. Brawo!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;b&gt;WS&lt;/b&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;a ja kocham damskie wdzieki na zdjech Lukasza! I och niech bedzie mi dane ze mezczyzna - moj wybranek- bedzie widzial mnie okiem takiego obiektywu! Gdzie kobiecosc i subtelnosc nie musza krzyczec ze istnieja. Uwielbiam i chce jeszcze!&lt;br /&gt;Takiej pornografii nam brakuje! Ale moze kolezanki nikt nie chcialby poprostu ogladac?! &lt;br /&gt;Babo! Rozbierz sie i spojrz w lustro! Tam sie niezle cuda dzieja :)&lt;br /&gt;pozytywnym byc ;P&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;b&gt;WZ&lt;/b&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;ej lukasz, daj mi tytul tej ksiazki z penisami!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&amp;nbsp;&lt;b&gt;Ja&lt;/b&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt; &lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Jezu w swoich najsłodszych i EROTYCZNYCH snach marzyłem aby ta konwersacja się tak rozwinęła.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;[Wolność słowa], cieszę się, że patrzymy na ten temat takim samym okiem. Jeszcze bardziej raduje mnie fakt, że Tobie, jako przedstawicielce płci pięknej, podobają się te zdjęcia. Wiesz, dobrze, że nie poprzestanę i dane będzie zobaczyć więcej pięknego kobiecego ciała!&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;b&gt;WZ&lt;/b&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;no bo ja chce zobaczyc penisaaaaaa z ksionżki! &lt;beczy&gt;&lt;/beczy&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;No i tym pozytywnym stwierdzeniem zakończymy dzisiejszy wywód. Rano sesja i praca, projekty czekają do dorobienia, pieniądze do zarobienia, krowy do wydojenia a i spać można by czasem przy okazji.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;A zara zara, coś mi się przypomniało.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Oto co znalazłem dzisiaj w internecie:&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;"Artykuł w jednej z francuskich gazet...&lt;br /&gt;"Polska. Oto znajdujemy się w świecie absurdu. Kraj, w którym co piąty mieszkaniec stracił życie w czasie drugiej wojny światowej, którego 1/5 narodu żyje poza granicami kraju i w którym co 3 mieszkaniec ma 20lat. Kraj, który ma dwa razy więcej studentów niż Francja, a inżynier zarabia tu mniej niż przeciętny robotnik. Kraj, gdzie człowiek wydaje dwa razy więcej niż zarabia, gdzie przeciętna pensja nie przekracza ceny (!) trzech par dobrych butów, gdzie jednocześnie nie ma biedy a obcy kapitał się pcha drzwiami i oknami. Kraj, w którym cena samochodu równa się trzyletnim zarobkom, a mimo to trudno znaleźć miejsce na parkingu. Kraj, w którym rządzą byli socjaliści, w którym święta kościelne są dniami wolnymi od pracy (!) Cudzoziemiec musi zrezygnować tu z jakiejkolwiek logiki, jeśli nie chce stracić gruntu pod nogami. Dziwny kraj, w którym z kelnerem można porozmawiać po angielsku, z kucharzem po francusku, ekspedientem po niemiecku a ministrem lub jakimkolwiek urzędnikiem państwowym tylko za pośrednictwem tłumacza. Polacy..! Jak wy to robicie..?""&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Polacy! Dobranoc.&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-4801867499496486535?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/4801867499496486535/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=4801867499496486535' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/4801867499496486535'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/4801867499496486535'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2009/12/no-hard-shoulder-for-1-12-miles.html' title='No hard shoulder for 1 1/2 miles.'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-4973328086456929210</id><published>2009-11-20T01:15:00.003Z</published><updated>2009-12-07T20:53:39.033Z</updated><title type='text'>Twarzo książka.</title><content type='html'>&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Każdy zna już chyba moje podejście do Facebooka. Niesamowita popularność tego serwisu osiąga według statystyk szał w kraju naszej klasy gdzie jeszcze dwa lata temu nikt o tym serwisie nie słyszał. Nagle mam 70 zaproszeń do znajomych i chyba jestem strasznie nie koleżeński bo leje na to jak tylko się da. Czemu jednak poruszyłem temat serwisu na, który wchodzę regularnie bo trzeba karuzelę postawić wesołym miasteczku (taka gra)? Dwa powody. Jeden to doszedłem do wniosku, że ugnę się i założę jedno z tym super trendy i fajnych kont w stylu Lukasz Gajdek Photography bo najwidoczniej coraz więcej ludzi ma coś takiego i biorąc pod uwagę jakie tam czasami niesamowite gówna lądują mam szansę coś pokazać a poza tym okazuje się, że z 1/3 odwiedzin na mojej stronie jest generowana właśnie z tego serwisu niestety,. Drugi powód jest dużo ciekawszy. Usłyszałem ostatnio w radiu, że w kraju mokrej chmury wydany został pierwszy sądowy zakaz używania tego serwisu dla dziewczyny, która prześladowała inną osobę. Pomyślałem sobie, że jest to szansa na uratowanie ludzi z sideł prowadzenia sztucznego życia, umieszczania tysiąc pięćsetnego zdjęcia i dodawania do znajomych osoby, którą poznało się na imprezie 3 godziny temu ale i tak nigdy się z nią nie porozmawia. Z fotela mnie zmiotło jak zauważyłem, że istnieje coś takiego jak stopień używalności tej strony. Nie wiem jak to działa ale najwidoczniej jak ktoś ma to niskie, to sugestiach wyskakuje zalecenie wyruszenia ze zbawienną krucjatą i dodanie poganina do znajomych bo inaczej zostanie wciągnięty przez złe moce prawdziwego życia i przypadkiem nie zmarnuje jego połowy pisząc o czym właśnie myśli na statusie lub informowania świata, że ło jezu ten nowy layout jest do dupy i przywróćcie szybko stary albo coś bo inaczej moja egzystencja straci cały sens!&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Na picassie można zobaczyć kilka nowych zdjęć. Wkrótce powrzucam ich więcej.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Zapomniałem hasła na do widzenia.&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-4973328086456929210?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/4973328086456929210/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=4973328086456929210' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/4973328086456929210'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/4973328086456929210'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2009/11/gupcy-na-wysokosciach.html' title='Twarzo książka.'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-2488263226565607001</id><published>2009-11-06T22:42:00.002Z</published><updated>2009-11-06T23:08:06.570Z</updated><title type='text'>Zaczarowany ołówek</title><content type='html'>&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Zastanawiałem się kiedyś czy ktokolwiek próbował rozszyfrować tytuły moich postów. Prawda jest taka, że prawdopodobnie nie wyszło by to za bardzo bez dogłębnej analizy i przesłuchania świadków ale mimo wszystko byłem ciekaw czy jakieś podejrzenia się nasuwały. Dzisiejszą porcję literek w logicznym skupisku nazwałem od cudownej bajki z dzieciństwa nie bez powodu. Zdarzyło się w moim życiu, jak i w życiu wielu innych osób, że malutkie czyny, pozostawione w normalnej sytuacji bez zainteresowania, miały ogromne znaczenie. I tak jak u mnie, tak i u znajomego, któremu spalił się dom. Cała seria dziwnych malutkich wydarzeń nastąpiła po tym tragicznym wypadku, która sprawiła, że z poszkodowanego, gościu ten przeszedł przez wszystkie etapy socjalnego napiętnowania do poziomu zapomnienia. Zjednoczona większość Polska w ciągu kilku godzin zorganizowała sztab dowodzenia kryzysowego zapewniając wsparcie finansowe, mieszkaniowe i psychiczne, po czym jeszcze szybciej zamieniła to w 600 wersji teorii spiskowych. Wiadomości z 10 źródła niczym głuchy telefon zmieniały swój sens od pomidora do silnika spalinowego i tak w końcu już nikt nie wiedział jak to było naprawdę. Najlepsze przyszło jednak na końcu, kiedy to mój ulubiony portal z twarzą książki stał się źródłem walenia głową w ścianę na zmianę z histerycznym śmiechem wszystkich rozgarniętych. Pojawienie się zdjęć zgliszcz pokoju i osmolonej łazienki na pewno dostarczyło ogromnego pocieszenia psychicznego dla tego, kto widział na nich swoje nie istniejące łóżko, czy ścianę, gdzie kiedyś wisiały zdjęcia. Dobrze, że zawsze znajdzie się ktoś kto skomentuje: "Świetne zdjęcia! Ale o co chodzi?" Myśl, mów, nie odwrotnie.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Zastanawiam się już dłuższą chwilę co napisać. Ostatnie zwroty akcji wrzuciły mnie w wir pracy a wyciągnęły z emocjonalnych rozterek a to jednak one dostarczały mi najwięcej materiału do pisania. Ułożyłem sobie opinię o Anglii i moje podejście do tego kraju. Zerwano wiele więzi łączących mnie z Polską i pozostały tylko te najsilniejsze. Nie jadę nawet na święta i choć tęsknie za moją rodziną, to nie przeraża mnie ta myśl. Wizja pozostania na wyspach staje się coraz bardziej realna. Prawda jest też taka, że dzięki temu wyjazdowi uświadomiłem sobie jaki świat jest malutki i, że spakować walizki i pojechać do stanów a nawet żyć tam to tylko kwestia tego, czy by mi się spodobało a wcale nie wykluczam żadnej z tych opcji. W Polsce nie czeka na mnie nic. Start od zera, tworzenie kontaktów, szukanie pracy i bezustanny stres na początku. Entuzjazm szybko spada a badania psychologiczne dowodzą, że Polak na emigracji, który wraca do ojczyzny, długo przystosowuje się do panujących warunków i przeżywa potężne problemy z tego powodu. Sam pamiętam, jak w wakacje musiałem zostać upomniany, zanim zorientowałem się, że wytykałem wiele rzeczy tak strasznie odmiennych od tych, które są tutaj, lub jak prosto w twarz powiedziałem sprzedawcy w sklepie, że jest chamem. W końcu się przyzwyczaiłem do wszystkiego i znów czerpałem radość z każdego kwiatka, ale to były wakacje.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Te dość poważne stwierdzenia do mojej głowy przyszły w momencie, kiedy podpisałem kontrakt w nowej pracy. Stałe godziny, stałe miejsce, i jedyne co ulega zmianie od czasu do czasu, to liczba, określająca ile tam pracuje, która i tak nie spadnie poniżej zadowalającego minimum. Z każdą godziną tam spędzoną, rośnie wpis do CV bo to już nie restauracja. Z każdym dniem, zapełniam kalendarz nowymi sesjami. Kolejni wpływowi ludzi poznani. Kolejna wizytówka oddana. Nagle zna mnie ktoś z Londynu, nagle znajoma chwali artystom w Paryżu, nagle pomagam w galerii a moje zdjęcia pojawiają się w magazynach i książce z moim nazwiskiem. Ktoś kręci mnie na festiwal, ktoś chce zrobić wywiad o innym projekcie. Z każdym tygodniem pojawia się więcej zleceń od uniwerku. Z każdym miesiącem nowe okazje w galeriach gdzie wykorzystałem już dwie. A z każdym rokiem, oddalam się od Polski siedząc w kawiarni z przyjaciółką, która widzi świat tak samo.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Strugam włócznie do sesji z pięknymi kobietami przebranymi za Rzymskie wojowniczki. Dostałem wszystko od zbroji i skóry pod nie, po nagolenniki i buty. Tylko broni mi nie dali ale to już sam montuje.&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;br /&gt;&lt;span style="font-size: x-small;"&gt;Mama ma zawsze rację.&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-2488263226565607001?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/2488263226565607001/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=2488263226565607001' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/2488263226565607001'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/2488263226565607001'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2009/11/zaczarowany-oowek.html' title='Zaczarowany ołówek'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-1656231432428802423</id><published>2009-07-10T19:56:00.006+01:00</published><updated>2009-07-11T15:48:11.690+01:00</updated><title type='text'>Smród, brud i ubóstwo.</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;W ciągu ostatnich dni pozbierałem sobie trochę negatywnych informacji o Anglii. Nie chciałem, żeby tylko słońce świeciło i wymyśliłem, że rzucę trochę cienia na kraj, który tak sobie chwalę. Ale nie. Wyszło na to, że moja ukochana Polska sama się wpieprzyła w gówno.&lt;br /&gt;Każdy kiedyś przeżył to uczucie kiedy czeka się 10 miesięcy na gwiazdora, jak już minie radość z poprzednich prezentów i gdy po nie przespanych nocach i snach przesuniętych o tygodnie w przyszłość, pod choinką znajduje się sweter od babci kiedy to Lego było tym co kolorowało szarość nocnych marzeń. Zawód na całej linii, wewnętrzna rozpacz i odkładanie z powrotem zabawek na półki, które miały zrobić miejsce na nowe cudo.&lt;br /&gt;Ja też wymarzyłem sobie pewną nagrodę za dzielne zachowanie. Ona też odliczała minuty do postawienia nogi na Angielskiej ziemi. Cudownie brzmiące "do jutra" rozpłynęło się w powietrzu kiedy to za sprawą rzetelności komunistycznej firmy wychodzącej z założenia "nasz klient - jego pech", pociąg wiozący powód mojego przedłużonego pobytu w Anglii, dotarł na miejsce z prawie 4 godzinnym opóźnieniem. Dzielne starania heroicznego taksówkarza zdały się na nic gdyż ślimak przyspieszył skutecznie wskazówki zegarka zagłady. Telefony na lotnisko, błagania obsługi i wyklinania na czym to PKP stoi nie zatrzymały samolotu. Poleciał on jak i poleciał cały łańcuch wybuchowej reakcji ciągnący za sobą możliwe przykre skutki.&lt;br /&gt;4 godziny spóźnienia. Co było jego przyczyną? Zalane tory. Czy pociąg jadąc natrafił na nie zmuszając go do gwałtownego hamowania i czekania na ekipę ratunkową, która umożliwiła by jego przejazd? Nie. Od samego początku było wiadomo, że droga jest uszkodzona. Z tego powodu jechano inną trasą. Z tego powodu każdy pociąg posuwał się z prędkością niezdecydowanego pijaka w innym wymiarze. Z tego powodu nikt z tych kretynów zarządzających tą debilną spółką nie wpadł na pomysł, żeby na jednej z tych prehistorycznych komiksowych tablic dworcowych wyświetlić komunikat, że ich wspaniały środek komunikacji stoi w gównie. No ależ oczywiście. Jak oni mogli to wyświetlić jak te tablice tego nie potrafią. Nikt też nie poinformował przy kupnie biletu ani na stacji ani kurna nigdzie. Dlaczego cały czas, wszystko co państwowe w naszym kraju, musi równać się z tragedią i łzami w oczach? Dlaczego ta banda debili nie potrafi zadbać o minimalny chociaż poziom zadbania o klienta? Świadomie wsadza się go w pociąg wiedząc, że on i tak zaraz utknie skoro wcześniejsze pociągi już dawno leża w rowie wysadzone rękoma wściekłych pasażerów. Ktoś kto podróżował regularnie naszą koleją, wie, że nie jest to sytuacja wyjątkowa i przypadkowa. Dlaczego na hasło PKP i wspomnianą historię słyszę od większości ludzi reakcję upewniającą mnie w przekonaniu o pogrążeniu tej spółki w najgłębszych pokładach żalu. Dlaczego ludzie, którzy chcą zdążyć na cokolwiek, muszą brać 2 dni zapasu i dlaczego z góry zakłada się, że pociąg się spóźni?! To przeraźliwe upośledzenie wszelkich gałęzi kolejowego przemysłu w naszym kraju nie tylko ukradło mi i jej dużo pieniędzy, nie tylko zepsuło tydzień wycieczek po pięknych rejonach ale zabrało to na co czekało się tyle czasu i co śniąc się w nocy ładowało pozytywną energią na cały dzień.&lt;br /&gt;Zastanawiam się, czy Anglia przypadkiem nie jest jakimś zmyślonym krajem a ja leżę gdzieś w śpiączce, tworząc swój ciekawy świat. Skąd te przemyślenia? Proste. Porównajcie pociąg klasy  &lt;a href="http://www.lgk.cal.pl/data/media/4/IMG_0103.jpg" target="_blank"&gt;Inter City&lt;/a&gt; i jego Angielski &lt;a href="http://www2.warwick.ac.uk/about/environment/transport/trains/virgin.jpg" target="_blank"&gt;odpowiednik.&lt;/a&gt; Wnętrze Polskiego pociągu każdy już zna. Poznajcie wnętrze Virgina &lt;a href="http://farm1.static.flickr.com/11/17262136_c4d99f0ab9.jpg?v=0" target="_blank"&gt;drugiej&lt;/a&gt; klasy, &lt;a href="http://www.jaunted.com/files/3873/Virgin_Pendolino_First_Class.jpg" target="_blank"&gt;pierwszej&lt;/a&gt;, i &lt;a href="http://www.therailwaycentre.com/Artists%20impressions/Pendo_int_lux.jpg" target="_blank"&gt;biznesowej.&lt;/a&gt; Z Poznania do Warszawy jest około 300 kilometrów a z Birmingham do Londynu prawie 200. Rok temu we wrześniu bilet na Inter City do Warszawy kosztował mnie ponad 130zł. Bilet do stolicy Anglii którego cenę sprawdziłem w tym momencie, na jutro rano kosztuje...14 funtów. Nie przeliczajcie tego na złotówki. Wyobraźcie sobie to jako mniej niż 3 godziny pracy za minimalną krajową. Jak się kupuje z wyprzedzeniem można znaleźc i za 7 Dodajcie do tego fakt, że Inter City jedzie 3 godziny a Virgin 1.20. W dodatku pociagi w Anglii sie nie spozniaja! Nawet jak spadnie milimetr sniegu to oni informuja, ze moze dojsc do opoznien ale nigdy tak sie nie dzieje. Kazdy Angielski znajomy na informajce: "pociag spoznil sie 4 godziny" lapie sie za glowe i mowi, ze to nie do pomyslenia. I tak się biorą moje podejrzenia o nierzeczywistości tego świata. Jak to się do cholery dzieje, że taki komfort jaki oni oferują, w super szybkim pociagu w którym nie trzeba na każdym kroku pilnować swojej torby, gdzie nie chodzą dziady sprzedające "browarki", gdzie można iść do toalety, która sama nam drzwi otwiera i w której nie wali poprzednim gościem, gdzie jest klimatyzacja  i który nie wydaje żadnego dźwięku poza szumem powiewającego chłodnego powietrza, jest dostępny dla każdego szarego człowieczka? Kogo oni okradają, że mają pieniądze na stewardessy, które stoją na stacji i kierują ludzi na właściwy peron(!). I przedewszystkim, jak to się dzieje, że w Anglii nie ma rozdzielenia na pociągi pospieszne i osobowe a jedynie na klasy przez co nie trzeba rozmyślać czy zaoszczędzić pieniądze i jechać przez 16 godzin do drugiego miasta na drewnianej ławce w wagonie bez kibla lub z i tak nie funkcjonującym, czy zapłacić roczne oszczędności i usiąść na względnie wygodnym fotelu w pociagu, który i tak się spóźni lub w którym nie ma miejsca na nogi. Powiecie, że to ja jestem wysoki. To dlaczego ja nie mam tego problemu w Virginie??&lt;br /&gt;Niekompetencje tej jakże cudownej firmy komunikacyjnej mógłbym wymieniać w nieskończoność. Podobnie jego pracowników, którzy zza szyby złapali boga za nogi i nie powiedzą mi na jaki peron ma przyjechać dwie godziny spóźniony pociąg bo ja jestem tylko wrednym klientem, który z uśmiechem na twarzy, grzecznie się pyta czy dojedzie do domu zakłócając im cenny czas spędzany na czytaniu gazety w której jasnowidz Bogumił naelektryzował kartki pozytywną energią, którą teraz tylko trzeba sobie wsadzić w tyłek i już cała Polska zdrowa. Może zamiast tego ktoś by poinformował, że zalało tory!&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-1656231432428802423?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/1656231432428802423/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=1656231432428802423' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/1656231432428802423'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/1656231432428802423'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2009/07/smrod-brud-i-ubostwo.html' title='Smród, brud i ubóstwo.'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-8751876433291242374</id><published>2009-06-22T00:24:00.007+01:00</published><updated>2009-06-22T20:00:30.512+01:00</updated><title type='text'>Papierowy koszykarz</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Kraj, który zmusił mnie do sporadycznego żywienia się w pomocy dla ubogich odwrócił ode mnie swój tyłek i nareszcie zaczął traktować poważnie. Dzięki mojemu uniwerkowi dostałem pracę do, której pierwszy raz chce mi się wstawać o 7 rano. Jednego dnia, szefowa z uni trzepnęła się w czoło i mówi: "Lucas, przecież ja wiem gdzie ty możesz pracować" Okazało się, że znany fotograf zajmujący się "stock photography" co jest rodzajem sztuki reklamowej, poszukuje asystenta. Dzięki wspaniałej leniwości spaczonych angielskich studentów roku 2 i 3 nikt nie chciał z nim pracować na zasadzie rocznych płatnych praktyk bo to on właśnie oferował. Szczęśliwie dla mnie, zgodził się na spotkanie i po nakręceniu wywiadu z gościem o najlepszym nazwisku na świecie (power) spotkałem się z nim w jego biurze. Pierwsza rozmowa poszła bardzo pozytywnie a jemu spodobały się moje prace w Photoshopie i w ten sposób poprzedni tydzień spędziłem robiąc to co naprawdę kocham. Rano chciało mi się wstawać i zasuwać pół godziny na piechotę do pięknych nowych budynków zwanych science parkiem. Mieści się tam wiele nowych małych i dużych przedsiębiorstw z różnych dziedzin jak np. firma produkująca najlepsze zabawki na świecie opierające się na odkryciach naukowych tak więc latające ufo, latające balony dla szarego człowieczka czy latające kapcie to to co tam się odkrywa. Moja praca miała polegać trochę na sekretarskiej robocie, czyli wysyłaniu zdjęć na strony gdzie się je sprzedaje, dodawaniu tagów, umów z modelkami itd itd. Przerobiłem jednak jedno zdjęcie i po drobnych korektach przez swojego przyszłego szefa stwierdzono, że nie ma sensu abym to robił i w ten sposób przez cały tydzień siedziałem przed wielkim Mac'iem na przeciwko największego Mac'a jakiego w życiu widziałem i razem z Deanem grzebaliśmy w Photoshopie. To co zdążyłem zauważyć z biurowej kultury to to, jak ludzie znajdują sobie każdą okazję, do oderwania mózgu od monotonnej pracy. Człowiek, który dzieli biuro z Deanem jest jego kumplem i zajmują się sprzedażą oprogramowania. Ciągle wisi na telefonie i konferencjach z Microsoftem np. Kiedy przychodzi do wyrzucenia papierka zamienia się w Jordana i na ten jeden moment jego świat kręci się wokół trafienia papierową kuleczką do śmietnika. Jak mu się uda, w wiwatach publiczności wykonuje swój bieg zwycięzcy a jak nie, z opuszczoną głową sprząta po sobie stracone nadzieje. Podobnie się dzieje, kiedy za oknem dzieje się coś ciekawego. Nie ważne, że na słuchawkach konferencja z Billem Gatesem, na kartce trzeba napisać co się wyrabia i poinformować kolegów. Ktoś zatrzasnął kluczyki do samochodu to zatykanie mikrofonu i obserwowanie jak pechowy nieszczęśnik widzi jak pomoc drogowa wkrada mu się do samochodu.&lt;br /&gt;Dla Deana obrabiałem zdjęcia w porażającej jakości. Jego aparat robi fotografie w rozdzielczości 60 mega pikseli a sesja przy której asystowałem we wtorek zajęła 32 gigabajty (!!!). Nie nadążałem ze zgrywaniem kart pamięci. Załamałem się trochę jak zobaczyłem jak on rozstawia sprzęt gdyż to co poznałem na uni na ten moment, okazało się niczym. Nas cały czas chcą wyszkolić na artystów. Dlatego uczymy się historii sztuki, dlatego zdjęcia oceniane się pod różnymi dziwnymi kątami i dlatego mało umiałem ze studia. Do oświetlenia jednej osoby Dean użył 8 lamp błyskowych i każda miała super ważne znaczenie. Chłonąłem tyle wiedzy ile się dało.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;W sobotę pojechałem z nim na ślub. Robił przysługę znajomym bo normalnie się nie zajmuje tym rodzajem fotografii. Drugim przystankiem po fryzjerze był wiejski pub, gdzie pan młody z kolegami spotkali się na piwie. To co mnie tam spotkało było jak piękne wyobrażenie stereotypowego angielskiego pubu. Ludzie siedzą na fotelach, przy kominku leży sobie pies żebrząc czasem o coś z talerza, a na podłodze leży dywan. Starsi panowie wspominający wojenne czasy, kumple wspominający poprzednią imprezę, kobiety wspominające przyszłe dzieci a przy barze samotny człowiek z zamyślonymi oczyma. Zero chamstwa, sama szczodrość a spotkanie się w drzwiach to wręcz walka o to kto większą uprzejmością przepuści drugiego. Jeszcze jedną ciekawą rzeczą było to, że serwowane kanapki były na chlebie podobnym do naszego a nie na nadmuchanej tostowej piance. Jedyne co zakłócało ten spokój to wielka plazma na ścianie z formuła.&lt;br /&gt;Po wyjściu z sielankowej atmosfery zajechaliśmy na miejsce ślubu. Staroangielski zameczek położony za lasem na lekkim wzgórzu z widokiem na pole z owieczkami. W środku klimat jak z Harrego Pottera. Skrzypiace schody, niesamowity kominek, wszędzie umiarkowany luksus. Zaczęliśmy od fotografowania ubierania panny młodej. W życiu nie spodziewałem się, że jest to aż tak skomplikowany proces. Potem już z górki, ceremonia, łzy szczęścia, emocje wybuchające w ludziach. W trakcie przemówień, śmiech niósł się po całej sali, wzruszenie i miłośc panowały wszędzie. Dean, zajmował się artystycznymi fotografiami a ja z obiektywem, którym zdejmowałem muchę z nosa pani na drugim końcu pola z owcami, uwieczniałem emocje na twarzach. Stworzyliśmy dobry team wynosząc sporo dobrych i jeszcze więcej kijowych zdjęć.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ślub ten poprawił mój pogląd na zabawę pijanych Anglików. Fakt jest taki, że tutaj często, dorośli ludzie potrafią nawet zalani w sztok nie powodować agresywnych emocji a te kompletnie odwrotne. Inna śpiewka co do tych młodych ale tutaj znowu musiał bym się rozdzielać na kategorie.&lt;br /&gt;Na samym weselu było 225 osób. Wszyscy w wielkiej miłości poklepywali sie po plecach a Ci najbardziej zalani, których można było na jednej dłoni policzyć, dostarczali wszystkim kupę śmiechu opowieściami. Mi stawiano drinki, przedstawiono mnie ludziom, faceci pytali o Polskie kobiety, komentowaliśmy wszyscy swoje żony (tak, ja też) i mimo, że znałem ich od kilku godzin, czułem się jak wśród świetnych przyjaciół. Uwiecznieniem tego było to, że na do widzenia Dean, powiedział, że ja jege aktualny asystent za 3 tygodnie skończy z nim pracować, to on chce mnie i najchętniej zatrudnił by mnie na stałe, no ale uniwerek czeka. Dostałem od niego jeszcze jedną niespodziankę. Dzisiaj dzwoniłem pod numer jego starych szefów. Posiadają oni agencję fotograficzną na tyle znaną, ża fotografowali między innymi dla Harleya Davidsona, Carlsberga, Jacka Danielsa chyba Ikei i innych maych firemek. Zadzwoniłem pod podany numer, i kiedy przedstawiłem się, usłyszałem, że już jestem znany w firmie i, że mam od jutra pracę jeśli chcę. Będe z nimi jeździł po kraju, pracował w photoshopie i w ich studiu które ma 5.5 tysiąca metrów kwadratowych, podwójny dach, który można formować w rożne kształty, przystosowane jest do kręcenia w nim filmów, i posiada drzwi jak hangar lotniczy więc samochody i ciężarówki to części goście tam. Sprawdza się powiedzenie, że trzeba się odbić od dna, aby wlecieć w chmury. Aby tylko ze wszystkim się tak poszczęściło, to skończą się moje nerwy i stresy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;21800&lt;br /&gt;21799&lt;br /&gt;21798&lt;br /&gt;...&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-8751876433291242374?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/8751876433291242374/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=8751876433291242374' title='Komentarze (14)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/8751876433291242374'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/8751876433291242374'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2009/06/papierowy-koszykarz.html' title='Papierowy koszykarz'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>14</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-1524187236272221518</id><published>2009-06-13T19:14:00.003+01:00</published><updated>2009-06-13T22:11:49.015+01:00</updated><title type='text'>Degree Show</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Dnia dzisiejszego mieliśmy okazję oglądać pracę studentów kończących studia. Kategorii pełno, od fotografii po film, animację, gry, design, architekturę, wystrój wnętrz, modę i jakieś jeszcze pewnie pominąłem. Niektóre piękne w swojej prostocie, innych nie rozumieliśmy a i tak najwięcej radości przyniosło nam odkrywanie gościa, który do swojej pracy wykorzystał masę telewizorów zsynchronizowanych ze sobą tak, aby gdy coś pokaże się na jednym z nich to oddziaływało to na drugim. Lataliśmy próbując odkryć gdzie wyleci piłka czy wypłynie rybka. Inną ciekawą rzeczą były maszynki ukryte w kartonowych pudełkach w, których po naciśnięciu przycisków i patrzeniu przez wizjer działy się różne dziwne rzeczy. W jednej widziało się jakby wnętrze silnika w innych wibrujący laser itd itd. Niektóre prace były zrobione z naprawdę wielkim rozmachem bo np. stawiano dla nich specjalne pomieszczenia. Większość fascynujących, niektóre kompletnie niezrozumiałe, piękne i brzydkie, proste i skomplikowane ale każda miała w sobie coś. Bardzo pozytywnym aspektem było to, że wiele z tych prac, nawet takich przy, których mówiliśmy, że dla takiego człowieka, to będzie ciężkie życie teraz, było wystawionych już w galeriach np. w Londynie a dzieła z designu, architektury czy media and communication są wykorzystywane komercyjnie przez światowe firmy. Podobno jesteśmy gównianym uniwerkiem. No cóż. Najwidoczniej rankingi są gówniane. Trochę zdjęć dostępnych &lt;a href="http://picasaweb.google.pl/lucas.gajdek/DegreeShow2009?authkey=Gv1sRgCPKS5_6m_pLcxQE#"&gt;tutaj.&lt;/a&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-1524187236272221518?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/1524187236272221518/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=1524187236272221518' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/1524187236272221518'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/1524187236272221518'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2009/06/degree-show.html' title='Degree Show'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-8515486611063654293</id><published>2009-06-03T12:33:00.011+01:00</published><updated>2009-06-10T18:38:15.769+01:00</updated><title type='text'>Oszczędności życia</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Kiedy po raz kolejny rozważaliśmy nad statusem społecznościowym statystycznego polaka i anglika do moich przemyśleń dołączyły się statystyki zbierane na moim blogu. Okazuje się, że niektóre osoby dotarły do moich internetowych przemyśleń dzięki poszukiwaniu takich stwierdzeń jak "dlaczego boli po zaplombowaniu", "jak się piszę sześćdziesiąt dwa złote"  lub (mój faworyt) "gdzie leży england".  Trafiły się też "zasady holowania w Anglii" lub "nagość na wybiegu". O dziwo sporo odwiedzin mam z Niemiec i Norwegii. Fascynujące jest czego ludzie szukają w internecie i jak "inteligentny" system klasyfikacji wrzuca mojego bloga jako odpowiedź na błagalne prośby spragnionych odkrywców.&lt;br /&gt;Do rozważań o społecznościowych różnicach dodam to co ostatnio zaobserwowałem w pracy. Mieliśmy u masonów dwie imprezy. Na jednej sali obchodzono 50lecie ślubu a na drugiej szkocko angielskie wesele po weselu bo to właściwe odbyło się dwa tygodnie temu. Kiedy stałem z tacą drinków witając babcinki i dziadki usłyszałem stwierdzenie, które od razu mnie zafascynowało. Jeden 100 letni obywatel do drugiego mówił, że ma niespodziankę dla szczęśliwego małżeństwa gdyż sprowadził jakąś ich znajomą z czasów dzieciństwa. Na pytanie jak to zrobił odpowiedź była niezwykle prosta - poszukałem w internecie. Bam, wszystkie kielichy mi poleciały kiedy staruszkowie dyskutowali sobie o tym jakie strony odwiedzali i co ciekawego można gdzie znaleźć. Starsi ludzie mają tutaj kompletnie inne podejście do życia. Można to zauważyć i w Polsce kiedy w turystycznych miastach przejeżdża autokar wyładowany Niemieckimi staruszkami. Tutaj jest podobnie. Stwierdzenie, że życie zaczyna się na emeryturze nabiera niezwykłego sensu, gdyż Ci ludzie pragną kontaktów towarzyskich. Dlatego babcie mają swoje lunche, masoni to bardzo często starsi ludzie, w centrach handlowych czy w parkach widzi się na ławeczkach następców północnoamerykańskich obsiadowców komentujących pod wąsem z laseczką u boku prędkość obrotu kuli ziemskiej a na zielonych i przystosowanych do tego terenach, starsi ludzie grają w boule. W drodze do Lindena mijam kilka domów, spokojnej starości, które mieszczą się w normalnych domach. Przez okna widać staruszków siedzących w wielkich fotelach przy kominku czytając książki z biblioteczek, które mają dookoła a ostatnio idąc do parku, widziałem rowerową wycieczkę emerytów.&lt;br /&gt;Dlaczego powiedziałem stuletni? Czy to dlatego, że nie mam szacunku? Nie. To dlatego, że Ci  ludzie mogą mieć 100 lat. Razem ze mną pracuje jeden kelner, któremu dawałem z 50 lat i to i tak na górkę. Kiedyś przyznał mi się, że ma 74. Nie chciałem mu wierzyć bo jest najszybszy z nas wszystkich, nosi po trzy metry talerzy no i po prostu nie może mieć 74 lat. Potwierdzili mi to wszyscy inni pracownicy. Na tą rzecz nie zwróciłem tutaj uwagi, ale staruszkowie mają się tutaj świetnie. Zakładając, że leki są dla nich za darmo, wszędzie widać ich w ich malutkich skuterkach, a w sklepach można dostać osobistego asystenta zakupów, który z nimi chodzi, nosi im koszyk czy pcha wózek i zachowuje się jak przyjaciel, to nie dziwota, że im dobrze. Najważniejszą jednak rzeczą jest to, że nikt nie wstydzi się tutaj z tego korzystać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ostatnie wydarzenia pozwoliły mi na porównywanie ludzi też na innej płaszczyźnie. Zauważone wcześniej "po" wesele, zestawiłem sobie z Arabskim "przed" weselem, na którym robiłem zdjęcia i 18stką rozpieszczonego bachora. Imprezę szczęśliwej dorosłej już kobiety opisywałem chyba wcześniej gdzie to mówiłem o pijanych dzieciakach nie chcących płacić i zachowujących się jak stado krów na biopaliwach. Arabska impreza było to przeżycie bardzo oryginalne. Wszystko polegało na łamaniu wszelkich zasad fotografii, którą ja wyznaje. Podchodzili ludzie, stawali na obleśnym tle i z kijowym oświetleniem robiło im się zdjęcie, które wysyłało się automatycznie do kompa a następnie było drukowane na laboratoryjnej drukarce. Byłem tam tylko raz i więcej już mnie nie chcieli. Sam uważam, że nie sprawdziłem się w tej roli. Robienie zdjęć pijanym gościom będąc wciąż popędzanym przez szefową bo inni czekają to nie dla mnie. Nie dość, że dała mi 15 funtów po 6 godzinach pracy (według minimalnej krajowej powinienem dostać ponad 28) to to co tam widziałem, skutecznie mnie odpędziło. Ta kobieta, miała wystawiony dyplom z koledżu, że ukończyła wstęp (!) do cyfrowej fotografii i założyła firmę robiącą zdjęcia. Nie znała się kompletnie na tym co miała a trzeba przyznać, że wsadziła w to kupę pieniędzy i kiedy coś się chrzaniło to zaraz było Lucas Lucas. Tego wieczoru tak się składa, że chyba wszystko postanowiło jej odmówić współpracy i musiałem sobie radzić z każdym problemem bo dla niej jak coś nie działa to nie ma rady. Wkurzało mnie to, że muszę uczyć swoją szefową i to, że Arabskie rytmy waliły z gigantycznych głośników jak na konkretnym koncercie a do tego Dj sprowadził sobie kolegów, którzy dla mojej rozrywki próbowali zgrać się z nutą i dechami pobudzali wielkie bębny. Tak jak oni grali to ja też mogłem bo po 3 godzinach igrania z moimi bębenkami nerwy miałem tak napięte, że w każdym widziałem wroga. Nie pomagało wcale to, że nawaleni uczestnicy nie słyszeli mnie jak się do nich darłem i musiałem ich łapać za ręce, żeby ustawić w odpowiednim miejscu a ta wielka mistrzyni fotografii rozwalała każde zdjęcie popędzając mnie i mówiąc, że dwa wystarczą. Więcej i tak się nie dało bo te geniusze wychodzą z założenia, że jak raz błyśnie to już pamiątka życia gotowa. Jednak wielka paranoja! Dołożę trochę rasizmu mówiąc, że jak 200 osób łapami je wszystko od ryżu po sosy do mięsa to się zbiera a rozdzielanie sali tak, aby po jednej stronie siedziały kobiety z nadpobudliwymi dzieciakami a po drugiej bogate grubasy jest chorym procederem, który myślałem, że w cywilizowanym kraju już zanikł. Fakt jest taki, że dzieje się to, co spotyka się wszędzie gdzie jest dużo innych narodowości. Duża grupa imigrantów nie dostosowuje się do panujących warunków ale tworzą sobie swoje. Tolerancja tolerancją ale walić ją w momencie kiedy kobiety całkowicie zakryte w swoich szatach okradają sklepy albo mają jedno prawo jazdy na całą rodzinę i oczywiście wszystkie z niego korzystają bo na zdjęciu widać czarny habit. Czy to jest wydźwięk mojej frustracji? Nie - to jest fakt. Z tego powodu Francuzi odważyli się podnieść rękę i postawić na swoim zakazując noszenia całkowitego zakrycia twarzy i posiadania takiego zdjęcia w dowodzie.&lt;br /&gt;Tak, Anglia pokazuje, że pogląd o tym jak egzotyczne są inne rasy i jak fajnie z nimi przebywać cały czas można o kant dupy rozbić. Anglia pokazuje, że tak jak wielu nie odpowiednich Polaków tu zjechało, tak samo stało się z każdą narodowością a przykrym jest fakt, że na ulicy, najbardziej niestety widać anomalie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co do Angielsko Szkockiego wesela była to niezwykle miła odskocznia. Wiedziałem, że będzie to coś fajnego i w każdym calu było. Wielki Szkot w kilcie ze swoją wcale nie mniejszą żoną witali swoich gości kiedy na sali grała przyjemniutka muzyczka przy, której każdy z barmanów śpiewał powodując uśmiech na nie jednej twarzy. Jak to na takim weselu i tu, ludzie się upili porządnie. I co wtedy? Byli jeszcze milsi. Stali, przy barze, rozmawiali z nami, kupowali nam drinki, tańczyli, śpiewali tulili się do siebie i nikt nie robił nic głupiego. Złamałem jednego Anglika, kiedy na moje zapytanie o jego porządek odpowiedział standardowo, że wszystko fajnie a widziałem, że stoi z piwem przygnębiony. Wiedział już, że jestem Polakiem i użyłem tego jako argument tłumacząc, że nie mam w zwyczaju zadawać takiego pytania, jeśli naprawdę mi o to nie chodzi. Wtedy opowiedział mi jak to człowiek się budzi i stwierdza, że nie wie kogo i czego w życiu chce. Zauważyłem, że ludzie lubią się wygadywać barmanowi. Osoba kompletnie postronna, której powiedzenie czegoś osobistego, nie będzie nic kosztowało i nie poniesie raczej, żadnych konsekwencji. I jak tu powiedzieć, że stereotypy to bzdura.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Innym ciekawym zdarzeniem kulturalnym, które się odbyło w Lindenie, był trybut dla Robiego Wiliamsa i Eltona Johna. Może to brzmieć słabo ale Ci goście byli naprawdę dobzi. Kiedy imitator Robiego śpiewał to w kilku piosenkach brzmiał jak oryginał. Podkład to nie był midi puszczany z komórki ale porządnie zrobiona wersja instrumentalna. Przygotowywali się przed wyjściem jak przed wielkim koncertem i zrobili naprawdę niesamowity show. Impreza w stylu drinków przy świeczkach i artyście śpiewającym wśród ludzi.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Nie będę za kolorowy i nie skończę na napiętnowaniu jednej nacji a wychwalaniu drugiej. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy prowadzę dość poważną dyskusję gdzie lepiej studiować - w Polsce czy w Anglii. Im więcej różnych ludzi tu poznaje tym bardziej odkrywam jeden nowy argument. W Anglii mało dzieciaków chce studiować. Powody dla jakich rezygnują są czasami niezwykle idiotyczne. Ostatnio zatrudniona została nowa dziewczyna do Lindena. Taka fajna, pierdzi, beka i ma non stop czkawkę. Nie wiem jak przeszła przez rozmowę kwalifikacyjną. Jej argument na skończenie edukacji na poziomie nikogo był taki, że na uni nie ma nic co by ją ciekawiło. Rzeczywiście, ciężko jest znaleźć coś ciekawego w kraju gdzie można studiować wszystko i każdy ma do tego szansę bez osiągania 98% z biologii. Bardzo dużo dzieciaków idzie szybko do roboty i ze względu na to, że zarabiają niezłe pieniądze, nie mają większych marzeń. Z drugiej strony daje to wielką szansę dla ludzi, którzy chcą coś tutaj osiągnąć. Angielskie dzieciaki lubią układać sobie życie na Facebooka, który swoją drogą stał się narzędziem do zapominania o prawdziwym życiu i tworzenia wirtualnych przyjaciół zamiast utrzymywaniu kontaktu z prawdziwymi. Ogromne frustracje wychodzą, kiedy nagle internet nie działa czyli innymi słowy wszelkie towarzyskie rozrywki zanikły. Można siedzieć w pokoju wyładowanym ludźmi ale to i tak Facebook jest najbliższym przyjacielem. Nawiasy wymuszające resztkę wyobraźni aby stworzyć odczucie uśmiechu a jedna gwiazdka z dwukropkiem przynosi więcej podniecenia niż prawdziwy pocałunek. Tak samo nasza klasa. Interakcja ograniczająca się do wystawienia komentarza bez słów aby nie wysilać komórek i dodania setnego zdjęcia na, którym ja i moje ziomki z browarem w ręku. Język Angielski i Polski też już zanika na tych portalach. Szlak mnie trafia kedy pizse sie od mine w tne spobsop a po Angielsku wygląda to jeszcze gorzej bo ludzie skracają każdą możliwą literkę jakby to ułatwiało trudy pisania na klawiaturze. Zajmuje to trzy razy więcej czasu aby rozszyfrować czasem taką wiadomość: "surprised i still didnt c u tho i was abt and bumpd in2 quite a few faces, bt in sayin tht i did check out some of the other floors 2day. u like it? yeh i knw wt u mean lol glad u liked it [...]" niż napisanie jej w normalny sposób. Najciekawsze w tym jest to, że w ten sposób piszą bardzo często osoby, które w normalnym życiu są poważnymi istotami. Skracanie stało się tutaj tak popularne, że zastąpienie "at" znaczkiem @ weszło praktycznie do języka oficjalnego. Nawet rachunek w Lindenie na ładnej karcie jest wystawiany z "małpą". Na niektórych wykładach rozważaliśmy nad kulturą facebooka i zdjęciami tam się znajdującymi. Warunki prawne, estetyczne, artystyczne i najważniejsze pytanie: czy to w ogolę jest fotografia? Okazało się, że powstało sporo prac nawet magisterskich na temat kultury tego portalu i to nie tylko w temacie fotografii ale np. psychologii. Fakt, jest taki, że ludzie spragnieni są popularności, i czasem dostanie podniesionego kciuka pod komentarzem o sraniu przynosi podobną radość dla takiej osoby jak sukces życiowy a oczywistym jest, że to pierwsze jest dużo łatwiej zdobyć. Ja też mam konto na Facebooku i na naszej klasie. Pierwsze założyłem bo nie miałem kontaktu z wieloma osobami w Anglii a drugie uruchomiłem przed moim wyjazdem tu i dzięki temu nawiązałem kontakt z Polakami studiującymi fotografię. Obydwa serwisy mi się przydały a teraz zafascynowałem się wirtualną restauracją i z połową sublokatorów wymieniamy się spostrzeżeniami jaki kolor ścian sobie wstawić. Nie tępię tych portali za ich pierwotne zamierzenie bo było ono niezwykle trafne, sensowne i przyniosło twórcą miliony. Wyśmiewam tylko ludzi, którzy wolą spędzać czas przed komputerem i prowadzić rozmowy na "ścianie" czekając na masę komentarzy, zamiast wyjść do parku i wytresować wiewiórki jak to my ze Szpakiem zrobiliśmy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Ostatnie wydarzenia pozwoliły mi oglądnąć jeszcze jedną warstwę piramidy społecznościowej. Polaków tu tyle zjechało do nielegalnej roboty, że wprowadzono nakaz rejestracji Polskiego pracownika, który kosztuje przyjemne 90 funtów. Musiałem więc udać się do biura imigracyjnego gdyż w necie formularz był nie ważny i naoglądałem się tam bardzo ciekawych rzeczy. Pierwsze co nie mogło się nie rzucić w oczy to tłumy ludzi w malutkim biurze. Podszedłem do okienka, powiedziałem o co chodzi i dostałem numerek klasyfikujący mnie do mówiących po Angielsku. Co ciekawe, jest tam rozdział na Arabów i Innych. Kolejna przyjemna rzecz to to, że wszyscy tam jak w rodzinie. Ci ludzie chyba już tyle czasu tam spędzają, że wszyscy się znają. Ktoś wchodzi, rzuca jakiś tekstem i ludzie mu odpowiadają. Witają serdecznie jak w pubie u znajomych. Jest czego pogratulować. Widać, że w tej poczekalni to nie Anglicy siedzą bo ciężko tam było znaleźć jakiś porządek. Jebitnie wielki znaczek z przekreśloną komórką i ogromnym "please" pod instrukcją co to znaczy a co chwile jakiemuś palantowi telefon dzwoni i ten gada w najlepsze. Dzwonki na, których drą się dzieci czy leci jakieś walenie głową w ścianę. Wiara krzyczy, matki z dziećmi wariują bo ich pociechy nie mają przycisku wyciszenia, ktoś mi kaszle na głowę, ludzie się przepychają a do okienka podchodzi jakaś kobieta i na pytanie o nazwisko rzuca coś w stylu Krzyżewska (wymyślone). Mina gościa - bezcenna.&lt;br /&gt;Kiedy mnie w końcu wywołali to pan, który mnie przywitał zaczął bardzo delikatnym prostym angielskim. Jak zobaczył, że nie będzie problemów z komunikacją to dopiero wtedy odetchnął i pierwsze co powiedział to, że się cieszy, że mówię ładnym językiem bo mają straszne problemy w porozumiewaniu się często. Potem potraktował mnie troszkę jak głupka bo czytał instrukcje jak wypełnić formularz i, że pod rubryką "surname' wpisuje się nazwisko a pod "date of birth" datę urodzenia ale stwierdziłem, że jak mu przychodzą codziennie tacy "Krzyżewscy" to niech sobie potłumaczy a ja dla jego zadowolenia i dla odmiany wszystko zrozumiem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Dzięki pomocy Kacpra ruszyła moja strona: &lt;a href="http://www.luke-photography.com/" target="_blank"&gt;www.luke-photography.com&lt;/a&gt; a już nie długo dodam nowe zdjęcia na picasse.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Do ogółu mojego bloga. To nie jest idealizacja. To są fakty.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeszcze będziemy tresować delfiny na Florydzie.&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-8515486611063654293?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/8515486611063654293/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=8515486611063654293' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/8515486611063654293'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/8515486611063654293'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2009/06/oszczednosci-zycia.html' title='Oszczędności życia'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-2795099687028852542</id><published>2009-05-08T18:33:00.006+01:00</published><updated>2009-05-17T14:07:35.481+01:00</updated><title type='text'>Płaszczka w monitorze.</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Skończyłem ten rok uniwersytecki. Wszystkie projekty zdane, ze wszystkiego jestem zadowolony i cholera smutno mi. Kiedy kończyło się rok w liceum to jakoś tak zawsze fajnie było. Perspektywa słodkiego nic nie robienia dawała zawsze siłę, żeby krzyczeć po ostatnim dzwonku. Teraz, kiedy wirtualna galeria z photoshopowymi projektami zadziałała i mogłem wracać do domu stwierdziłem, że nie chce. Razem z kilkoma innymi osobami usiedliśmy na kanapach w holu i od godziny 11 do godziny 14 30 nikt nie myślał, żeby wracać. Nikt nie poruszał tematów fotografii, nikt nie gadał o Bressonie i Duchampie nikt nie mówił nic poważnego. Każdy miał w sobie jakąś taką pustkę. Każdy chciał by coś jeszcze zrobić. Dziwnie się czuliśmy z tym, że tak siedzimy i nie pracujemy. W końcu przestaliśmy myśleć o tym, że zaczęła się upragniona wolność z której mało kto się naprawdę cieszył i puściły nam wodze fantazji. Leżeliśmy na stołach, tańczyliśmy w balecie, rzucaliśmy lżejszymi kolegami, robiliśmy zdjęcia i śmialiśmy  ile się tylko dało. W końcu jednak trzeba było się zbierać. Niektórzy do domu a my w czwórkę ruszyliśmy do "Royal London" na wielki lunch. Stwierdziłem, że dzisiaj nie szczędzę pieniędzy i kupiłem wielgachnego hamburgera. To jest bardzo ciekawa sprawa tutaj, ale praktycznie wszystkie puby w dzień zamieniają się w restauracje sprzedające dużo jedzenia z dużą ilością mięsa. Każdy też ma coś specjalnego i np. ten w, którym siedzieliśmy oprócz podstawowych dodatków pod postacią różnych keczupów  musztard i majonezów oferował wielki słój swojego sosu barbecue. Tak niesamowicie dobry, że jak zupę można by go jeść. Jednak i stamtąd trzeba było w końcu iść. Szybka partyjka bilarda na koniec i z kumple już toczyłem się do akademików. Po raz kolejny nie chcieliśmy wracać więc poszliśmy pokazać sobie nasze przyszłe domy. W ten sposób w drodze powrotnej spotkaliśmy znajome i razem z nimi wygrzewaliśmy się na słońcu. Zrobiła się godzina 17 30 kiedy przypomniałem sobie, że muszę zapłacić za akademik. Oddałem pieniędze, zoorientowałem się, że znowu jestem biedny i dopiero wtedy stwierdziłem, że wrócę już bo zacząłem odczuwać zmęczenie poprzedniej pracowitej nocy.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Spędzanie czasu na uniwerku ma jeszcze jedną dobrą stronę. Odciąga od rzeczywistości nie studenckiej. Zakończenie roku równa się ze zmianą życia. Jeśli wszystko się potoczy po mojej myśli to przez następny miesiąc będę mieć 4 prace a to daje np. 16 godzin roboty w sobotę. Plus jeszcze ta dla uniwerku ale to tylko w maju. Muszę odłożyć pieniądze np. na wakacje i następny rok. Dzięki temu będe dużo spokojniejszy. Moja psychika walczy z logiką. Strasznie chciałbym wsiąść w samolot i polecieć do Polski. Kuszące bilety wcale mi nie pomagają uciekać od tej myśli. Rozmowy na skype gadu i przez telefon tylko mi uświadamiają jak tęsknie a nie chce już tego. Ale trzeba zarabiać. Odrzuciłem już obóz o, który się tak starałem. Jeśli bym go przyjął to nie miał bym pracy fotografa, którą dostałem plus był bym kolejny miesiąc z dala. Będę pracował w Arabskiej sali bankietowej razem z jedną babką, która ma tam mini studio i w trakcie imprez robi ludziom zdjęcia po czym je od razu drukuje wsadza w ramkę i kosi kasę. Nic kreatywnego ale będą nieźle płacić. Problem tylko w tym, że mam pewne obawy co do tej pracy. Nie jestem jednak jeszcze tak kontrowersyjny w swoich wypowiedziach aby napisać jakie one są. W piątek idę na próbę, zobaczymy jak będzie, zawsze mogę się nie zgodzić. Próbuję jeszcze dostać robotę fotografa w oceanarium ale nie odzywają się do mnie już od 2 tygodni więc pojadę i wyduszę z nich odpowiedź. Wszystko mi mówi, że jest to praca w sklepie z pamiątkami bo nazywają to fotografem ale piszą, że będzie też obsługa kasy itd. Do tego dochodzi oczywiście kelnerzenie.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Miałem okazję oglądać nie dawno dwie sztuki teatralne naszych studentów. Cała grupa drugiego roku i czwórka trzeciego. Uniwerek posiada swój nie duży teatr ale w pełni profesjonalny. Wystawiali tam przedstawienie z rodzaju teatru fizycznego. Cały sens sztuki jest prezentowany za pomocą ciała i muzyki. Padły tam może ze 4 zdania łącznie. Muszę przyznać, że było to niezwykle ciekawe przeżycie. W Polsce raz widziałem na tego rodzaju sztuke i było to w teatrze muzycznym ale to jednak coś zupełnie innego. Jedynym minusem tego rodzaju teatru jest to, że połowa publiki wychodziła z niezadowolonymi lub zdziwionymi minami. Na pytanie jak Ci się podobało odpowiedź była "fajne" jednak nawet przy tak krótkiej i kompaktowej krytyce nie dało się nie zauważyć, że twarz rozmówcy wyraża kompletne nie zrozumienie a odpowiedź taka padała tylko, żeby nikogo nie urazić. Przyzwyczajony do innego rodzaju teatru nie spodziewałem się z początku tego co widziałem jednak muszę przyznać, że wywołało to na mnie niesamowite wrażenie.&lt;br /&gt;Sztuka 3 roku była zarazem ich finałowym zaliczeniem. Opowiadała o 4 imigrantach ich odczuciach i życiu w Anglii. Ruchy aktorów były niesamowicie połączone z efektami świateł i innych efektów wizualnych np. obrazu wyświetlanego przez projektor. Dodatkowo pojawiło się na początku kilka faktów związanych z całym procesem migracyjnym. Byłem kompletnie zafascynowany odkrywaniem znaczeń kolejnych scen. Ciągła interpretacja robiła z tego pewnego rodzaju zadanie nie tylko dla aktorów ale i publiki. Każdy drobny szczegół miał tam jakieś znaczenie. Najbardziej jednak niesamowita była scena sexu kiedy to duży nadmuchany prawie całkowicie worek tworzył jedność między aktorami. Tańczyli oni do muzyki opierając się o siebie poprzez plastikowy balon. Kompleksowość ich ruchów i fakt, że wielki worek zawsze był między nimi oraz to jak oni nim operowali tworzyło z tej nie długiej sceny niezwykłe zjawisko. Podziwiam też gościa, który dał się rozebrać do nagości zasłaniając się tylko dłońmi. Fantastyczny był jeszcze fakt, że sztuki nie dało się zrozumieć w całości jeśli nie widziało się, którejś jej części. Podobnie jak to, że odkrywa się ją partiami. Z początku nie wiadomo o co chodzi, wręcz wydaje się wszystko dziwne a z czasem zapala się mała żaróweczka i człowiek cały lata, żeby podzielić się tym co właśnie odkrył.&lt;br /&gt;Sztuka drugiego roku była w innym stylu. Tam pojawiło się dużo więcej aktorów. 24 bodajże. Ten spektakl opowiadał o indywidualności w tłumie i grupowych zachowaniach. Świetna muzyka i zgranie aktorów komponowały się z ich ubraniami i masą walizek i plecaków. Rekwizyty te miały ogrom znaczeń a to co aktorzy z nimi robili dodawało ich jeszcze więcej. Genialne połączenie scen całej grupy z tymi gdzie występowały indywidualności pary lub malutkie grupki. Ciężko jest opisać dokładnie co tam się działo gdyż było tego strasznie dużo. Czasem nie wiadomo wręcz gdzie patrzeć ale to uważam za kolejny plus bo dzięki temu sztuka była strasznie żywa. Dodatkowym atutem było, że w pierwszym przedstawieniu grała Sylwia a w drugim dobry przyjaciel Piotr, z którym mam zdjęcie w okularkach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Przyuważyłem ostatnio kolejną rzecz. W ciągu iluś tam lat używania komórki w Polsce dostałem chyba z jedną wiadomość na poczcie głosowej.  Tymczasem tutaj, miałem już ich chyba z 10. W sumie czemu nie używać czegoś co jest tak przydatne. Taka mała refleksja.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Uczestniczyłem ostatnio w niesamowitym wydarzeniu. Zadzwoniła do mnie babka z uniwerku, dla, której pracuje i zapytała czy nie chcę robić zdjęć w trakcie wytopu medali. Nie miałem pojęcia o co chodzi ale mówię, że pewnie.&lt;br /&gt;Uniwerek ma biuro zajmujące się pracami charytatywnymi. Postanowili wynagrodzić osoby naprawdę w to zaangażowane i stąd te medale. Zaprojektowała je jedna babka i teraz trzeba było je odlać z brązu. Wiedziałem, że uni ma piec do wytopu szkła ale nie miałem pojęcia, że jest jeden również do takich bajerów. Proces wyglądał tak, że najpierw wypalono formy, które spędziły w piecu 55 godzin i teraz je wyciągnięto i zagipsowano aby nie popękały. Wsadzili je do dziury z jakimś piaskiem i wlali do nich płynny brąz. Kilka godzin zajęło rozgrzanie pieca do temperatury prawie 12 tys stopni a roztopienie w nim metalu dosłownie 15 minut. Trzech gości wyciągnęło rozgrzany do czerwoności kociołek, który był tak gorący, że ja z odległości dobrych 10 metrów czułem to ciepło. Wyglądało to wszystko niezwykle fascynująco. Wrzucę jakieś zdjęcia na Picase.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;220&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-2795099687028852542?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/2795099687028852542/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=2795099687028852542' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/2795099687028852542'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/2795099687028852542'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2009/05/paszczka-w-monitorze.html' title='Płaszczka w monitorze.'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-3814162425321942655</id><published>2009-05-01T19:30:00.007+01:00</published><updated>2009-05-04T01:14:01.408+01:00</updated><title type='text'>Puzle ze zdjęcia</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Kończy mi się powoli rok uniwersytecki, zdaje ostatnie projekty, mam coraz więcej czasu wolnego na głupoty, pracę i  rozmyślania. Dzięki temu zauważyłem jedną ciekawą rzecz. Powiedzenie, że się czegoś nie docenia jak się tego nie straci udowadniane jest tutaj codziennie. Olśniło mnie nie dawno, że na Picassie mam zdjęcia jedzenia. Bynajmniej nie jest to artystyczna martwa natura ale zwykła fotografia posiłku. Kiedy w Polsce przygotowałem sobie dobry obiad to również odczuwałem jakieś zadowolenie jednak to mama raczej gotowała więc smaczne posiłki były codziennie. Tutaj, kiedy przyrządzimy sobie domowy obiad bierze człowieka taka duma i radość, że aż chce mu się robić zdjęcia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co do martwej natury. Jeden z moich projektów kazał przygotować reprodukcje obrazu tego typu na zdjęciu a następnie zrobić coś własnego pomysłu. W taki to sposób powstała moja bitwa "Jelly Babies". Tak - to są żelkowe dzieci, nie misie. Stwierdziłem, że nie jestem na tyle cierpliwy, żeby stać przed pudłem z misiami Haribo i wybierać tylko dwa kolory bo tyle potrzebowałem. Zamiast tego kupiłem kilka paczek asdowych gumowych niemowlaków i powybierałem te, które mnie interesowały. Rezultatem tego było, że sam zżarłem chyba z kilogram. Bitwa wyszła naprawde ciekawie a znajomi w studiu chętnie służyli za maszyny do dymu. Wisi już u mnie w pokoju wersja A3 tych zdjęć gdyż uśmiecham się za każdym razem jak je widzę.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kiedy mówię już o zdjęciach poruszę jeden wątek. Przyuważyłem ostatnio jedną przykrą trochę rzecz. Kiedy pokazuje swoje zdjęcia ludziom bardzo często słyszę komentarz w stylu "wow" "super" itd. Tak naprawdę jeszcze nikt poza moimi wykładowcami i innymi studentami  fotografii nie dał mi bogatszego komentarza. Ja się niezmiernie cieszę z każdej pozytywnej opinii na temat mojej pracy bo właśnie taki efekt moich fotografii zapewnił mi pracę na uniwersytecie plus może zagwarantuje miejsce w agencji obstawiającej imprezy i śluby ale jednak czasami żałuje, że moje pomysły zostają nieodszyfrowane. Zdarza się, że nie mam motywu przewodniego do sesji ale jednak w większości wypadków kieruje się czymś co trzeba odkryć. Jak w obrazach. Przykładowa sesja Sylwii ze słuchawkami i Ipodem wyglądała jak typowa fotografia reklamowa, jednak tak naprawdę za tymi zdjęciami kryje się przesłanie, które myślałem, że będzie łatwo odkryć. No cóż, pozostaje mi się cieszyć z tego, że zdjęcia są przyjemne dla oka.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Mój uniwersytet po raz kolejny zaskoczył mnie swoim obliczem. W trakcie pracy w ciemni nad dziećmi (spodobało mi się to zdanie więc go nie poprawiam) dostałem telefon od kumpla, któremu zawdzięczam miejsce w gronie uniwersyteckiego stafu, abym wpadł do studia filmowego. Jak się potem dowiedziałem, nie jedynego. Zachodzę nie spodziewając się niczego po czym mi lekko odjęło przyczepność do podłoża. Stanąłem przed potężnym studiem niczym z wejściówki faktów tvn. Odbywała się w nim sesja fotograficzna gdzie jakiś master robił zdjęcia czymś dużym i transferował je od razu do laptopa dzięki czemu widziałem jaki z niego geniusz. Dodatkowo jego aparat oraz obiektyw nie wydawał prawie żadnego dźwięku co akurat uwielbiam w moim skarbie. Całym studiem kieruje się oczywiście z nie mniej niesamowitej reżyserki, którą udało mi się uwiecznić. Na koniec dowiedziałem się, że w innym pomieszczeniu jest jeszcze większy blue box niż tutaj.  Przy okazji kolejnego podniecania się ilością sprzętu, jaki mamy. Kupują nam Nikona d300 i 10 Nikonów d90. Całkiem nowe zabawki od tego producenta o łącznej wartości ponad 15tys funtów.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Miałem ostatnio okazję robić dwie ciekawe sesje. Jedna ze względu na to, że to pierwsze zlecenie za pieniądze, które trafi również do lokalnej gazety a druga to mój debiut w akcie. Dziewczyna, która się na to zgodziła wyszła z prostego założenia - "wiem, że ciężko jest znaleźć modelki, które zgodzą się pozować nago za darmo, no więc jestem". De facto powiedziała, że chciała by za to tylko abym porobił zdjęcia kiedyś jej i jej drużynie roller derby (ostry sport). No to załatwione. Zafascynowała mnie łatwość z jaką ona zrzuciła z siebie ubrania, jej kompletny brak stresu i krępacji. Musiałem na niej wręcz ją wymuszać bo chciałem porobić fotografie na których ona stara się ukryć swoją nagość. Sesja wyszła całkiem nieźle. Znienawidziłem siebie potem kiedy wyciągnąłem zdjęcia z Photoshopa i stwierdziłem, że to nie ona. Tu mi stopy za duże się wydawały, to je zmniejszyłem, tu jej powiększyłem mięśnie brzucha, tam odjąłem w talii i wyszła moja wyobraźnia. Dziewczyna sama w sobie była bardzo ładna no ale zawsze można coś poprawić. Polepszyłem sobie potem humor wychodząc z kumplem na nocne polowanie na zdjęcia z Hasselbladem. Średnio formatowy film i ten aparat to jednak powrót do najwspanialszych korzeni tradycyjnej fotografii.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Tydzień temu pojechaliśmy do Walii wspinać się na ichszy najwyższy szczyt. Droga trwała ze 3 godzinki. Dzień zapowiadał się tragicznie bo lało i nie chciało przestać a na dodatek kierowca był porywaczem jeżdżącym po lewej stronie drogi. Stwierdziłem tak, kiedy komórkowy gps pokazał mi, że za chwilę będziemy nad oceanem i, że można było jechać inną drogą. Olałem to co mi podpowiada telefon kiedy się tam znaleźliśmy. Zaniemówiłem kiedy zobaczyłem te widoki. Ogromna zatoka otoczona rzędem starych pięknych domów a po drugiej stronie wysokie klify. Tunele przebijające się wprost przez ich wnętrza i droga prowadząca przez ich szczyty. Fale rozbijały się dziesiątki yardów pod nami kiedy zaświeciło słońce. Znaleźliśmy się na miejscu. Kierowca lekko pomylił drogę i wjechał w uliczkę w której podziwialiśmy nowe scenerie kiedy obróciłem się i tylko poklepałem Ewę bo nie byłem w stanie wymówić słowa. Byłem w wielu krajach europy, w wielu cydownych miejscach, ale to, co zobaczyłem tam, uznałem za najpiękniejszy widok w swoim życiu. Krystaliczne jezioro rozświetlało promienie słońca przebijające się przez chmury. Otoczone trzema wielkimi górami ciągnącymi się w nieskończoność wzdłuż wodnej doliny. Masywność tego widoku przytłoczyła nas a jego piękno odjęła mowę. Kierowca zawrócił i zabrał nas na parking z, którego poprowadzeni zostaliśmy do podnóża góry i puszczeni wolno. Leniwi mogli pojechać parowozem, który fascynująco wspinał się pod strome zbocza. Nikt jednak nie chciał iść na łatwiznę i ruszyliśmy zdobywać szczyty. Po dwóch i pół godzinie chodu znaleźliśmy się w tym obleganym miejscu. Widok zapierał dech w piersiach. Z jednej strony ocean, z drugiej pole gór. Dookoła szczęśliwi ludzie. Jedni nawet rowery wnieśli bo takie mieli wyzwanie. Wspaniała atmosfera. Zaczęły się zbliżać groźne chmury więc ewakuowaliśmy się gdyż i tak było po zamierzonym czasie jaki był przeznaczony na podejście bo poza dwoma i pół godzinami ja oczywiście zmarnowałem jeszcze jedną na robienie zdjęć.&lt;br /&gt;Podobały mi się tamtejsze góry. Są zdecydowanie inne niż nasze. Raz, że oczywiście nie tak wysokie, a dwa, że prawie nie zalesione. Pokryte miękkim mchem i skałami więc w niektórych miejscach można by prawie było turlać się kilometrami. Ale wspaniałe jest uczucie gigantycznego łóżka.&lt;br /&gt;Piękne typowo Angielskie miasteczko, które znajdowało się u podnóża, naładowało mnie znowu pozytywnym myśleniem o tym kraju. Fakt, chwalę go bardzo mocno. Jest za co. Jednak podziwiam kraj a nie Wolver które jest chyba największym shitholem w całej Anglii. Pod względem mojego kierunku uniwerek jest wspaniały, pod względem ludzi jakich na nim poznałem również, ale pod względem niektórych poważnych aspektów to jest to miasto typowo wzięte z czarnych kątów śląska. Nie zmienia to jednak faktu, że podoba mi się tu. Człowiek pracując part-time jest w stanie studiować, zarobić na życie i opłacić dom co będziemy robić od lipca. W 6 osób wynajęliśmy duży dom. W losowaniu trafił mi się największy pokój, na poddaszy. Jest tak byczy, że będę po nim popylał w melexie. Łatwo sobie wyobrazić gdyż jest wielkości całego domu, który na piętrze mieści 3 duże sypialnie i łazienkę. Mój obejmuje to wszystko. Zrobię sobie w nim pole golfowe, albo wybieg dla koni. Dzielnica trochę kijowa ale nasz landlord który jest niesamowicie wygadanym i miłym człowiekiem ale zarazem kręcącym się beemwicą z łańcuchem na szyi powiedział nam tak: "ja tu mieszkam od urodzenia, nigdy nie było tam problemów, ale jeśli jakieś będą, to dzwonicie do mnie a już ja się tym zajmę". Mówił to przez telefon więc nie wiem czy żartował, jednak zabrzmiało to poważnie.&lt;br /&gt;Dodałem zdjęcia na Picasse.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Złoto, które wydawało się nim nie być, okazało się mieć drugą powłokę.      &lt;/span&gt;&lt;p&gt;&lt;/p&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-3814162425321942655?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/3814162425321942655/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=3814162425321942655' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/3814162425321942655'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/3814162425321942655'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2009/05/puzle-ze-zdjecia.html' title='Puzle ze zdjęcia'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-9135642697418817421</id><published>2009-04-13T01:01:00.007+01:00</published><updated>2009-04-18T11:34:02.206+01:00</updated><title type='text'>Kiełbasa, miłość i drogie aparaty.</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Zrozumiałem ostatnio czemu niektórych facetów kręcą drogie samochody. Ja już usłyszałem, że nie jestem normalny ale podniecanie się ciuchami bo kosztują tyle ile zarabia cała klasa robotnicza średniej wielkości zamożnego kraju uważam za głupie. Ale ostatnio byłem bliski zrozumienia tego, choć i tak trzymam się cały czas swojego przekonania. Na jednym z modułów wykładowca przyniósł nasz sprzęt cyfrowy. Jakby ktoś jeszcze nie zdążył się zapoznać to chciał aby teraz każdy już miał to obcykane. Pojawiła się jedna z kilku dość już wysłużonych i starszych ale swego czasu dobrych lustrzanek i jeszcze jeden aparat o, którym zaraz opowiem bo warto. Jako, że oni tutaj mocno na film są nastawieni na pierwszym roku stąd jeszcze braki w sprzęcie ale już mają wymieniać za chwilę plus aktualizować oprogramowanie bo przecież nie można pracować na prawie najnowszym skoro jest najnowsze (lubię to podejście). O co chodzi z aparatem. Jest to jeden ze średnioformatowych Hasselbladów z tym, że z nakładką cyfrową. Dzięki temu bajerowi, ten filmowy aparat zamienia się w aparat cyfrowy. Zdjęcia, które robi w rozdzielczości 28 milionów pikseli są zapisywane na pamięci wielkości dwóch kostek masła zamontowanej pod nim i prawie większej od niego. Żeby można było zobaczyć te zdjęcia no bo przecież aparat filmowy nie ma podglądu, ta pamięć, wysyła miniaturkę przez bluetooth do palmtopa ze wszystkimi parametrami. W studiu do takiego aparatu jest podłączony potężny mac stacjonarny. No i dochodzimy do najciekawszej części opowieści. Taki zestaw, według kursu funta z dnia 13 kwietnia, kosztuje około... 62000 złotych. Słownie: sześćdziesiąt dwa tysiące złotych. Bałem się nacisnąć migawkę. Ale jak to zrobiłem to odpłynąłem. No ale niestety w fotografii cyfrowej często sprawdza się powiedzenie, że im coś droższe, tym lepsze. Pomijając ten &lt;a href="http://www.mobile-internet.pl/g/1158658505_IXUS.jpg"&gt;aparat&lt;/a&gt; za 50tys dolarów.&lt;br /&gt;Uniwerek mi zaoferował pracę nad projektem, który został zapoczątkowany moim grupowym zdjęciem. Prawie się rzuciłem swojej przyszłej szefowej w ramiona. Od nowego roku szkolnego zaczynam robić zdjęcia i filmy. To będzie coś wspaniałego.&lt;br /&gt;Nie wiem czy ktokolwiek czyta tego bloga na tyle uważnie aby zauważyć takie szczegóły, ale zmieniłem trochę styl. Staram się nie pisać już z dnia na dzień bo nie widzę w tym sensu. Wolę pisać o zdarzeniach szczególnych lub o moich spostrzeżeniach. Nie opisuję też imprez gdyż jest nich za wiele. Ale na ostatniej z nich &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;o tytule "sexual fantasies night"&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;, jeden z kolegów,   ubrany w strój kolarza, wczuł się w rolę i postanowił zjechać na rowerze ze schodów. Zebrał się tłum ludzi, on się przygotował, zjechał, rozpierdzielił szafę w, którą wleciał, złamał drzwi, wstał, otrzepał się i w tłumie wiwatów zszedł ze sceny. Bardzo widowiskowe. Takich rzeczy jest pełno wśród tych specyficznych dorosłych ludzi, których na każdej imprezie jest co najmniej 30. I to dzięki nim, uśmiech nie schodzi z twarzy.&lt;br /&gt;Dzisiaj dzień specjalny, Wielkanoc, i my również postanowiliśmy dzień święty święcić. O 11 byliśmy już u znajomych na wspaniałym śniadaniu. Największa uczta od kiedy tu jestem. Ogólnie raczej jem tutaj na spokojnie, jednak gdy dopadliśmy wszyscy do tego pożywienia, to tak jak od 12 zaczęliśmy, tak ja przestałem około 14 coś podjadać. Byłem tak pełny jak jeszcze nigdy. I było mi taaak dobrze. Jednak pewnie przemyślenie mi przyszło. Tak jak myśl o spędzeniu świąt w gronie znajomych była czymś bardzo przyjemnym, tak nie byłem jedyną osoba, która mimo wspaniałego czasu, poczuła lekkie przygnębienie. Atmosfera była tak rodzinna i prze miła, że skojarzyło się to z tymi rodzinnymi świętami i tymi szczególnymi osobami, za którymi tak się tęskni. Na co dzień, w pędzie i pracy nie czuć tego, ale kiedy usiądzie się z zamierzeniem tylko i wyłącznie relaksu i uczczenia, zaczyna brakować tych, dla których skype nie jest wystarczający. Natomiast zadziwiło nas wszystkich jak pan landlord, wyznania Islamskiego, przybył naprawiać drzwi czy pralkę.&lt;br /&gt;Piękna pogoda i słoneczko przyświecało nam przy wygrzewaniu się na trawniku i lodówce służącej za ławkę, spacer po west parku i przejażdżki na objezdnym wesołym miasteczku, spotkania z innymi znajomymi, i z powrotem na kolację. Jedzenia były takie masy, że aż żal wychodzić. Wspaniałe święta i choć otoczeni znajomymi i przyjaciółmi, trochę samotne.&lt;br /&gt;Na picassie dodałem zdjęcia z tego szczególnego dnia.&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-9135642697418817421?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/9135642697418817421/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=9135642697418817421' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/9135642697418817421'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/9135642697418817421'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2009/04/kiebasa-miosc-i-drogie-aparaty.html' title='Kiełbasa, miłość i drogie aparaty.'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-6283695435902569182</id><published>2009-03-24T23:48:00.016Z</published><updated>2009-03-27T00:01:48.141Z</updated><title type='text'>Pa pa, pa pa, mocno pa pa.</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Długo nie pisałem. Dużo notatek zebrałem. Długi rozdział teraz zamieszczę.&lt;br /&gt;Tytuł tej części może być dość intrygujący. Wziął się on od dziewczynki, która ze łzami w oczach, żegnała odlatującą bliską jej osobę machając w ciemne okno. Widzieliśmy ją na lotnisku w Katowicach gdzie czekaliśmy aż rozwiąże się problem zepsutego samolotu. Ale po kolei.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Angole zachwycali mnie na początku szybkością swojego działania. Prawdą jest też to, że oni dużo mówią, ale w niektórych sytuacjach nie szczędzą w środkach i zamieniają słowa w czyny. Wychodziłem do pracy koło godziny 11. Przechodziłem obok ulicy, która według Google Maps ma około 0.5 kilometra. Niby nie długa, ale bardzo uczęszczana. Jako, że to jest droga bez zakrętów mogłem spokojnie spojrzeć na całą jej długość. Coś tu definitywnie jest nie tak pomyślałem. Wczoraj tu był asfalt, dzisiaj widzę pełno robotników, którzy zatrzymują wielkie maszyny abym mógł przejść w miejscu gdzie powinno być przejście dla pieszych. Spoglądnąłem sobie jeszcze na tą ulicę i tak na oko stało tam tyle ludzi i pojazdów, ile używali do zbudowania wiaduktu nad największą i najnowocześniejszą górką rozrządową wagonów w Europie, na Poznańskim Franowie. Wracałem koło godziny 15. Przeszedłem sobie jak co dzień przez przejście dla pieszych po czym coś mnie tknęło. Przecież 4 godziny temu tu był batalion ludzi kopiący w wielkim rowie a teraz tu jest normalna ulica. Następnego dnia, po południu były pomalowane pasy a zaraz po tym postawili inteligentne przejście dla pieszych, które jak przyuważyłem, ma taki bajer, że czeka aż jedyny pechowiec jadący wieczorem w samochodzie minie barierę przed, którą modli się, aby nie nacisnąć tego cholernego guziczka bo zatrzymanie się na jeszcze jednych światłach przyprawi go o podcięcie sobie żył. Jak widać, jak się chce to można.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co do remontów jest jeszcze jedna ciekawa historia. Jako projekt o nazwie "Urban Landscape", który miał się pojawić na wystawie, robiłem panoramę gorszej dzielnicy w Wolver. Miało to być naprawdę długie zdjęcie robione poprzez zmienianie mojej pozycji a nie tylko obracanie aparatu, dlatego też, jego szerokość mogła by być nieograniczona. Pierwsze zdjęcia wyszły całkiem nieźle i zacząłem z nimi pracować. Niestety jakimś cudem pominąłem fragment budynku i musiałem się cofnąć aby powtórzyć sesję. Pojawiłem się tam dokładnie tydzień po pierwszych zdjęciach. Długo się upewniałem czy aby jestem w tej samej dzielnicy. Co wywołało moje poruszenie? To, że cholerni Angole zniszczyli mi projekt. Cała dzielnica, została odremontowana ... w tydzień (!!!) Wszystkie domy, jak jeden pies, miały nałożony tynk i były pomalowane w jasne kolory. Wcześniej rzucała się tu w oczy nierówna, brudna cegła, teraz raziła świeżutka farba. No nic, musiałem wybrać się na dalsze poszukiwania. W końcu znalazłem ulicę, która odpowiadała moim oczekiwaniom jednak niestety ogrom problemów technicznych, które odkryłem przy robieniu tego projektu skrócił moje zdjęcie z kilku metrów do półtora. Mimo wszystko efekt końcowy był całkiem niezły, i dobrze odwzorowywał założenia projektu wywołując dość długą dyskusję na jego temat więc pokładam w nim duże nadzieje.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jak już byłem przy temacie pracy to wrócę do niego na chwilę. Tamtego pamiętnego dnia, mogłem ustawić się na całe życie. Służyłem bardzo ułożonym kobietom. Wyglądały na zamożne, wydawały się całkiem zabawne, wzięły mnie za Francuza plus do tego dostałem w pewnym sensie bardzo nie skromną propozycję gdyż usłyszałem jak między sobą wymieniały zdanie czy takiego jak ja to by chciała. Odpowiedź była bardzo twierdząca więc szarmancko rzuciłem, "Nie wiem o czym szanowne Panie rozmawiają, ale podoba mi się to" po czym odszedłem zostawiając je w osłupieniu. Na końcu, kiedy stałem obok menedżerki i innych kelnerów, jedna z Pań podeszła, i rzucając do mnie Lucas, zapytała czy może zapłacić. Trochę zgłupiałem bo w tym gronie byłem najświeższy a co dopiero aby przyjmować czeki i pieniądze na kwotę ponad 1000 funtów. Mel natomiast lekko powstrzymując się od śmiechu, dała mi kalkulator i wysłała abym załatwił fundusze. Brzmi wszystko pięknie i prawie wpasowało się w komentarz Pawcia, który kiedyś otrzymałem. Był tylko w tym jeden szkopuł. Szanowna Pani miała z 80 lat. Dobrze, że nie poprosiła mnie o mój numer. Chyba jednak zostanę przy trochę młodszych kobietach.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Innego dnia wydarzyła się równie ciekawa historia choć o kompletnie innym temacie. Odbywała się u nas impreza jakiegoś liceum. Dużo muzyki, zabawy i zero alkoholu. Dlatego też na barze się za bardzo nie namęczyłem. Jako, że dużo się nie działo razem z kumplem przygotowywaliśmy sztućce na następny dzień. Owijaliśmy je w artystyczne wzorki z serwetek i wkładaliśmy do koszyków. Niezwykle odmóżdżająca i monotonna praca. W którymś momencie zabrakło miejsca na zapleczu barów (gdyż są tam dwa) więc zaniosłem koszyki do kuchni. Usłyszałem jednak jakieś walenie, trzaski i krzyki. Poszedłem do tylnych drzwi kuchennych, które są wyłożone zamgloną szybą i zobaczyłem jakieś kontury. Jak tylko podszedłem bliżej postacie uciekły. Pobiegłem szybko po drugiego barmana i wróciliśmy zaraz zobaczyć co się stało. Weszliśmy na mini klatkę schodową i zobaczyliśmy, że drzwi wejściowe są otwarte a drugie, prowadzące do mieszkania nad nami, które wynajmuje jakiś zespół, są kompletnie wyłamane. Poszliśmy więc do góry na rekonesans. Wąski angielski korytarz, ciemno, i pełno drzwi w każdym kierunku. Otwieraliśmy każde drzwi nogą i ostrożnie zaglądaliśmy do środka. Nie było niczego w pobliżu co mogło by służyć za broń więc byliśmy gotowi na wszystko. Za chwilę usłyszeliśmy Mel z dołu. Poszliśmy do niej by dowiedzieć się, że ta ekipa już uciekła i gdzieś się zaszyła. Okazało się również, że jeden z nich miał nóż więc może to i dobrze, że na nich nie natrafiliśmy. Po chwili przyjechała policja, złapała kilku z nich i prawdopodobnie puścili ich wolno no bo co można zrobić nieletnim. Pojawił się również szef kuchni bo to jego kumple mieszkają nad nami i nasz boss. Po chwili wszystko wróciło do normy, choć wkurzona Mel powiedziała, że koniec imprezy i z jakieś 150 osób zostało wywalonych trochę wcześniej. Tamci, którzy się włamali byli zupełnie obcymi gośćmi no i niestety ale wszyscy byli czarni co dokłada się do opinii, że Anglia robi z ludzi rasistów. Przyjemnym akcentem było natomiast to, że kiedy kucharz szedł do mieszkania, ruszyłem za nim ze słowami "I got your back" za co później przyszedł do mnie i powiedział, że bardzo to docenia, nawet kiedy nie zaszedłem dalej niż dwa stopnie bo się okazało, że tam już jest ten zespół i nie ma kogo szukać.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Niedawno temu, odbywała się u nas również 18stka jakiejś szczęśliwej murzynki. Jej mama, która przybyła wcześniej była bardzo miłą kobietą więc pomyślałem, że będzie to fajna impreza. No cóż. Long story short - jak się wiara upiła to to co się wyrabiało przy barze przeszło moje wszelkie wyobrażenia. Musiałem wyciągać od ludzi pieniądze, dosłownie przyciągałem za szmaty tych, którzy nie chcieli zapłacić, łebki się zjarały zielem i nie kontaktowały co się dzieje, Mel usłyszała, że jest kurwą w momencie gdy nie chciała sprzedać alkoholu jakiemuś debilowi i ogólnie atmosfera była bardzo napięta. Kiedy 100 masonów oblega bar wszyscy latają jak porąbani ale sprawia to jakąś radość. Kiedy Ci ludzie stali przy barze, każdy tylko patrzył na zegarek, żeby już zamykać. Co ciekawe, na początku przyszła jakaś ekipa wyglądająca jak nasze dresy. Zamówili sobie po piwie i w ukłonach odeszli od baru nie pokazując się już więcej. Natomiast niektóre z tych kiepów, elegancko nawet ubranych, nominowało się do przytrzaśnięcia im łbów kratą. Jeszcze jedna rzecz warta uwagi. DJ w łańcuchach, rozstawił taką ilość głośników i basów, że nam wszystko się trzęsło. Od lampek w barze po gałki oczne. Niesamowita różnica w zachowaniu między imprezą na trzeźwo a tą, po pijaku. Poza takimi ewenementami pracuje mi się bardzo dobrze.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Co do alkoholu i sprawdzania dowodu osobistego, co nie ukrywam, jakąś satysfakcję daje, Lechu nie mógł sobie kupić w ASDA naszego polskiego "Pawełka". Okazuje się, że jest to towar od lat 18. Bardzo logicznym i genialnym dla mnie pomysłem jest wstawienie takiej restrykcji na nożyczki, noże itp. co tutaj jest zrobione, ale na "Pawełka" którego zawartość alkoholu jest pewnie 0000.1%?? No cóż, health and safety na pierwszym miejscu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;ASDA kojarzy mi się teraz z jeszcze jedną rzeczą. Klej w sztyfcie, który nie skleja dłoni. Zawsze w podstawówce jak coś trzeba było wkleić do zeszytu czy na bristol kończyłem z poklejonymi rękoma, którymi dotknąłem przy okazji swojej pracy, zostawiając na niej ślad. Nie stoję na bieżąco z takimi produktami biurowymi, ale jak ostatnio użyłem najtańszego kleju z ASDY to nie mam pojęcia jak to działa, ale skleiłem kartki, po czym zmyłem ten klej jak mydło. Posmarowałem sobie jeszcze nic palce, dotknąłem ich nawzajem i nic się nie stało. Przeniosłem go natomiast na papier i momentalnie przyczepił się do kartki zostawiając moje ręce w spokoju. Geniusz, po prostu geniusz. Mamy mogą odetchnąć z ulgą a dzielne dzieci w podstawówce nie będą już w panice próbowały ścierać poklejonych kartek, brudząc je jeszcze bardziej. No dobra, albo ja nie będę próbował.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Notatki przypomniały mi o jeszcze jednej genialnej rzeczy z megastora. Kiedy był tu dzień ochrony środowiska zrobili tu akcję nie dawania reklamówek. Fakt, że u nas już dawno to wprowadzone i bardzo popieram tą inicjatywę. Różnica jest jednak taka, że kiedy Pani się mnie zapytała czy za 5p kupię siatkę, poinformowała również, że jak mi się podrze, to wystarczy, żebym przy następnych zakupach dał im ją, a oni mi wymienią. W sumie i tak jest fajniej mieć materiałową torbę, ale pomyślałem, że to ciekawa rzecz do wspomnienia.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;To nasuwa mnie na temat, kiedy to ostatnio staramy się chodzić regularnie na basen. Kupiłem sobie tam ostatnio okulary ale okazały się za małe. Wychodzę z wody, przebieram się i idę do pana w recepcji mówiąc, że trochę słabo i czy dało by radę wymienić je na większe. On mi odpowiada, że na ten moment to niestety już największe. Myślę sobie, kurde znowu wydałem bez sensu kasę jak wtedy kiedy nie wiedziałem co to jest chasseur i zmuszałem siebie, żeby zjeść słoik tego z resztą obiadu, która już mi przestała smakować. Ale nie, pan mi mówi, że może mi zrefundować. Ja, że bardzo chętnie. Wziął mi paragon i dał kasę. Koniec gadki. Oczywiście w okularach pływałem półtorej godziny i były wyjęte ze wszystkich opakowań, ale to nie przeszkodziło w niczym.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zmienię teraz kompletnie temat i wspomnę o Ciekawym wydarzeniu. Ostatnio uczestniczyłem w kręceniu dzieła na festiwal filmowy. Robiłem oczywiście jako paparazzi razem z masą innych gości, pstrykaliśmy flashami jak porąbani kiedy w sali wykładowej aktorzy odgrywali odbieranie nagród. Całe kręcenie było bardzo interesujące i przyniosło mnóstwo śmiechu szczególnie kiedy po tym wszystkim rzucono kilka skrzynek piw. Dowiedzieliśmy się też wielu ciekawych rzeczy, jak np. kiedy słychać wybuch od strony jednego ze świateł oświetlających plan to znaczy, że ono za chwilę przestanie świecić i w sumie to wszystko czego się dowiedziałem.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Kilka dni temu mieliśmy okazję tworzyć projekt polegający na reprodukcji obrazu martwej natury na zdjęciu. Bardzo fajna sprawa gdyż musiało się zgadzać wszystko. Każdy detal w oświetleniu, każde rozświetlone i przyciemnione miejsce. Fotografia była robiona aparatami wielkoformatowymi co jest niesamowitą zabawą. Kiedy się go wypożycza dostaje się go w skrzyni, w sumie to lepiej nazwać to kufrem. Montuje się go na statywie, który jest potężną konstrukcją przeznaczoną do przymocowywania rzeczy o masach grubo przekraczających moją wagę. Jak już wszystko się ustawi to zostaje przygotowanie aparatu. Nam zajęło to około pół godziny zanim strzeliliśmy pierwszą fotkę. Trzeba tam dokonać kilku obliczeń i przyznam się, że jest to nareszcie pierwsza rzecz, której nie czaję i cieszę się z tego powodu bo mam teraz coś, nad czym muszę posiedzieć aby zrozumieć. Najlepszy był jednak nasz tutor. Ten sam człowiek, którego kiedyś chwaliłem za niesamowicie wielką wiedzę. Podszedł, wziął linijkę, zmierzył odległość obiektywu od negatywu, po czym podał nam wartości. My lekko zdziwieni no ale z tutorem się nie kłóci. On widzi, że coś mu nie dowierzamy szczególnie, że pamiętam jak wyglądało mniej więcej to liczenie i wiem, że tam są parametry podnoszone do kwadratu, dzielone przez inne parametry itd itd. Rozpisałem to, policzyłem, kurna, on ma racje. Doświadczenie jednak przemawia przez tego człowieka. Ukazało się również jak stwierdził, że obraz, który wybrałem jest reprodukcją zdjęcia. Wytłumaczył nam to ukazując jakie oświetlenie zostało użyte. Facet to geniusz. Na końcu wziął jedną z naszych papryczek Chilli, ugryzł końcówkę i stwierdził, że ta nie jest ostra.&lt;br /&gt;Dla zainteresowanych, tak wyglądają aparaty wielkoformatowe. &lt;a href="http://www.grainsandpixels.com/images/large_format_camera.jpg"&gt;Pierwsze zdjęcie&lt;/a&gt; i &lt;a href="http://www.studionm.pl/img/Sinar/camera/33_0_sinar_f2_big.jpg"&gt;drugie.&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Jeśli pójdziemy w drugą stronę to w piątek robiłem zdjęcia puszką do piwa. Praktycznie można zrobić zdjęcia prawie wszystkim. Książką, portfelem, bułką, dynią, lodem. Nie ma tu żadnego kłamstwa w tym co mówię. Była kiedyś nawet wystawa aparatów, które można zjeść. Sztuka ta nazywa się "pinhole camera" i polega na zrobieniu miniaturowej dziurki w przedmiocie w środku, którego będzie znajdował się papier światłoczuły. Istnieją też oczywiście modele z negatywami. Ich konstrukcja jest ciut trudniejsza ale wciąż łatwa do zrobienia. Przygotowanie takiej puchy zajęło nam z 10 minut a potem robiliśmy masę śmiesznych zdjęć. Reszta to kwestia doświadczenia z czasami naświetlania. Fotografia ta ma niesamowite właściwości i pomijając takie bajery jak to, że taki aparat można sobie do ust wsadzić i robić genialne zdjęcia to technicznie osiąga się również świetne rezultaty. Zawsze myślałem, że jest to trudniejsza sprawa ale teraz kiedy nauczyli mnie, że negatyw to piękna rzecz, okazało się również, że i "pinhole" są łatwe i cudowne.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Na zakończenie mojego elaboratu opowiem historię z mojej "operacji". Tak w wolnym tłumaczeniu przetłumaczyło by się to co lekarz mi powiedział kiedy byłem u niego między innymi w sprawie pieprzyków, które mi nie pasują. Ale zacznę od samego momentu przyjścia do przychodni na wizytę. Kiedy się tam pojawiłem, podszedłem do ekranu dotykowego, na nim kierowany instrukcjami zaznaczyłem, że jestem facetem i urodziłem się tego grudnia, po czym dostałem info, że lekarz został poinformowany i, że mam usiąść w poczekalni na piętrze. Poszedłem, usiadłem i 5 minut po czasie pan doktor poprosił mnie wypowiadając moje nazwisko tak jak cała reszta anglików. Usiadłem sobie na krzesełku, i wyspowiadałem co mi jest. Na hasło problemów ze stopą pan mi powiedział, że albo załatwię sobie drogie buty specjalnie dla mnie aby mi się zregenerowała noga, którą prawdopodobnie uszkodziłem podczas biegania albo zapisze mnie do fizjoterapeuty. No cóż. Wybrałem opcję darmową. Doktór powiedział, że w takim razie inny lekarz się ze mną skontaktuje i, że ja już się tym martwić nie muszę. Następnie alergia, która u mnie w Anglii nie występuje ze względu na klimat, ale dostałem tabsy jakbym chciał przylecieć do Polski. Na końcu została sprawa trzech pieprzyków. Brzydale były w niefortunnych miejscach i albo obcierałem je paskiem albo nie pasowały one do koncepcji. Doktor wytłumaczył, że również się ze mną skontaktują w tej sprawie i oczywiście je usuną. Super. Pożegnałem się wróciłem do domu i dwa dni później dostałem zawiadomienie, że za kolejne 5 dni będę mieć zabieg. Napisali w liście, że będzie to kosztować NHS 100 funtów dlatego miło by było, żebym się pojawił bo jeśli nie, to w przyszłości mogę zostać poproszony o płacenie. Poza tym, na dwóch kartkach A4 rozpisali się co mi będą robić i dokładnie wytłumaczyli, że to drobna procedura i, że mam się nie bać bo to nie boli. Niesamowite podejście do pacjenta.&lt;br /&gt;Zjawiłem się umówionego dnia, znowu na komputerze poinformowałem o swoim przybycie, poczekałem kilka minut czytając masę ulotek o darmowej pomocy z każdym problemem i jak  poproszona pana Gadźdka wszedłem do gabinetu. Miła Pani powitała mnie razem z pielęgniarką. Ukazałem miejsca, dostałem znieczulenie, pogadałem chwilę z nimi a na hasło, że z Polski lekarka się zamyśliła chwilę i rzuciła miłe "dzień dobry". Pielęgniarka dodała swoje "dobrý den" i już wszyscy się cieszą. Dobra, znieczulenie działa, pani bierze jakieś dziwne rozżarzone coś co wygląda jak spawarka czym przyprawiła mnie o lekkie pocenie się i sekundę później już sięga do drugiego pieprza. Ja się pytam czy to już a ona, że no pewnie. Za chwilę chwyciła następnego brzydala, ciachnęła pod nim tym diabelskim urządzeniem, powtórzyła to pod trzecim i po 3 sekundach był koniec. Dziwne to uczucie w sumie tak oglądać jak coś wchodzi w ciało jak w masło ale to i tak lepiej niż jak w Polsce kiedyś miałem skalpel w głowie z powodu innego pieprza, i dopiero wtedy zorientowałem się, że w sumie to znieczulenie jednak nie zadziałało i się wydrę jak powalony z tego powodu. Na do widzenia dostałem dwa plastry bo szwów nie trzeba było gdyż dzięki ognistemu mieczowi, rany się od razu zasklepiły i wróciłem do domu. Tak jak dentystów znienawidziłem tutaj tak lekarzy pokochałem. Całość zajęła mi tyle czasu ile zakupy w ASDA.&lt;br /&gt;Wieczorem tego samego dnia poszliśmy na "Oscars Night". Impreza w stylu bardzo eleganckim, wszyscy odstrzeleni w garnitury, kobiety w suknie wieczorowe i bawiliśmy się całkiem fajnie w nastroju High Life. Jak dostanę zdjęcia to wrzucę nie długo na Picasse. Natomiast już teraz można oglądać fotografie z mojej sesji, którą zapragnąłem sobie zrobić. Zapraszam.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Skąd się wzięły Katowice w mojej opowieści? Wpadłem z koleżanką do Polski na weekend za 7 funtów. Przywiozłem stamtąd kilka ciekawych historii. Pierwsza z nich zacznie się w momencie kiedy wyszliśmy z lotniska i musieliśmy zapłacić 20zł aby uprzejmy pan zawiózł nas autobusem na dworzec PKP. W Birmingham robi to kolejka jednoszynowa - za darmo. Następnie było jeszcze ciekawiej. Na stacji latałem jak porąbany przed dziełem epoki prehistorycznej czyli rozkładem jazdy, który był szerokości całego holu i oczywiście były to gigantyczne przyklejone literki na ścianie więc biegałem sobie od godziny odjazdu naszego pociągu do legendy na której szukałem wytłumaczenia 600 symboli. Jedna z nielicznych tablic pseudo elektronicznych pokazywała, że pociąg z Katowic do Poznania jedzie przez Kraków i na dodatek miał być o naszej godzinie co się ni w ząb nie zgadzało z tym co powinno być. No cóż, pobiegliśmy na peron bo mieliśmy kilka minut. Oczywiście nad żadnym z wyjść, tablice nie wyświetlały pociągu. Na miejscu po 15 minutach po tym jak nasz pojazd miał się pojawić postanowiłem pobiec do informacji. Pani mi tam powiedziała, że pociąg opóźniony godzinę. Świetnie, a gdzie to do cholery ogłoszone?? Pytam się czy na tym samym peronie będzie stawał, odpowiedź - powinien. Czyli bez żadnego konkretnego info odeszliśmy usiąść na schody gdzie podziwialiśmy jak panowie palili fajki strzepując popiół do popielniczki zrobionej z rynny. Po godzinie na szczęście pociąg pojawił się na stacji. Usiedliśmy w przedziale. 15 minut później jakiś gościu wleciał z tekstem: "browarek, piwko dla Państwa?" i odszedł bardzo nie zadowolony. Wybrałem się na poszukiwania toalety i przeszedłem pół pociągu zanim znalazłem taką gdzie mógłbym umyć ręce. Pozwolę sobie zaznaczyć przy okazji, że w "Virginie" z Wolverhampton do Birmingham kibelek jest większy niż ten, który mamy w akademiku. Całkowicie przystosowany dla niepełnosprawnych z drzwiami na guzik, i z całym kompleksem myjącym dłonie - działającym. No i taki mały szczegół - nikt tutaj nie sra na tory. W Katowicach podziwialiśmy taśmę papieru toaletowego rozciągniętą przez pół długości stacji. W samym mieście rodzinnym natomiast czułem się znowu wspaniale. Przywiozłem sporo energii i tęsknoty co jest pozytywnym uczuciem. Mam natomiast wrażenie, że nasz naród nie jest przyzwyczajony do bycia dla niego miłym. Otwierając kilku kobietom drzwi nie usłyszałem ani jednego dziękuję. Nie mówię, że jest to sprawa ciągle się pojawiająca, natomiast skądś ten stereotyp Anglika człowieka uprzejmego się wziął. No i przeważnie tak jest. U nas mam wrażenie, że grzeczność jest traktowana jak coś podejrzliwego. Wiele osób, wychodzi z założenia, że nie ma bezinteresownej uprzejmości i może dlatego to ja byłem tym dziwnym człowiekiem kiedy chciałem w Karpaczu pomóc wstać kobiecie, która bardzo się z tym zmagała gdyż narty jej się powyginały w każdą możliwą stronę. Na zaoferowaną pomoc i rozpoczęcie rozpinania jej wiązań, miałem obserwowane ręce jak bym jej to kradł.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Teraz zaczęła się nasza droga powrotna. Ta jest jeszcze ciekawsza. Oczywiście w pociągu znowu proponowano nam browarka i znowu zeżarto z nas 20 zł za transport na lotnisko. Tam, wszystko ładnie się potoczyło i za chwilę byliśmy w samolocie. Chwilę po tym jak wszyscy się usadowili steward poinformował, że są malutkie problemy ze schodami i, że zaraz wszystko naprawiają. Naprawili. Chwilę później zostaliśmy poinformowani, że są małe problemy techniczne, które zaraz naprawią. Nie naprawili. Polska stewardesa walnęła tekstem, że jest drobny problem z silnikiem. No cóż, kobieta niestety nie przemyślała tego co mówi, zresztą nie wyglądała na taką co by się specjalnie nad tym głowiła. Niestety użyła bardzo złego zestawienia słów. Silnik i problem plus dodała zdanie, cytuje "proszę się nie martwić, to się zdarza cały czas więc to nic wielkiego". W tym momencie wybuchała panika jak na Titanicu. Ludzie się darli, że to gówno, że samolot na złom, że oni nie lecą, że co to za firma itd itd. Z Ewą żałowaliśmy, że nie studiujemy psychologii bo nasza praca magisterska właśnie by została napisana. Panika rozniosła się łańcuchowo. Jakiś facet nagle postanowił wyjść i musieli go wypuścić. Potem inni ludzie łazili ciągle do stewardes i dopytywali co się dzieje, przekazywali kompletnie inne informacje i robili wielkie zamieszanie. Co ciekawe lub dobra, w tym momencie nie będę ironizował - co normalne, jedynymi ludźmi, którzy swoimi wrzaskami i przepraszam, pierdoleniem od rzeczy, nie wyrządzali więcej szkody i stresów niż cała reszta byli Anglicy, my i drobne wyjątki wśród polaków które wyglądały na studentów lub podróżujących pojedynczo. Ogólnie nasz naród prowadzony jak bydło przez jednego debila postanowił sobie zrobić ukamienowanie winnej za to wszystko stewardessy no bo któż inny mógłby być odpowiedzialny za to jak nie ta biedna kobieta, która teraz odpierała miliony ataków w jej kierunku. Żałuję, że nie nagrywałem tego bo naprawdę, to co się tam wyrabiało przekracza ludzkie pojęcie. W, którymś momencie sam nie wytrzymałem i również sobie krzyknąłem, ale na tego gościa, żeby zamknął japę. W końcu poproszono nas o wyjście z samolotu. Teraz poziom chamstwa i pospólstwa osiągnął apogeum. Widziałem jak wszyscy stewardzi i stewardesy strasznie zestresowani chowają się gdzieś po kontach więc kiedy stanąłem w drzwiach stwierdziłem głośno: "damn, so it is not Birmingham" i rozśmieszyłem kilku z nich. Jak tylko weszliśmy do terminalu chcieliśmy jak najszybciej uciec z hali odlotów. Dostaliśmy przepustkę jakąś, która na końcu okazała się powodem wielu zamieszeń i jakieś pół godziny później w końcu pozwolili nam wyjść. Uciekliśmy na zewnątrz a potem w poszukiwaniu jakiejś restauracji na lotnisku. Pierwsza z nich niestety zmiotła nas trochę cenami bo za kawałek schabu, frytki i surówki zaśpiewali sobie 40 kilka złoty. Na osobę oczywiście. Następna knajpa już była przystępniejsza. Wic polegał na tym, że nasze naprawdę ładnie wyglądające burito z masą dodatków było zrobione z...paprykarza. Zapłaciłem 17 zł za wsadzenie puszki za dwa zeta do placka i przyozdobienie jej surówkami i ryżem curry. Jak na ironię, kiedy się zorientowałem, że jem ciepłe wspomnienie spływów kajakowych w głośnikach usłyszeliśmy, że przygotowali dla nas lunch boxy. No cóż. Stwierdziliśmy, że i tak mamy jeszcze 2 godziny do zaplanowanego nowego czasu odlotu więc i tamto się nie zmarnuje. Po jakże pysznym daniu po wcale nie wygórowanej cenie powędrowaliśmy na taras widokowy, który o dziwo również był płatny. Byliśmy już naście godzin w podróży i było nam wszystko jedno. Usiedliśmy na wygodnych siedzonkach i obserwowaliśmy jak inni ludzie lecą tam gdzie chcą. Dziewczynka obok wypowiedziała wtedy pamiętne zdanie a w głośnikach rozległo się upomnienie aby odebrać swoje lunchboxy. Stwierdziłem, że skoczę po nie i zaraz wrócę. Dotarłem do bramki, szybko zdjąłem cały metal z siebie i już się ustawiam do przejścia a pani się pyta czy mam dowód. Ja jej mówię, że przepraszam, że zapomniałem i, że zostawiłem go w kurtce na tarasie bo myślałem, że przepustka mi wystarczy. A ona do mnie, że co? A ja powtarzam zdanie wolniej i wyraźniej a ona, że poprosi przełożonego. Już lekko podenerwowany, że ludzie nie rozumieją prostych stwierdzeń  i tłumaczę panu mądremu: chciałbym odebrać lunchboxa i zaraz wrócić na taras widokowy gdyż mam jeszcze półtorej godziny na opóźniony samolot a tam siedzi się zdecydowanie przyjemniej w przyciemnionym miejscu. A Pan się pyta czy mam dowód. Jezu, nie mam dowodu bo zaraz tam wracam. To czy jeden z celników po prostu nie może pójść ze mną, bo tu za rogiem jest to całe rozdawanie jedzenia, to zajmie 5 sekund i już mnie nie ma. A pan chyba wtedy dopiero zaczaił i mi powiedział, że jak wejdę to już nie wyjdę. A dlaczego? Bo oni sobie nie życzą pielgrzymek. To w takim razie mam siedzieć 3 godziny bez jedzenia plus prawię godzinę w samolocie, którą spędziliśmy plus 6 godzin w pociągu plus godzinę w autobusie plus 2 godziny na odprawie(zakładając, że nic bym nie jadł)? Oni sobie nie życzą pielgrzymek. Ale ja jestem jedną osobą tylko a tam siedzi moja koleżanka, która chciała by coś zjeść. I tak dyskutował bym z nim jeszcze przez godzinę. Nie dało się go uwałkować. Wziąłem manele i poszedłem z powrotem.&lt;br /&gt;Kiedy nadeszła pora wróciliśmy do odprawy, daliśmy przepustki, które od nas wzięli i po kolejnej pół godzinie zaczęto wpuszczać na samolot. No i nie obyło by się przecież bez jakiś problemów. Przepustki celnicy zabrali tylko jakiejś połowie podróżnych i się okazało, że tej grupy nie chcą wpuścić na samolot. Ludzie tam byli bliscy wziąć krzesła i rzucać po tych stewardach a ja byłem chyba tylko dla tego spokojny w tym momencie bo Ewa się denerwowała. Jakaś kobieta poleciała po celnika, który powiedział, że kazano im zabierać przepustki i, że mają to jakoś rozwiązać. W końcu wpisywali dane z dowodów osobistych i w ten sposób nas wpuszczali. Ale zanim to nastąpiło jakaś mądra Pani postanowiła zrobić awanturę dlaczego jej nie wpuszczono pierwszej na samolot skoro ona miała wykupione pierwszeństwo. Darła się w niebogłosy licząc chyba na to, że teraz wywalą wszystkich aby ona mogła usadzić swoje dupsko. Dlaczego nie weszła pierwsza? Bo stewardzi chcieli już przyspieszyć wszystko jak tylko się dało. W końcu kobieta umarła pod naporem innych pasażerów, których ona przytrzymywała. W trakcie jak to piszę, uświadomiłem sobie, że ogólne spóźnienie samolotu było 5 godzin więc coś mi się tam nie zgadza we wcześniejszych liczbach. Jeden z gości co tak darł się bez sensu zaczął się wygrażać, że po 5 godzinach oni musza zwrócić koszty i, że za moment to nastąpi. Uśmiechnęliśmy się trochę, że jeśli nam będą zwracać 7 funtów to będzie śmiesznie ale nic takiego nie nastąpiło.&lt;br /&gt;Weszliśmy na pokład, okazało się, że to jest ten sam samolot, a nie nowy, kilku ludków jeszcze chciało robić awanturę ale wszyscy byli już tak zmęczeni, że sobie odpuścili. Dostaliśmy wszelkie pierwszeństwa i pożegnaliśmy kraj.&lt;br /&gt;Przez 5 godzinne spóźnienie i fakt, że próbowaliśmy załatwić papiery od naszego przewoźnika, które by usprawiedliwiły niemożność dostarczenia jednej z prac nie dotarliśmy również na ostatni pociąg do Wolver. Podjechaliśmy do Birmingham i stamtąd dzięki telefonicznej pomocy znajomych zostaliśmy pokierowani na stację International Express gdzie czekaliśmy kolejne pół godziny i w końcu około godziny 2 w nocy byliśmy w domu. Mokrzy bo deszcz postanowił nas powitać, zmęczeni ale szczęśliwi, że zobaczyliśmy swój kraj i rodzinę padliśmy na łóżka i zaczęliśmy nowy dzień.&lt;br /&gt;Wersja angielska: Ladies and gentlemans, during lift off all main lights in the cabin will be turned off due to save energy for the engines.&lt;br /&gt;Wersja polska: Panie i panowie, w trakcie startu samolotu główne światła w kabinie zostaną wyłączone...eee...ponieważ będziemy startować w ciemności.&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-6283695435902569182?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/6283695435902569182/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=6283695435902569182' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/6283695435902569182'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/6283695435902569182'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2009/03/pa-pa-pa-pa-mocno-pa-pa.html' title='Pa pa, pa pa, mocno pa pa.'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-2090698849497962539</id><published>2009-02-21T03:42:00.006Z</published><updated>2009-02-21T04:34:58.184Z</updated><title type='text'>W szybkich butach.</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Ostatnie 10 dni było dość ciekawe w moim życiu. Wspaniały piątek 13 przyniósł wiele spokoju i kiedy czekałem na kowadło spadające z nieba okazało się, że takowe mnie nie walnęło. 12 godzin później spokój już został zniszczony ale to nie Anglia w temacie więc pozostawię to w stosie makulatury.&lt;br /&gt;Pozwolę sobie się pochwalić i powiem, że będę mieć swoją pierwszą malutką wystawę. Jeden z projektów, które robię, został zaproponowany do wywieszenia na ścianach naszego uni. Jako, że mój pomysł wymagał takowej prezentacji, wykładowcy wyczuli to jeszcze przed tym kiedy doszedłem do tematu i sami zaproponowali mi miejsce gdzie będę mógł wywiesić swoją pracę. Nie martwię się faktem, że jest to kompletnie na uboczu. Nie martwię się faktem, że może nikt tego nie oglądnie poza tymi, którym sam o tym powiem. Cieszę strasznie, że będę mógł zobaczyć jak mój wysiłek prezentuje się w profesjonalnym wydaniu.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zdjęcie, które robiłem dla uniwerku załatwiło mi sesję zdjeciową dzieci w wieku 5 i 6 lat. Przeważnie, kiedy z kimś się dogadywałem, ustalaliśmy co zabrać, jaki makijaż zrobić itp. Teraz rozmawiałem o, której mała Alette kończy szkołę i czy się nie speszy i nie zestresuje w studiu. To może być bardzo ciekawe doświadczenie, szczególnie, że będę pod obserwacją czujnej mamy.&lt;br /&gt;Wspomniane wcześniej zdjęcie będzie również rozprowadzane na plakatach i ulotkach co napawa mnie wielką radością bo miło się obserwuje jak inni ludzie na ten temat dyskutują.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Zaczynam rozwijać się w masońskiej loży. Dzisiaj zostałem przydzielony do małej próbki silver service. Nakładałem panom na talerz pod ich okiem dania i desery. Stresu miałem jak cholera, bo mimo, że goście bardzo mili to jednak jakby mi to prażone jabłko zleciało to była by masakra bo nadziane czymś miękkim rozbryzgało swe wnętrzności gościowi na twarz a to wszystko obserwował by pan na wielkim tronie, który akurat siedział naprzeciwko mojego stołu. Na szczęście opanowałem transformację zestawu sztućcy do Chińskich pałeczek i podołałem. Na sali miałem raptem 3 gości no bo dzisiaj pierwszy raz ale dostałem od nich 2.5 funta napiwku co uważam za wielki sukces bo robiąc w cateringu najwyższy podarek jaki się skapnął to były 22 funty na spółę z drugą kelnerką ale to od części drużyny piłkarskiej i ich rodzin. Tutaj natomiast jest to pewien rodzaj tradycji. Czułem się jak ministrant gdyż kiedy już wszystko się zrobi przychodzi się z kawą i śmietanką na małej tacce a panowie wrzucają na nią pieniądze. Extra sprawa. Na barze za to nie dają prawie w ogólę przez co ubolewam bo lubię pracować jako barman i preferuje to niż ryzykowanie ubrudzenia garnituru za moją roczną pensję.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wczoraj Iwona miała urodziny. Poziom imprezy mierzę w tym jak bardzo mi się mordka śmieje kiedy tylko o niej pomyślę. A jak pomyślimy o tym razem z innymi to leżymy na ziemi. W naszej małej kuchni i reszcie pomieszczeń czyli korytarzu, zmieściło się około 25 osób. Międzynarodowe środowisko rozprowadzało swoje ojczyste sposoby świętowania dwudziestki jedynki. I tak, Iwona latała na krześle balansując na krawędzi życia  podnoszona przez niedokońca kompetentych w tym momencie facetów (mnie np.), była ciągnięta za uszy i cholera nie pamiętam co jeszcze. Dużo się działo. Towarzysto genialne, impreza nazwana jedną z najlepszych domówek ever a dziura w suficie i ścianie jest całkiem zabawna.&lt;br /&gt;Jutro wersja w garniturach na, którą mam nadzieję dotrę prosto z pracy.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-2090698849497962539?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/2090698849497962539/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=2090698849497962539' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/2090698849497962539'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/2090698849497962539'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2009/02/w-szybkich-butach.html' title='W szybkich butach.'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-5347038740709305906</id><published>2009-02-21T02:37:00.005Z</published><updated>2009-02-21T03:42:42.090Z</updated><title type='text'>New Chapter</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;To za co z początku przeklinałem Anglię, powoli zaczyna ujawniać swoją dobrą stronę. To za co większość przeklina Anglię spotyka każdego kto tutaj wyjeżdża. Małe sitko coraz dłużej wstrząsane pozostawia drobniutkie bryłki złota pozwalając reszcie wypaść z kręgu. Brodząc w wodzie zdobywa się niewielkie ilości cennego kruszczcu ale wśród korzyści oczywistych, zyskuje się wielką satysfakcję. Tak też się dzieje z Anglią. Z początku smutno, kiedy to co uważało się za złoto okazuje się zabrudzonym kamieniem. Ale czas pokazuje, że ten bezwzględny i brutalny filtr fikcji od rzeczywistości, zapewnień od czynów i kłamstwa od prawdy jest niezwykle cenny. Kiedy uświadomić sobie, że odrzucając nietrafione skały, traci się możliwość pomylenia ich ze spragnionym złotem, zrzuca się klapki z oczu i cieszy z faktu, że już jeden kamień mniej w długiej rzece.&lt;br /&gt;Niesamowite jak wielu przyjezdnych dzieli tutaj podobny problem. Niesamowite jak bardzo z założenia karcące czyny "egzaminatorów" osobowości, mają odwrotne działanie. Niesamowite też, jak bardzo pozłacają one złoto i pomagają odróżnić co nim jest a co jest marną mistyfikacją.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-5347038740709305906?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/5347038740709305906/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=5347038740709305906' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/5347038740709305906'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/5347038740709305906'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2009/02/new-chapter.html' title='New Chapter'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-9219861970921249017</id><published>2009-02-11T01:01:00.009Z</published><updated>2009-02-12T15:38:45.319Z</updated><title type='text'>152 days on the battlefield</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Zacznę od rozmowy - poszła dobrze. Wydaje mi się, że nawet bardzo dobrze. Szefo bardzo miły gościu, managerzy też. Zostałem zaproszony na okres próbny dzisiaj no i poszedłem. Obsługują około 600 imprez rocznie więc praca pewnie będzie. Głównie są to dziadziusie ale podobno oni właśnie dużo napiwku dają.Nowo kupiona czarna koszula z leciutko za krótkimi rękawami bo dłuższych w tanich sklepach odzieżowych nie mają, włosy, które miałem ściąć w poniedziałek ale dobra Polska fryzjerka polecona przez znajomych wyleciała do Francji i będzie za tydzień kiedy to ja już nic nie będę widział przez swoją czuprynę i uśmiech na twarzy. Tak się zaprezentowałem. Ani słowa. Miejsce w którym raczej będę pracował bo się spodobałem nazywa się lożą masońską. Nie należy może do jakichś niesamowicie ekskluzywnych, ale trzyma poziom wysoki. Zaczęło się od tego, że szef przedstawił mnie dziewczynie, której robiłem najnowszą sesję. Ucieszyłem się strasznie, że akurat tego dnia Sylwia pracuje i, że to ona będzie moją przełożoną. Zapoznała mnie z podstawami, potem trochę nad kasą się pomęczyliśmy i jak już zaczaiłem trochę to mnie rzuciła na średnio głęboką wodę i obsługiwałem klientów. Ogólnie to fajnie, ale jednak troszkę stresu miałem bo jak jeden z nich poprosił o dwa czerwone wina to nalałem mu wody. Źle go usłyszałem. No ale nic się nie stało ogólnie i tak wypadłem w miarę no bo ten catering mnie już trochę wyszkolił. Potem poszedłem z dwoma spoko kelnerkami na salę, żeby tam zaobserwować jak wszystko wygląda. Mało było osób. Pierwsze nalewanie kawy to spoko. Za drugim razem niestety jednak ją rozlałem bo ktoś w dzbanku nalał jej do pełna. Ale mi się głupio zrobiło. Jezu jak to przeżywałem. Babka niby spoko spoko nic się nie stało, ale jednak jak zaraz po incydencie padło pytanie skąd jestem to wiedziałem, że chyba ma urazę. Niestety na hasło Poland nie zareagowała wielkim zainteresowaniem ale raczej powtórzyła po mnie nazwę kraju w sposób który nie znaczył o zbyt wielkiej przychylności. Sprostowałem jej myślenie stereotypami stwierdzeniem, że przyjechałem studiować i zaraz inna rozmowa się zaczęła. Pozwoliłem jej pawać się dumą informacją, że jej miasto posiada największe studio uniwersyteckie w Anglii. Od razu stałem się nagle ciekawym obiektem do rozmów i dwie inne kelnerki latały, a ja grzecznie rozmawiałem sobie.&lt;br /&gt;Jako, że tu wszędzie panuje silver service to kultura na najwyższym poziomie. Mięso nakłada się przy gościach w specjalny sposób i talerze się wynosi inaczej co niestety nie wyszło mi najlepiej za pierwszym razem. Ale będę trenował w domu. Tak samo jak to nakładanie bo odpowiednia technika pozwala łyżką i widelcem w jednej ręce naprawdę ciężkie przedmioty przenosić. Dzisiaj doszedłem do poziomu kalkulatora biurowego.&lt;br /&gt;W innej sali siedzieli ludzie niezwykle poważni. Prowadząca Pani z wielkim łańcuchem ze złota niczym sędzina, z jakąś księgą i dzwonem i ogólnie dziwne rzeczy się tam wyrabiały. Szczególnie kiedy jedna ze zgromadzonych nagle zaczęła odwalać pacynkowe muppety. Cała kuchnia obserwowała. Szkoda, że jej słuchać nie mogliśmy. Po imprezie podszedł do mnie Pan, i pogadał sobie, tak po prostu a następnie razem z Sylwią przeprowadziliśmy chyba pół godzinną dyskusję z jednym starszym gentlemanem o Polsce bo sam odwiedził Warszawę, o Anglii, bo my odwiedziliśmy Anglię, o Cyprze bo Sylwia odwiedziła Cypr a on chciałby to zrobić i o Rosji, Niemczech i ogólnie całym świecie. Bardzo fajny Pan. Pracę zakończyłem po 5 godzinach przejściem po całym obiekcie razem z szefem i pozamykaniem wszystkiego i pogaszeniem świateł. Zostałem zabrany na piętro i oniemiałem. Znajdują się tam dwie sale z ogromnymi krzesłami na kształt tronowych i całe pomieszczenie wygląda niezwykle specyficznie. Szaty do przebrania chyba autentyczne z czasów pierwszych mistrzów, miecze, portrety, to wszystko nadawało wygląd niezwykle królewski. Jak na wikipedii wpiszecie "wolnomularstwo" to można zobaczyć na zdjęciach jak to mniej więcej wygląda.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Sobota minęła na robieniu zdjęć do projektu w Birmingham gdzie przy okazji machnąłem kilka zwykłych zdjęć przyjemnych miejsc w tym mieście. &lt;a href="http://picasaweb.google.pl/lucas.gajdek/Anglia#slideshow/5301345560312179698" target="_blank"&gt;Zobaczcie sobie.&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Po przygodzie jaką przeżyłem w niedzielę, stwierdziłem, że czasami naprawdę wolał bym posiedzieć w domu nad książkami niż robić zdjęcia w sposób w jaki my to robiliśmy. Plan prosty. Jedziemy na ogromne pola niedaleko domu dobrego kolegi z zajęć. Po godzinnej jeździe autobusem byłem już tak znudzony, że zauważałem takie rzeczy jak to, że w niektórych miejscach na drodze, zamiast "studzienek" kanalizacyjnych, krawężniki miały dziury zrobione, przez, które wpływała woda. Szczególnie na górkach tak było. Mądre rozwiązanie. Ale jak znudzony musiałem być, że na krawężniki patrzyłem. Przyczyną tego jest to, że obszar, w którym się znajduje jest strasznie rozległą aglomeracją. Te wszystkie miasteczka są praktycznie ze sobą połączone, tylko się inaczej nazywają, więc autobus staje co kilka metrów. Raz, na odcinku jednej mili (wiedziałem z tablic informujących o odległości do innych miast) gościu zatrzymał się 6 razy. No ale nic, dotarłem i już pojawia się Angielska pogoda. Wychodziłem, było ciepło i świeciło słońce. Teraz zaczął padać śnieg i zrobiło się cholernie zimno. No ale dobra. Twardo idziemy. Zaszliśmy na autobus, potem po jednego gościa i na następny autobus. W między czasie zaczęło tak sypać, że to tragedia. Już miałem mokre buty bo mam dziurę w podeszwie a nie spodziewając się takiej pogody wziąłem takowe, bo są wygodniejsze. Wchodzimy na pole no i oczywiście błoto po kostki. Idziemy. Zaczynam odczuwać zimno w stopach i wodę, która mi się przelewa po palcach. Rozstawiliśmy sprzęt, zaczęliśmy robić pomiary pstryknąłem kilka zdjęć, idę dalej, następne zdjęcia dobra, skończyłem film. Śnieg się wzmógł, zaczęło naprawdę poważnie sypać. Zasłona z ludzkich ciał pozwoliła strasznie trzęsącymi się rękoma zmienić film. Stoimy, mierzymy, pstrykamy. Zimno jak jasna cholera, nagle mówię: "Dann, pospiesz się, przestałem czuć zimno w stopach". Przestraszyłem się jak cholera. Szybko Daniel skończył film, wrzucamy wszystko do torby i lecimy. Ale zanim opuściliśmy miejsce stało się coś co nas zamurowało. Nagle, znikąd, wyskoczył jakiś chłopak z 14 lat, w samych spodenkach i koszulce, i leci przez to pole. Normalnie to bym pomyślał, że po prostu sobie biega ale teraz  było z minus 5, waliło śniegiem i wiał wiatr. My w kurtkach, swetrach bez czapek (bo cholera świeciło słońce) a ten tak prawie nagi i zadowolony. Po ustach posypało się bezdźwięczne "what the fuck?". Ale było za zimno, żeby o tym myśleć. Wracamy. Teraz czułem się jakbym szedł po igłach. Pogoda dla odmiany, się nie zmieniła. Sypie, wieje a ja mam wizję, odmarzniętych stóp. Podjechał autobus, wsiedliśmy, dostałem instrukcję gdzie wysiąść i na co się przesiąść i jadę. Miło, ciepło ale nóg dalej nie czuje. Miałem chwilę do drugiego autobusu, kupiłem herbatę w macu i jakiegoś burgera, żeby coś ciepłego w siebie wrzucić. Jak dostałem niby dużą bułę to chciałem do koperty ją wsadzić i wysłać do siedziby firmy bo jadłem ostatni raz w McDonaldsie ze 3 lata temu ale widzę, że są jeszcze gorsi niż wtedy a myślałem, że niżej się nie da. No nic, autobus podjechał, wczołgałem się na piętro, usiadłem, zdjąłem buty i zacząłem masować stopy na zmianę z przystawianiem kubka herbaty do nich. Na szczęście wszystko było w porządku. Kiedy wczoraj wywołałem negatyw, stwierdzam, że chyba było warto. Na pierwszy rzut oka wygląda, że wyszły niezłe zdjęcie. Swoją drogą - ostatnie dwa dni to masa słońca i przyjemna temperatura, ale to nie znaczy, że za chwilę nie zrobi się minus 50. Na picasie wrzuciłem też dwie fotki z tej wyprawy z moją mordką.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Wczoraj na wykładzie poznałem takie kosmosy, że połowa ludzi nic nie zrozumiała. Mi się jakimś cudem udało ale sam odchodziłem stamtąd z myślą, że całe moje podstawy fotografii właśnie runęły. Teraz zrozumiałem dlaczego jeden zawodowiec robił zdjęcie kilka godzin bo tyle zajęło mu ustawienie i pomierzenie wszystkiego. W tym jest naprawdę od cholery teorii. Ale podoba mi się to jak mało co. "Mało kto", ma jednak większą moc.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;Don't knock the weather. If it didn't change once in a while, nine out of ten people couldn't start a conversation.&lt;br /&gt;Kin Hubbard&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-9219861970921249017?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/9219861970921249017/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=9219861970921249017' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/9219861970921249017'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/9219861970921249017'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2009/02/152-days-on-battlefield.html' title='152 days on the battlefield'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-1757270537514342112</id><published>2009-02-06T18:27:00.006Z</published><updated>2009-02-06T22:44:09.105Z</updated><title type='text'>147 days on the battlefield</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Dzisiaj krótka notka bo nie wiele się zdarzyło, ale to co przyniósł wiatr warte jest opisania. Przede wszystkim tak jak sobie postanowiłem tak też zrobiłem i zapoznałem swojego buta z dupskiem powszechnie oskarżanego o wiele nieszczęść losa. W poniedziałek mam rozmowę kwalifikacyjną. No nareszcie jakaś nutka nadziei. Bardzo miły pan ze mną rozmawiająć użył zdania, że przyjdę, zobaczę czy mi sie podoba i jak tak to dostanę zmianę, jak nie to no hard feelings i tyle. Czekam więc do poniedziałku.&lt;br /&gt;Innym może nie wiele znaczącym ale ciekawym zdarzeniem były dzisiejsze zajęcia. Dzięki przedmiotowi alternatywnej fotografii poznałem zakamarki szkoły, których jeszcze nie widziałem. W dziale rzeźbiarstwa i malarstwa miałem okazję poczuć piece do wytopu szkła, oglądać wielkie dziwne maszyny, które nie wiem do czego służą, i zobaczyć fajne wyroby studentów tych dziedzin. A czemu się tam znaleźliśmy? Gdyż dzisiaj zagłębialiśmy tajniki czegoś co w wolnym tłumaczeniu nie robi kompletnie sensu i brzmi: "drukowanie w soli". Były student, którego prace wiszą na korytarzu szkoły, pokazał nam jak zrobić z roztworu tego składnika większości obiadów i kilku chemikaliów łatwo dostępnych, papier fotograficzny, a następnie wywołać go za pomocą słońca i stworzyć super zdjęcia w kolorach sepii. W ten sposób znaleźliśmy się we wcześniej wspomnianym skrzydle gdyż tam stało wielkie słońce złapane w obudowę i podpisane literkami UV. Zdjęcia wyszły genialnie i mimo, że to proces dość długotrwały i trochę skomplikowany przez te chemikalia to efekty daje naprawdę interesujące.&lt;br /&gt;Jednak najciekawszym ze wszystkich zdarzeń była moja wczorajsza sesja. Dziewczyna na trzecim roku teatru, nie miała wcześniej takich zdjęć, a zachowywała się tak niesamowicie, że pracowało mi się z nią genialnie. Widać, że będzie z niej świetna aktorka. Kompletny brak stresu przed aparatem, naturalny piękny uśmiech na zawołanie i pogoda ducha to czynniki, które kompletnie wykluczyły element wina, o którym kiedyś przeczytałem w jakimś wywiadzie ze słynnym fotografem modelek. Dzięki temu wszystkiemu, z około 150 zdjęć, mam 100, które mi się podobają. Takie coś się jeszcze mi się nie zdarzyło. One są oczywiście podobne, no ale, którekolwiek wybrać z tej setki, a będzie super i mógłbym je obrobić i użyć w portfolio. Na razie zamieściłem tylko 3 ale stopniowo będę ładował kolejne bo muszę rozdzielić czas na projekty szkolne jeszcze. Zamieszczę też kilka bardziej studenckich i jajcarskich bo kiedy już płakać nie było czym to zacząłem się śmiać no i kilka głupich fotek powstało. Dodam także zdjęcie ustawienia sprzętu w studiu bo myślę, że jest to całkiem ciekawe a kilka osób chciało zobaczyć jak to wygląda.&lt;br /&gt;No to tyle na ten moment.&lt;br /&gt;&lt;a href="http://picasaweb.google.pl/lucas.gajdek/" target=_"blank"&gt;Picassa&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;Myjcie zęby i jedzcie owoce.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-1757270537514342112?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/1757270537514342112/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=1757270537514342112' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/1757270537514342112'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/1757270537514342112'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2009/02/147-days-on-battlefield.html' title='147 days on the battlefield'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-9070872939703663759</id><published>2009-02-03T17:31:00.003Z</published><updated>2009-02-03T18:39:00.630Z</updated><title type='text'>144 days on the battlefield</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Słyszałem, że w Anglia sparaliżowana przez zamiecie śnieżne. Ja powiem, że fakt, sypało wczoraj niespodziewanie mocno ale jednak nie tyle aby doprowadzić do jakiś większych problemów. Paraliż natomiast rzeczywiście powstał, ale nie przez pogodę, a przez to, że Angole powariowali. Takiego śniegu to oni podobno dawno nie widzieli co można było łatwo zauważyć. Szczególnie na kampusie bitwy na śnieżki nie miały końca, powstało z milion bałwanów, wszyscy wszędzie wariowali, kiedykolwiek nie spojrzeć na ulice ktoś rzucał biały pocisk albo jakaś dziewczyna krzyczała pod naporem nie tak już przyjemnego białego puchu. Wykłady skracali, sklepy zamykali wcześniej, a biblioteka już od 5 nie funkcjonowała. Często można było też zobaczyć jak ktoś zaprzyjaźnia się z ziemią co i mi się prawie zdarzyło a z czego się strasznie cieszę, że jednak ustrzegłem się przed nie miłym wypadkiem bo konsekwencją tego mogła by być natychmiastowa zmiana nazwiska i ucieczka do Australii gdyż w plecaku miałem wspomniany kiedyś aparat średnioformatowy za ponad 4tys. funtów. Tego dnia strzelaliśmy zdjęcia na projekt krajobrazowy. Niestety nie wyszły nam genialne zdjęcia gdyż wywoływaliśmy je prawie, że w zlewie kumpla. Niestety low profile nie zawsze się sprawdza no i teraz to się potwierdziło. Trochę żałuje bo szliśmy w najgorszym śniegu nad kanał ze wspaniałym mostem kolejowym z cegły. Wszystko pięknie ale jak się dzisiaj dowiedzieliśmy to skopaliśmy co najmniej z 500 czynników. Jako, że te aparaty nie mają w sobie pomiaru światła to trzeba to robić zewnętrznym urządzeniem. Kilka rzeczy obliczyć i ma się gotowe parametry. Tak też zrobiliśmy. Na dzisiejszym wykładzie zostało ujawnione, że poza naciśnięciem guzika "mode" na urządzeniu i zmienieniu jego trybu na światło słoneczne co pamiętaliśmy, trzeba jeszcze wziąć pod uwagę głupotę sprzętu i obliczyć swoje parametry według kilku czynników. To wszystko jest strasznie nie logiczne z początku i takie rzeczy nie wpadają same do głowy. Kiedy się wprowadza te poprawki to ma się dziwne uczucie, że to wszystko będzie złe, ale potem się okazuje, że kurczę, jednak to działa.&lt;br /&gt;    Co do dzisiejszych wykładów. Zaczęły mi się lekcje niczym ze studenckich historii z Polski. Naprawdę staram się zwracać na wszystko uwagę, ale nie zawsze mi to wychodzi. Brniemy teraz przez sztukę sztukę. Wykłady o stylach itd itd. Zaraz potem następny wykład jak ten cały ogół odnosi się do fotografii. Dzisiaj np. przez dosłownie 45 minut (nawet wykładowca na to zwrócił uwagę) omawialiśmy jedno zdjęcie. Fotografię, której nawet nie mogłem znaleźć w internecie. Było to jednak niesamowite bo poczynając od tego, że z początku za bardzo nie wiele komukolwiek przychodziło do głowy, skończyło się na ogromnych interpretacjach potrzeby kabla telefonicznego w prawym kadrze. Zdjęcie zostało rozbite na tak minimalne drobinki, że bardziej się już nie dało. Każdy najmniejszy szczegół został zanalizowany. Jest t o bardzo piękna sprawa bo można znaleźć wiele ukrytej głębi w fotografiach. Problem tylko w tym, że mało kto ją dostrzega kiedy nie wie, że ma jej szukać. Dlatego ja nie chcę Tworzyć tylko takich zdjęć. Ja chcę aby moje zdjęcia miały drugie dno, jednak aby każdy mógł choć to pierwsze dostrzec. Teraz uważam, że fotografia strażnika na granicy jest genialna, ale po 45 minutach intensywnej analizy. Udało mi się też kilka takich zdjęć zrobić, z których wyciąga się ich znaczenie bo z początku niewiele mówią. Zeskanuje negatywy i wrzucę je w końcu tutaj.&lt;br /&gt;    Jednym z moich aktualnych przedmiotów jest coś co zwie się: "Alternative and Experimental Photography" Niesamowite zajęcia na, których uczymy się niesamowitych rzeczy. Pół semestru to jest photoshop, natomiast drugie pół jest to pokazanie, jak to, co można zrobić w wymienionym wcześniej programie, można zrobić zwykłymi sposobami. W ten sposób np. będziemy się uczyć wywoływać coś co zwie się internegatywem czyli jakby pół przezroczyste zdjęcie na folii z, którego potem można dalej wywoływać a w połączeniu z innymi internegatywami daje to niesamowite efekty. Do tego takie śmieszne bajery jak np. jak naświetlać zdjęcia słońcem, jak stworzyć samemu papier światłoczuły ale również bardziej techniczne sprawy jak obsługiwanie niesamowitych skanerów, z których wychodzą zdjęcia po kilkanaście gigabajtów sztuka (!!!) a to wszystko z negatywu średnioformatowego, który swoją drogą został obliczony na 50.8 milionów pikseli.&lt;br /&gt;    Dzisiaj razem z kumpelą skakaliśmy z radości jak głupki po asdzie. Wyobraźcie sobie, że wprowadzili do sprzedaży prawdziwy Polski chleb. Polskie napisy, Polski smak, Polskie składniki. Jest pyszny i na dodatek tańszy niż w Polskich sklepach. Całe półki tego leżą i wiele rodzajów. Nawet razowiec jest i prawdziwe pączusie. Pisałem na początku, że Angielski chleb jest dobry. Nie ukrywam, że ten świeżo pieczony smakiem nie grzeszy. Jednak jeśli chleb zostaje świeży przez 5 dni to coś jest z nim nie tak. Nasz ma tydzień datę ważności i jest fajnie. Poza tym, Angielski jest niestety miększy i osobiście mi to nie pasuje. O wiem, smakuje jak pszenny, który lubię ale nie tak jak nasz prawdziwy Baltonowski.&lt;br /&gt;    Został jeszcze ostatni temat do poruszenia. Krótko, roboty nie ma, rozmawiałem z kilkoma menadżerami, jedna była bardzo blisko ale musiała przekazać papiery wyższym władzą no i ogólnie cały czas cienko. Przynajmniej przysłali mi papiery z innego cateringu więc pewnie mnie tam przyjmą no i będę zapieprzał po całym West Midlands i kelnerował. Ale pieniądz to pieniądz a na tym mi teraz bardzo zależy. Problem tylko, że zmiany są często w czasie moich wykładów a po takich 6 godzinach jak dzisiaj, nie czuję, żebym mógł to opuszczać. Zobaczmy. Jutro mam dzień wolny to uderzę do restauracji, które miały się odezwać i ich popytam jak tam idzie. Przestaliśmy już płakać nad sytuacją i staramy się z niej śmiać. Stanie w kolejce po datek to przeżycie niezwykle emocjonalne bo stres towarzyszący odbieraniu paczuszki zamienia się potem w kosmiczny śmiech przechodząc przez lekkie zawstydzenie ale na szczęście dzięki pomocy nie muszę już tam chodzić choć w sumie może jeszcze kiedyś kilka razy zawitam bo trzeba przyznać, że smacznie tam mają a i tak to wszystko im nie schodzi. Rozładowujemy energię poprzez regularne bieganie i jogę co strasznie mi się podoba. Raz na tydzień przebolewam symbolicznego funta i idę do Islamskiej świątyni gdzie pan Jogin robi z nami półtora godziny oryginalnej jogi. Potem jakaś krótka pogadanka czy film i wychodzę stamtąd pełen energii i zrelaksowany jak nigdy. No i śmiesznie jest jak słyszymy o ciemiączku z przeznaczeniem otworu dla kosmicznej energii.&lt;br /&gt;Spare no expense to save money on this one.&lt;br /&gt;Samuel Goldwyn&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-9070872939703663759?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/9070872939703663759/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=9070872939703663759' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/9070872939703663759'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/9070872939703663759'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2009/02/144-days-on-battlefield.html' title='144 days on the battlefield'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-6238994896330153115</id><published>2009-01-24T23:54:00.010Z</published><updated>2009-01-25T01:29:50.900Z</updated><title type='text'>135 days on the battlefield. Breakdown.</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Dni mijają szybko ostatnio. Kiedy człowiek miota się między myślami łatwiej mu oszukiwać czas. Z każdym dniem poznaje coraz to nowszych wspaniałych ludzi. W ostatnim tygodniu prawie codziennie imprezowaliśmy do 6 nad ranem. Ludzie, którzy się tutaj wprowadzili są świetnymi osobami. Żyjemy wszyscy wspólnie, razem gotujemy, razem biegamy, robimy sobie zdjęcia. Uniwerek mnie wynajął do zrobienia fotografii na nową stronę pomagającą znaleźć pracę dla studentów w UK. Możecie ją zobaczyć na &lt;a href="http://picasaweb.google.pl/lucas.gajdek/Studio#5294558411151234098" target="_blank"&gt;picassie&lt;/a&gt;. Spodobało im się. Może dostanę więcej zleceń.  Tak powiedzieli. Pogoda jest ładna, w dzień świeci słońce, w nocy trochę popada, robi sie coraz cieplej, ptaki śpiewają mi pod oknem gdy otwieram oczy. Dlaczego więc ja, w tak wspaniałych warunkach, chodzę wciąż zestresowany? Ponieważ przez błędy osób trzecich, na które nie miałem żadnego wpływu, nie radzę sobię z przeciwstawianiem się błędą, osób czwartych a to sprowadza na mnie falę kłopotów. Dopóki miałem pracę, nie odczuwałem kryzysu ekonomicznego. Nie zarabiałem kokosów ale starczało mi na spokojne życie. Na akademik wprawdzie nie odłożyłem, ale nie musząc się martwić o to, że mi braknie na jedzenie, szukałem cały czas dalej z nadzieją na lepsze jutro. Jednak moja firma upadła. Straciłem pracę. Ale nie załamałem rąk. Jak tylko wróciłem do Anglii zacząłem szukać. Nic nie było. Zrobiłem ratownika, żeby przełamać falę niepowodzeń. Nic nie ma. Staram się jak mogę aby się dostać na różne baseny. Nikt się nie odzywa. Chodzę, rozmawiam z menadżerami, ciągle cisza. Zaczęły się kończyć pieniądze. Chciałem podjąć desperacki krok. Chodziliśmy po wszystkich agencjach pracy w Wolverhamtpon. Nigdzie nic. Dlaczego desperacki? Bo one najczęściej zatruniają do fabryk. Czasami nawet 12 godzin robienia jednej rzeczy. Musiał bym opuścić szkołę na tydzień. Wstawać wcześnie rano, spać późnym wieczorem. Kroić mięso, sortować warzywa czy robić inne odmużdżające zajęcie. Ale zarobił bym 500 funtów. Wystarczająco dużo aby przetrwać nawet 4 miesiące i w tym czasie szukać pracy. Kiedy w jedynej agencji, gdzie było takie zajęcie, powiedzieli nam, że nas nie zatrudnią, bo jesteśmy studentami, chcialem płakać.  Nie ma pracy nigdzie. Jest to niesamowite zjawisko. W Job Center wyskoczyły 222 ofery. Przeglądnęliśmy wszystkie. Mamy kilka numerów. Bez większych nadziei. I tak już są naciągane. Kompletnie załamani uwieńczyliśmy naszą sytuację wizytą w kościele, w którym rozdawali jedzenie. Idealna dobitka dla zniszczonej pshychiki. Jednak kiedy miałem smaczne kanapki w dłoniach nie czułem się z tym źle. Jakkolwiek brzmi to wszystko co piszę, nie ma szansy abym się poddał. Mam dach nad głową i kochającą rodzinę. Jak już się odbiję od dna, to tak kopnę ten cholerny los w dupę, że nigdy więcej nie odwróci się do mnie plecami. Nie tracę nadziei. Chodzę wolniej ale z podniesionym czołem. Śmieję się, że moje dzieci będą miały czego słuchać. JA nie pozwolę aby one kiedykolwiek musiały martwić się o pieniądze. JA nie sprowadzę na nich tego, co na mnie zostało sprowadzone. JA nie sprawię, że będą wsydziły się do mnie mówić: "tato", i JA nigdy ich nie zostawię. Za to, że mogę tak teraz powiedzieć - dziękuję.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-6238994896330153115?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/6238994896330153115/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=6238994896330153115' title='Komentarze (8)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/6238994896330153115'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/6238994896330153115'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2009/01/135-days-on-battlefield-breakdown.html' title='135 days on the battlefield. Breakdown.'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>8</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-3463827206153055321</id><published>2009-01-18T19:58:00.003Z</published><updated>2009-01-20T16:35:24.938Z</updated><title type='text'>129 days on the battlefield</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;15 minut. Tyle trwał mój egzamin na ratownika wodnego w Polsce. Zdanie na młodszego więcej mi zajęło. Ile czasu poświęcono tutaj? 4 godziny 45 minut.  Po takim czasie dostaliśmy potwierdzenie zdania a za mniej więcej miesiąc przyjdą certyfikaty razem z plastikiem. Nie było żadnej przerwy tylko twardo zadania do wykonania i to jeszcze w miarę szybko ale jednak dokładnie. Egzamin był przeprowadzony niczym matura. Testy przyszły w zalakowanej kopercie a osoby nas sprawdzające na basenie i przy pierwszej pomocy, nie były naszymi instruktorami. Zdaliśmy wszyscy pięknie choć niektórzy musieli poprawiać kilka rzeczy i poszliśmy świętować zjadając największego hamburgera w moim życiu. Zapchałem wszystkie arterie tłuszczem z bułki wypchanej wielkim mięsem, bekonem, roztopionym serem pleśniowym, smażoną cebulą w panierce i na dnie tego wszystkiego mały pomidorek i listek sałaty. Po dostaniu wyników egzaminów na dwóch osobnych kartkach z komentarzami i dokładną rozpiską dali nam również formularz aby zapisać się do STA (Swimming Teacher's Association) dzięki czemu za 35 funtów składki rocznej mamy między innymi ubezpieczenie pokrywające np. sprawy cywilne w stylu oskarżenia o dotknięcie palcem nie tam gdzie wolno i wszystkie wydatki związane z sądami jak prawników, na kwotę... 10 milionów funtów. Tak, milionów. Teraz pozostało mi już roznoszenie CV od nowa i włażenie w tyłek.&lt;br /&gt;Wprowadziła mi się dwójka Polaczków, którzy się przeprowadzili z innego akademika. Na reszcie mam to, czego zazdrościłem innym korytarzom. Otwarte drzwi i jakieś wspólne życie ze współlokatorami. Ten semestr będzie ciekawszy.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-3463827206153055321?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/3463827206153055321/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=3463827206153055321' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/3463827206153055321'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/3463827206153055321'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2009/01/129-days-on-battlefield.html' title='129 days on the battlefield'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-2003233052080585960</id><published>2009-01-14T20:44:00.000Z</published><updated>2009-01-14T22:52:31.615Z</updated><title type='text'>123 days on the battlefield</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Już trzy dni kursu minęły. Czemu już? Bo to ponad połowa. Teraz z górki. Nie ukrywam, że jestem cholernie zmęczony. 4 godziny wykładów i ćwiczeń, 4 godziny basenu. Przez fakt, że autobus uniwersytecki nie pasuje do końca to spędzam poza domem 11 godzin. Plus egzamin w niedzielę do którego się cały czas muszę uczyć i w ten sposób mijają mi bardzo produktywnie dni. Wprawdzie jestem mega zmęczony ale mega zadowolony a o to mi chodziło. Wrzuciłem kilka zdjęć na picasse. Wprawdzie niestety z komórki ale widać, że mamy fajną zabawę. Poza tym muszę pewnie po raz, któryś przyznać, że wiedza którą nam tutaj wpajają, niestety w WOPRze nie zawitała. Myślę, że mimo wszystko byliśmy dobrze wyszkoleni, ale nie tak jak tutaj. W związku z tymi właśnie różnicami wynikła ciekawa historia. Wczoraj robiliśmy różne pozoracje. Pacjent wskakiwał do wody, dostawał instrukcje co ma robić, a my cały proces ratowania go mieliśmy przeprowadzić. Widziałem, że instruktorka coś tam długo mojemu  pozorantowi tłumaczy, ludzie tam się podśmiewają, myślę sobie, że chce sprawdzić moje umiejętności więc mi coś trudnego da. No dobra, facet wchodzi, kładzie się na wodzie i się nie rusza, bez żadnego dźwięku. No to proste, nieprzytomny. Podpływam, mówię do niego, żeby go uspokoić (bo ma otwarte oczy ale zachowywał się jak unconcious) i chwyciłem go do holowania. Ten jak się wziął zaczął szarpać, miotać i walczyć ze mną, no to zrobiłem pierwszą rzecz w jakiej nas wyszkolili ale w Polsce. On mnie pod wodę, to ja na spokojnie sobie go obróciłem, obezwładniłem mu ręce i wyciągnąłem sobie na powierzchnie wody w pozycji gotowej do holowania ale zarazem nie pozwalającej mu się ruszyć. A ten cały czas próbuje. No to mówię do niego, uspokajam go. Uwolniłem jedną rękę i dalej się szarpie. Myślę sobie o nie cwaniaczku. Chcecie mnie podtopić to się wam nie uda. Zrobiłem dokładnie to samo, jednak tym razem tak, że przestał już walczyć. Ale coś mi nie pasuje. Ratownicy inni się podśmiewają, grupa na mnie patrzy lekko zdziwiona, no i o co chodzi? Doholowałem go, dokończyłem procedury i się instruktorka pyta co mu było. No to mówię, że z początku wyglądał na nieprzytomnego jednak nagle zrobił przemianę z motyla w dżdżownicę i chciał mnie podtopić. Ona do mnie z lekkim uśmieszkiem - złamane żebra. Co???!!! Przecież ten facet właśnie ze mną walczył jak oszalały i nie wydał najmniejszego dźwięku. Po pierwsze, najpierw udawał nieprzytomnego z otwartymi oczyma, a kiedy chwyciłem go przyznaje źle i zadałem mu teoretyczny ból w żebrach bo nie mogłem wiedzieć gdzie jest uszkodzony, to ten zamiast drzeć się wniebogłosy jak by to normalnie nastąpiło postanowił mnie utopić. No to coś tu jest nie tak. Dobra, przyznali mi rację, że pozorant do dupy bo to taki dziwak jest trochę. Odpowiedziałem co bym zrobił w przypadku złamanych żeber i jak bym je wykrył, ok zaliczyli, ale co to było, że nagle go obezwładniłeś w tej wodzie i połamałeś mu ręce, pytają się. No to wytłumaczyłem im, że tak jestem przyzwyczajony i wiem, że zasady w Anglii są inne i się do nich dostosuje. A jakie są przepisy na wyspach? Kiedy topiący się, próbuje nas utopić razem ze sobą, to uwalniamy się z uścisku po czym oddalamy na małą odległość aby klient doszedł do wniosku, że chyba nie ma co nas zabijać i pozwolił się uratować. Okazuje się, że tutaj jak w stanach już jest i można za wszystko iść siedzieć. Na basenach są nawet kamery po montowane, żeby można było ratowników potem czyścić z zarzutów. Tragedia. Nawet badanie czy poszkodowany nie ma ran czy połamanych kości robi się zewnętrzną częścią dłoni aby nie zostać osądzonym o próbę dotknięcia części intymnych. Paranoja jakaś. Kiedy ja mam kogoś ratować, to nie myślę o tym czy on mi potem powie, że przez to, że dotknąłem kobiecych piersi, bo mi przeszkadzały w resuscytacji, to miałem na celu ja zgwałcić przez klatkę piersiową, tylko chcę jej ocalić życie. Tak nas właśnie uczyli w naszym kraju. Nawet robili z tego żarty na treningach. Tutaj trzeba myśleć nawet o takich sprawach. Dlatego ja sobie pozwoliłem obezwładnić kolesia, który popełniał nieświadome samobójstwo i dlatego mógłbym skończyć w więzieniu a facet, któremu uratowałem życie, by potem mówił, że chamstwo z polski przyjechało. Wychodzi na to, że jak wszędzie, są plusy i minusy. Sprzęt mają niesamowity. Na 10 osób mamy 7 manekinów do resuscytacji (na naszym Woprowskim szkoleniu mieliśmy jednego przywiezionego specjalnie z Leszna). Porządnego BLS to nauczyliśmy się dopiero na zupełnie osobnym certyfikacie, za który oczywiście trzeba było też słono zapłacić. Tutaj jest to na miejscu. Mamy dwie deski do ratowania z uszkodzeniami kręgosłupa, u nas usłyszeliśmy, że są zajebiaszczo drogie i ni ma. Jutro będziemy używać butli tlenowych, u nas tlen jest w powietrzu i po co więcej. No ale co bym poszedł do więzienia to bym się sprzętem nie nacieszył. Dzisiaj jeszcze przypadła moja kolej wylądowania na desce jak również dowodzenia drużyną. To drugie wyszło całkiem nieźle. Natomiast pierwszy przypadek to jest przeżycie. Nabiera się strasznego szacunku do swojej drużyny po takim przeżyciu. Kiedy leży się na tej desce beż możliwości ruszczenia niczym, widzi się tylko inne twarze, i kompletnie nie wie co się dzieje w około, to odechciewa się wylądowania na niej kiedykolwiek. Myśle, że jakby każdy miał okazję przeżyć taką akcję, to mniej by było wypadków przez głupotę.&lt;br /&gt;Grupa nam się zżywa, ja jestem Podolsky, jak padnie polecenie, że trzeba mocno squeeze to wszyscy na mnie patrzą i się uśmiechają, a i dzisiaj się dowiedziałem od jednego gościa, że Polska nie ma dostępu do morza. Z Czechami mu się chyba pomyliliśmy. Ale poza tym, to mądre chłopaki są.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;span class="a12"  style="font-size:85%;"&gt;I think the worst time to have a heart attack is during a game of charades...or a game of fake heart attack. &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;br /&gt;Demetri Martin&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-2003233052080585960?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/2003233052080585960/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=2003233052080585960' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/2003233052080585960'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/2003233052080585960'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2009/01/123-days-on-battlefield.html' title='123 days on the battlefield'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-3268677041634408286</id><published>2009-01-12T16:46:00.001Z</published><updated>2009-01-12T18:29:57.448Z</updated><title type='text'>121 days on the battlefield</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Zaczęło się robić strasznie pusto tutaj. Wszyscy wyjeżdżają do domu. Na szczęście już niedługo niektórzy wrócą, jednakże Ci z, którymi miałem najwięcej zabawy zakończyli swoją półroczną przygodę. Niby się mówi, że przecież zaraz nowe Erasmusy się pojawią, ale to nie to samo. Z tamtymi się strasznie zżyłem i znałem ich już wystarczająco, żeby wiedzieć jak się zachowują w różnych głupich sytuacjach i dzięki temu mieć do nich zaufanie. Teraz trzeba będzie od nowa przechodzić przez cały proces inicjacyjny a i mam nadzieję, że jacyś spoko ludzie mi się trafią tutaj na korytarzu bo mam 3 miejsca i nie chcę się użerać z kimś przez tyle czasu. Fajnie jednak mieć znajomych na całym świecie bo wiem, że z nimi kontaktu całkowicie nie stracę dzięki czemu będę mógł zrealizować 2 zaproszenia do Pragi, Urokliwego Górskiego Niemieckiego Miasteczka Którego Nazwy Nie Pamiętam i do Marsylii co mnie najbardziej podnieca a, że nie były one dawane grzecznościowo ani po pijaku, a szczerze, to mam nadzieję, że z nich skorzystamy.&lt;br /&gt;Jak tylko tutaj przyjechałem, już następnego dnia, zacząłem dawać CV wszędzie. Każdy pub ma mój życiorys a niektóre to już chyba z 3. Niestety jak to wychodzi, z pracą ciężko teraz a nawet tragicznie. Wszędzie pozatrudniane minimalne liczby osób i nie chcą więcej. Postanowiłem więc zaryzykować. Jako, że Polskich certyfikatów medycznych i ratowniczych w Anglii nie akceptują, wybuliłem 170 ciężkich funtów i zapisałem się na dumnie brzmiący kurs: STA Level 2 Certificate, Pool Lifeguard.  Jeśli się nie mylę jest to najwyższy stopień ratownika na basenie. Do tego, dochodzą jeszcze różne pomniejsze certyfikaty jak zaawansowane ratownictwo poszkodowanego z uszkodzonym kręgosłupem, czy podawanie tlenu itd. Jako, że kurs organizuje mój uniwerek postarali się i o to więc kilka z tych umiejętności też posiądę. Kiedy zapłaciłem dostałem od nich pokaźną 180 stronicową książkę A4. W piątek o 5 zadzwonili do mnie i zapytali się czy ktoś mnie poinformował, że muszę wypełnić worksheety. No cóż, niestety nikt mi tego nie powiedział. No ale dobra, mam weekend to popracuje. Skończyłem dzisiaj o 2 w nocy a uczciwie muszę powiedzieć, że nie robiłem przerw na nic innego jak jedzenie w trakcie którego jakieś pogaduchy uskuteczniałem. Do matury się tak nie uczyłem jak do tego. A to jeszcze nie koniec bo jestem na 115 stronie gdyż szczęśliwie się okazało, że reszta to te dodatkowe certyfikaty które wprawdzie teraz muszę wypełnić no ale przynajmniej nie robiłem tego o 2 w nocy. Pobudka o 6 rano i wsio w autobus uniwersytecki i do innego kampusu gdzie jest basen i taki nasz AWF i Akademia Muzyczna. Po przeczytaniu tego co już posiadłem, stwierdzam, że jak wszędzie, ich reguły są cholernie precyzyjne. Poza tym ratownik w Anglii robi więcej niż w Polsce bo np. jest odpowiedzialny za sprawdzenie mieszanki chemikaliów w filtrach i w przypadku zanieczyszczenia basenu to on wpuszcza odpowiednią ilość środków czyszczących. Poza tym uczyłem się takich ciekawych rzeczy jak np. co zrobić po tym jak ktoś dostanie najzwyklejszej sraczki a co gdy tylko strzeli klocka. Między tymi śmiechami były jednak też bardzo interesujące rzeczy jak np. jak przemieścić dziecko w brzuchu matki aby odblokować żyły a i jego nie uszkodzić. No i oczywiście Angielski jako język. Pozwolę sobie zacytować: "Drowning is the process of experiencing primary respiratory impairment from submersion/immersion in a liquid medium; the consequence of drowning is hypoxia." Jak strasznie można skomplikować zwykłe topienie się. Trzeba też im przyznać, że ich baseny są zajebiaszczo wyposażone. Taki nasz zwykły uniwersytecki 20 metrowy miał deskę ortopedyczną o co u nas nad jeziorem ciężko a co powinno być standardem (cena ok 800 funtów) i 3 stanowiska z linami, rzutkami, wysięgnikami i pasami ratowniczymi. Tego sprzętu tam było tyle, że nasza 9 osobowa grupa zabierała z połowę a w jednym momencie było z 4/5 topiących się. Co ciekawe jeszcze, szkolenie tutaj przeprowadza się w ubraniach. Od samego początku pływa się i uczy w spodenkach i koszulce. Grupę mam genialną, instruktorkę jeszcze lepszą i pozwolę sobie na chwilę mikrej skromności mówiąc, że prześcigam nawet ratowników, którzy odrabiają kurs (gdyż tutaj co dwa lata trzeba ponownie zdawać egzamin w między czasie robiąc 24 godziny treningu pod nadzorem, resuscytacje ćwiczy się tutaj co miesiąc i trzeba ją również zaliczyć) czym mam nadzieję wkręcić się do uniwersyteckiej kadry i w ten sposób znaleźć pracę. Jak na razie na szczęście nie słyszę żadnych pogróżek jeszcze a jedynie good job i uniesione kciuki. Pierwszy egzamin teoretyczny zaliczony, następne w kolejnych dniach a w niedzielę najważniejszy pod nadzorem zewnętrznych obserwatorów. I tak mi minie szybko ten tydzień, od 8 rano do 16 30 intensywnego treningu - I love it!&lt;br /&gt;Przypomniało mi się coś jeszcze. Kiedy szliśmy na lunch zobaczyłem niesamowite pomieszczenie. Na drzwiach plakietka informująca, że jest to sala do badania ludzkich zasobów i coś tam coś tam z biologią związane ale zapomniałem. Wielka wysoka sala, wypchana komputerami z jednej strony i mikroskopami a do tego pełno jakichś kosmicznych maszyn niczym z Discovery. Naprawdę dziwnych, ogromnych urządzeń było tam od groma. Strasznie chciałbym wiedzieć do czego służą.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-3268677041634408286?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/3268677041634408286/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=3268677041634408286' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/3268677041634408286'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/3268677041634408286'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2009/01/121-days-on-battlefield.html' title='121 days on the battlefield'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-5779739849591605537</id><published>2009-01-05T17:53:00.000Z</published><updated>2009-01-12T16:46:05.456Z</updated><title type='text'>118 days on the battlefield</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;No i jestem z powrotem w kraju miodem i mlekiem płynącym. Jak spiszę to wszystko co mi przez głowę przeleciało w ciągu tych wszystkich dni to pewnie znów usłyszę, że za dużo piszę. No cóż, trudno. Wizyty Dominika to nawet nie ma co opisywać. Pamiętam tylko tyle, że budziliśmy się wieczorem, szliśmy spać rano, obiad był śniadaniem, śniadanie kolacją i był to najlepszy tydzień podczas mojego pobytu w Anglii.&lt;br /&gt;Wróciłem do kraju i pierwsze co rzuciło mi się w oczy to to, że jest cholernie brudny. Dzisiaj w Wolver przyuważyłem, reklamę, że rzucenie gumy na ulicy to 80 (!) funtów. Wiedziałem, że pety sobie wyceniają na 60 ale, że Wrigleys'a tak wysoko to nie miałem pojęcia. No w sumie logiczne. Nie wiem czy już o tym pisałem czy nie, ale chyba codziennie w nocy, po chodnikach, jeździ sobie taki mały samochodzik, jak jego większa kopia czyszcząca ulice. Dlatego, jak Ci pączek spadnie rano na chodnik to jeszcze będziesz musiał go wyczyścić po sobie.&lt;br /&gt;Co do samego podróżowania. Jest to kwestia wymagająca poruszenia. Zaszedłem sobie koło godziny 4.30 am na dworzec autobusowy. Tej nocy nawet się nie kładłem a gościu z pokoju obok dotrzymał mi towarzystwa i co ciekawe odprowadził nawet bo stwierdził, że z walizą wyglądam kusząco. Zachodzę i szukam swojego busa. Na karteczce ładnie jego numer i w końcu znajduje jego większy odpowiednik. Nieeee to chyba nie to myślę. Przecież kupiłem najtańszy bilet w National Expressie. No ale numer się zgadza. To musi być to, bo innych z wielkim niebiesko czerwonym logo nie ma. Jakiś gościu poszedł się spytać, poinformował mnie gdzie kierowca podjedzie i tam też się udałem. Ja jednak zostałem jeszcze chwilę i nie mogłem wyjść z podziwu. Odpowiednik naszego polskiego PKSa był tak zajebiaszczo wielki (a nie był piętrowy), że nie miał prawa się mieścić na ulicach. Jego przyciemniane szyby wraz z kosmicznymi lampami i lusterkami nadawały mu wygląd statku kosmicznego a nie tanich linii autobusowych. Kierowca podjechał na stanowisko. Luki bagażowe otworzyły się majestatycznie i pan zaczął brać od nas torby i układać je według celu podróży. Wsiadłem do środka i wyszedłem. Wsiadłem jeszcze raz i znowu wyszedłem. Kojarzycie taki moment w książce o Harrym Potterze kiedy wchodził on do malutkiego namiotu a w środku miał salon wielkości kosmosu? No to ja się tak poczułem właśnie. Fotele były gigantyczne i skórzane. To sobie pozwolę podkreślić. S k ó r z a n e! Usadowiłem się na jednym i już wiedziałem, że to nie było tak piękne jak się wydawało. Coś mi właziło w tyłek. Jak już się miałem wkurzyć, że znowu się cieszyłem za szybko, okazało się, że to pas był zapięty. Ja tylko w zafascynowaniu wszystkim nie zauważyłem, że każdy fotel ma pas bezpieczeństwa, taki zwykły jak w samochodach a nie ten z serii tych, co zostawią połowę Twojego ciała na miejscu a korpus Ci wyrwie od uderzenia. No teraz to już bosko. Fotel wielki jak cholera, pod głową wyprofilowany zagłówek, jak się go położyło to prawie jak łóżko był i co najlepsze - miałem miejsce na nogi. To coś niespotykanego w moim przypadku ale tam miałem go w zupełności wystarczająco. Jeszcze jedno. Nie wiem czy to ja się tak podnieciłem, ale wydawało mi się, że fotele są podgrzewane. Jak się później dowiedziałem, fotel kierowcy jest np. chłodzony więc może i nasze miały takie bajery bo mimo, że w drodze powrotnej dość ciepło w środku było, to plecy mi się nie spociły. Titanic sobie ruszył i zaczął mknąć przez uśpione Wolver. Zero wstrząsów, zero hałasów, jedyne co wydawało jakieś dźwięki, to powiew powietrza z klimatyzacji. Na autostradzie mogłem pójść sobie do kibelka z jajkiem na łyżce i pewnie bym go nie stracił nawet gdyby gościu postanowił nagle zrobić zwrot o 180 stopni. Jak już tam dotarłem to co mnie zaskoczyło nie był fakt ilości miejsca - no bo to akurat w moim przypadku było by nie lada wyczynem, ale tego, że potrafili tam na tak małej przestrzeni zrobić wrażenie skromnej łazienki. Nawet suszarka do rąk była. No i fakt, że można z niego było korzystać a nie jak u nas - autobus z łazienką ale nie wolno jej dotykać. Dzięki temu, kierowca zatrzymywał się tylko na przystankach a nie robił przerw na siku, i co ciekawe, jakimś dziwnym trafem nie śmierdziało nic a to jest główny argument naszych przewoźników. Jak już jesteśmy przy tym temacie nie omieszkam wspomnieć, że gdy wracaliśmy z sylwestra ( w Polsce ), jadąc nowoczesnym pociągiem z gatunku krótko bieżnych, nie udało nam się nie zauważyć dramatycznej żółtej lampki, która informowała o zapełnieniu toalety w ponad 80%. Smród też powinien być dobrym znakiem. No ale przecież nasze PKP przez dziesięciolecia srało na tory więc pewnie coś takiego jak zbiornik na nieczystości uważa za zbędny dodatek i poczeka aż samo zacznie się wylewać. W Birmingham przesiadłem się do drugiego takiego samego autobusu i polecieliśmy dalej do Londynu. W drodze mieliśmy małą awarię. Rurka, która doprowadzała sprężone powietrze do fotela kierowcy wyskoczyła i zaczęła strasznie hałasować. Nic wielkiego ale facet nie mógł się skupić. Połączył się z centralą przez telefon wbudowany w busie i włączył ich na głośnomówiący więc nad naszymi głowami rozlegała się ich rozmowa dzięki czemu byliśmy o wszystkim poinformowani na bieżąco. Stanęło na tym, że zatrzymaliśmy się na parkingu. Po 10 minutach zjawił się technik, po następnych 10 już jechaliśmy dalej. Jednak te 20 minut cennego czasu wystarczyło, żeby Pani Rosjanka wkurzyła się niemiłosiernie i zaczęła wydzierać łamanym Angielskim, że debile i nieuki. Jednym ze zdań które umiała wymówić było stwierdzenie, że autobus nie został sprawdzony. Natomiast pan kierowca, gościu wzrostu około metr 80, z jeżem na głowie, kolczykiem w uchu i posturą taką, że mógłby nią śwignąć przed długość tego transatlantyka, jak potulny baranek próbował jej wytłumaczyć, że autobus przeszedł regularną kontrolę ale to co się zepsuło było wręcz niemożliwe do sprawdzenia. To zwykła rurka z powietrzem, która nagle wyskoczyła, ale ona nie chciała tego przyjąć do świadomości. Już ja byłem gotowy jej coś odpowiedzieć bo nawet argument, że w razie czego, firma ma w obowiązku zadzwonić po taksówki dla nas aby na czas dowieść nas na lotnisko do niej nie przemawiał. Na szczęście pojawił się mądry pan, naprawił co trzeba a kierowca dołożył wszelkich starań abyśmy nadrobili dzięki czemu mieliśmy chyba tylko 5 minut spóźnienia. Lot przebiegł bez problemów jednak zauważyłem kilka rzeczy, które potwierdziły się w drodze powrotnej. Lecieć z Polakami samolotem to jest najzwyklejszy wstyd. Zachowują się jak zwyczajne bydło a szczególnie to na Ławicy zauważyłem. W Londynie to jeszcze był jakiś ład ale w Poznaniu jak tylko otworzyli bramki to cała ta wataha rzuciła się do nich w nadziei, że pierwsi się dostaną do samolotu. Ja sobie usiadłem na wygodnym krześle i obserwowałem tych debili jak się pchają na biedne stewardessy nie zdając sobie sprawy z tego, że ładują się do autobusu a co za tym idzie - ostatni będą pierwszymi. Kiedy pierwszy z nich odjechał i ja się ustawiłem do już dużo mniejszej kolejki wyczekując jednak odpowiednią chwilę i wchodząc jako ostatni do busa. Miałem straszną ochotę pokazać tym wszystkim co już stali pół godziny w kolejce wielkie L bo ja spędziłem w niej 5 minut i wyleciałem pierwszy zajmować miejsce w samolocie. Inną sprawą jest fakt, że ludzie są tępi. Niestety potwierdziłem swoje spostrzeżenia z innymi studentami, którzy ze mną wracali. Chociaż by taka prosta rzecz. Samolot ląduje, i pierwsze co wszyscy robią - rozpinają pasy. Miliony znaczków, żeby mieć pasy wciąż zapięte wcale nie gasną, ale sru tam, my jesteśmy mądrzejsi. Odzywa się steward, wita wszystkich i mówi, że mają mieć pasy zapięte dopóki się samolot nie zatrzyma. Dobra, teraz ludzie rozumieją, że jak samolot dotknie ziemi i kołuje to może jeszcze się stać sporo rzeczy przy których pieprzną głową w następny fotel. Następna sprawa. Samolot się zatrzymał. Zgasła lampka no to huzia na Józia wszyscy wstają, przepychają się, walczą o swoją torbę a ja się pytam - gdzie leziesz?? Przez okno będziesz wychodził? Przecież drzwi są zamknięte. Ale nie, co tam lepiej stać. I tak stoją po 5, 10 minut nie ucząc się, że można przecież kurna usiąść. I tak ja sobie siedzę i patrzę na nich a oni na mnie. Fakt, że wyjdą 3 minuty przede mną mnie nie rusza, natomiast stanie w tłumie ludzi gdzie każdy chce być pierwszy, ubranym w kurtkę no bo przecież trzeba było to zrobić na samym starcie, żeby móc chwycić torbę, i pocenie się na plecach bo ktoś się o Ciebie opiera, jest rzeczywiście wartym poświęceniem. W drodze do Anglii siedziała obok mnie jakaś typowa Mariolka, która pracuje 8 dni w tygodni i chciała przepuścić inną kobietę na środkowe miejsce nie wstając ze swojego. Fakt, że miała z 10 centymetrów luzu jej nie ruszał a jak już się zorientowała powiedziała "O kurde, sorry" i wstała patrząc na mnie i śmiejąc się szyderczo nie wiedząc z czego. A propos lotnisk jedna rzecz bardzo mi się spodobała. Normalnym jest, że często umieszcza się telewizory z  jakimś programem, żeby umilić stanie w kolejce. Problem w tym, że zawsze się zastanawiałem po jaką cholerę ktoś u nas tak robi, w momencie kiedy np. są to wiadomości. No fajnie, że sobie oglądam dwoje otwierających usta prezenterów. W Londynie i w miejscowych pubach, zobaczyłem, że zaczęli nadawać kanały jak np. BBC z napisami. Nie wiem czy u nas też jest coś takiego ale pomysł banalny a genialny. Dzięki temu kontrola graniczna mi szybko minęła. Co do przeszukiwania. Byłem zaskoczony jak na Ławicy miałem zaszczyt zostać wywołanym przez lotniskowe megafony i poproszony do informacji gdzie pan zaprowadził mnie do pomieszczenia z lustrem weneckim i celnik poprosił o otworzenie torby. Bardzo miły pan był i bez problemu zrozumiał, że jak student to musi zawieść ze 4 butelki wódki dla znajomych. Sprawdził tylko akcyzy i pozwolił mi dalej iść. Kiedy dotarłem do swojego pięknego kraju to poza gównami na chodnikach i trawnikach, przeleciała jakaś butelka nieopodal mnie, od gościa któremu nie chciało jej się wyrzucić do śmietnika i prawie mnie zabito bo przyzwyczajony do tego, że jak wejdę na pasy to się samochód zatrzyma, nie spodziewałem się, że gościu przyspieszy i to ja będę musiał stanąć. Inna ciekawa sprawa. PKS, który miał mi dowieść moje spotkanie, nie pojawił się, chrzaniąc obydwojgu plany. Bez żadnej informacji, tak po prostu wziął i nie przyjechał. Nam chcieli taksówki podstawiać natomiast na stacjach są małe wyświetlacze pokazujące aktualne informacje więc jak coś się zepsuje co się przecież zdarza, to pasażerowie są o tym poinformowani i nie muszą stać ponad godzinę na mrozie, żeby informacja miejska w formie miejscowej babciny poinformowała, że łe pani, buraki nie obrodziły i pksów nie ma. Mimo wszystko jednak, jakkolwiek wiele tych porównań mógłbym zrobić, kocham ludzi, których mam w tym kraju i to jest najważniejsze. Nie chciałem z niego wyjeżdżać. Do tych wszystkich absurdów idzie się przyzwyczaić i czerpać z nich wiele zabawy a prawdziwi przyjaciele i rodzina są niezastąpieni. Serce nie sługa i najbardziej ciągnie je do tej, przy, której nie może być.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-5779739849591605537?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/5779739849591605537/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=5779739849591605537' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/5779739849591605537'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/5779739849591605537'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2009/01/118-days-on-battlefield.html' title='118 days on the battlefield'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-3139271288766933040</id><published>2008-11-29T14:02:00.000Z</published><updated>2008-11-29T14:49:32.667Z</updated><title type='text'>81 days on the battlefield</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Temat służby zdrowia był zawsze kontrowersyjny bez znaczenie o jakim kraju się opowiada. Myślałem jednak, że tutaj, gdzie nawet Michael Moore oszczędził ten system, wyjeżdżając z nie opadającym zdziwieniem na jego twarzy, będzie tak jak widać było w jego dokumencie. A tu co? A tu banda pieprzonych oszustów lub kompletnych idiotów myślących tylko o pieniądzach a nie o pacjentach. Może dentyści to jest inny oddział służby zdrowia bo akurat ich Moore nie odwiedzał, ale ja to zrobiłem, i wyszedłem stamtąd rzucając kurwami na prawo i lewo. Jak wspomniałem wcześniej odwiedziłem najlepszą klinikę w mieście. Usiadłem sobie na pięknym wygodnym fotelu i czekam. Uśmiechnięta Pani przyjęła mnie grzecznie i prowadzi do wielkiego gabinetu. Pan doktor się wita i pierwsze pytanie jakie padło gdy się usadowiłem: "czy muszę płacić za wizytę?". No to już wiedziałem, że będzie dupa z moim darmowym leczeniem i jakąkolwiek sensowną pomocą. Ale staram się grzecznie i mówię, że raczej nie gdyż jestem taki i taki. Dobra zgadza się. No to pan doktor ładuje mi łapska do paszczy, przegląda to wszystko i coś kurde nie może nic znaleźć na tym moim chorym zębie. Dźga go, stuka, trzaska mi w dziąsło i mówi, że to one prawdopodobnie są przyczyną i, że może mi antybiotyk przypisać najwyżej. No to już zaczyna mi ciśnienie rosnąc ale myślę sobie, może po prostu trafiłem na debila, więc go trochę pokieruje i tak rzucam, że może by tak rentgena zrobił. Dobra zrobimy rentgena. Zaczął mi pchać tą płytkę do buzi i wciska mi ją tak, że zaraz ją będę miał w brzuchu. Nie wiem po cholerę tak, skoro tamtemu się jakoś udało to zrobić lepiej, zakładając mi tylko jakąś małą konstrukcję. Dobra, zdjęcia się robią a pan doktor mi jeszcze powtarza, że to pewnie te dziąsła. Pielęgniarka przynosi i patrz pan, jednak jest dziura a nawet dwie. Ale nie spoko, one nie są duże, widzisz, nie dotykają nawet nerwu. I już pan popełnił 4 błędy. Raz - one są wielkie jak jego zdolność kłamania bez mrugnięcia okiem, tylko, że jakość tego rentgena była tragicznie słaba i rzeczywiście nie było ich w całości widać. Na tamtym poprzednim dokładnie wszystko zobaczyłem. Poza tym, tamten mi zrobił 3 zdjęcia dla pewności. Drugi błąd - jak nie dotykają nerwu skoro mnie boli jak cholera?? No tak racja, pan myślał, że to dziąsła mam chore a nie zęba. Trzeci błąd - mam 3 dziury a nie dwie. Poprzedni dentysta jakoś potrafił wykryć jeszcze po drugiej strony mojej szczęki taki sam ukryty problem. I ostatni błąd za, który chciałem gościowi strzelić - mówił mi to wszystko patrząc mi w oczy a jestem w 100 procentach pewien, że wiedział, że to nie jest prawda, lub chociaż zdawał sobie sprawę, że zrobił to wszystko cholernie pobieżnie. No to zaczynamy dyskusję - to dlaczego boli proszę pana? Dopiero jak się tam dostaniemy to będziemy mogli powiedzieć co dokładnie Ci jest i zadecydować czy leczymy kanałowo. Jeśli chcesz to się umów na następny tydzień i założymy Ci plomby (poprzedni gościu stwierdził, że tu nie ma mowy o plombach bo to trzeba wyleczyć) na NHS metalowe, a takie białe to 150 funtów za dwie. Po raz kolejny chcieli mnie oszukać gdyż dokładnie przestudiowałem na stronie opieki zdrowotnej temat dentystów i było tam napisane, że od 2008 ceny wszystkich gabinetów działających we współpracy z NHS są ujednolicone i tak badanie kosztuje 17, plomby 44 a poważniejsze rzeczy 198. Z tym, że każdy krok zawiera poprzedni dlatego też u tamtego faceta za 198 miałbym wszystko zrobione a ten, te ceny to nie wiem skąd wytrzasnął. Pytam się go jeszcze czy jest pewien, że zwykłe wyczyszczenie tego i zaplombowanie będzie wystarczające. Raczej tak no bo jak widzisz na zdjęciu jest tak i tak. No to im podziękowałem pięknie za wizytę, poprosiłem, żeby mnie już nie zapisywali więcej i jeszcze tylko chciałem wziąć zdjęcie ale oczywiście mi nie pozwolono.&lt;br /&gt;Tak to kraj ten, który tak pięknie wychwalałem, wkurzył mnie niemiłosiernie. Gdybym posłuchał tego faceta to raz, że mogło by mi się to rozprzestrzenić a dwa, że bym stracił zęba. No cóż, widać, że wszędzie jest jednak tak, że jak się ma pieniądze, to wszystko można. Myślałem jednak, że etyka zawodowa jeszcze obowiązuje, ale najwidoczniej nie tutaj. Dla sprostowania. Rozmawiałem z osobami z mojej grupy, anglikami, wszyscy mieli podobne przygody, do momentu, kiedy nie musieli zacząć płacić.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-3139271288766933040?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/3139271288766933040/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=3139271288766933040' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/3139271288766933040'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/3139271288766933040'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2008/11/81-days-on-battlefield.html' title='81 days on the battlefield'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-163185763826928488</id><published>2008-11-28T00:55:00.000Z</published><updated>2008-11-28T02:18:15.021Z</updated><title type='text'>79 days on the battlefield</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Pierwszy raz Anglia przyprawiła mnie o dolinę. Tydzień temu rozbolał mnie ząb. Myślę sobie, pójdę do dentysty, mam jeszcze za darmo leczenie to mi machnie plombę i po zabawie. Musiałem niestety przetrwać weekend bo nie wszyscy dentyści są tutaj otwarci w te dwa dni a ja dostałem rekomendację do takiego, który miał mi na pewno za darmo to załatwić. No to na jakiś pain killersach przetrwałem, ale już w poniedziałek było słabo. We wtorek mnie szanownie umówili ale Pani przez telefon mi powiedziała, że za darmo to umarło. Próbowałem coś tam jeszcze wykombinować ale nie wyszło. Myślę sobie, że na miejscu się spróbuję dogadać a tymczasem nie mam co wymyślać bo boli jak cholera a badanie to 17 funtów więc trudno a przynajmniej może jakieś kroki podejmą. Na drugi koniec miasta musiałem maszerować no ale przecież nie to się liczy w tym momencie. Witam się pięknie siadam na fotelu, pan ku mojemu zdziwieniu go położył i siedział za mną, trzasnął mi rentgena ząbków, kazał chwilę poczekać po czym zawołał i z nieciekawą miną do mnie żebym sobie usiadł. No to mamy dwie opcje rzecze pan dentysta. Ta tańsza to za 44 funty zęba usuwamy (niesamowite jak człowiek będąc całkowicie spokojnym i suchym w 3 sekundy może się stać cały mokry) albo za 198 funtów go leczymy. No to ocipiałem w tym momencie. Co ja mam mu powiedzieć, rwij pan? On do mnie, że da mi czas do namysłu i zapisze antybiotyk na 5 dni, to powstrzyma wirusa, który mi wpieprza zęba od środka i wrócę i coś zdziałamy. Chyba prostytutką bym musiał zostać żeby w 5 dni w środku tygodnia skombinować 200 funtów. To mu mówię prosto z mostu, facet, kasy nie mam a zęba nie chce stracić, co teraz? On, że jak bym chciał potem wsadzić sobie implant to 400 funtów więc lepiej leczyć. No świetnie. Pytam się tak po Polsku - ile ja na tym antybiotyku wytrzymam. Dwa tygodnie i powinno być leczone. A 3 mogą być? Dwa tygodnie i powinno być leczone. Dobra, czyli trzy też wytrwam i w Polsce to zrobię. Szlag mnie taki trafił, że to się w głowie nie mieści. Wyjeżdżałem te prawie 3 miechy temu i nie było żadnego problemu a teraz nagle kurde wirus i 3 dziury gdzie się starałem wszelkimi sposobami przed takimi gnojami ustrzec. No i dolina. Teraz będę zupki z puszki rąbał cały czas. Dobrze, że chociaż ten antybiotyk za darmo mi się udało dostać. No ale mówię, coś tu jest nie tak. Powinienem mieć to za darmo. Wchodzę na stronę NHS (NFZ) i zaczynam szukać. No i znalazłem, jako, że 19-stke mam za dwa tygodnie i jestem full time student to powinni mnie leczyć bez pytania. Oszukali mnie banda Angielskich decydentów. Wyszukałem sobie dentystów i się okazało, że o.6 mili ode mnie jest wielka porządna klinika dentystyczna a obok niej szpital z podobnym oddziałem gdzie jak piszą na tej stronie powinni mnie zaakceptować na takich warunkach. No to twardo idziemy następnego dnia. Popieprzyłem drogę straszliwie bo nie miałem mapy ale dzięki temu pozwiedzałem trochę Wolver. Widziałem genialną szkołę typowo jak mały Hogward. Przez okno nauczyciel dyrygował 7-latkowej orkiestrze a ich główny budynek założony w tysiąc pięćset którymś (według tablicy informacyjnej) wyglądał niesamowicie. W końcu się zapytałem pana w nauce jazdy gdzie tu ta ulica a on pierwsze zdanie do mnie, że muszę wrócić do Wolverhampton (???) Okazało się, że zrobiłem potężny kawałek ale zaciekawionym wszystkim dookoła nie zwróciłem na to uwagi. No nic, pół godzinki marszu i doszedłem w końcu do swego celu poznając przy okazji jakieś starszego Brytola z którym sobie pomarudziłem o NHSie. Pani w klinice powiedziała, że nie powinno być problemu no to się strasznie ucieszyłem. Jutro tam idę i zobaczę co mi powiedzą łaskawie. Boję się tylko, że skończy to się na tym, że za darmo to mi mogą go wyrwać. W drodze powrotnej poszedłem do biblioteki wypożyczyć parę książek do projektu i jeszcze chciałem kilka o Photoshopie wziąć gdyż z jednym zdjęciem mam problem. Półtorej godziny staliśmy w grupce przed wejściem gadając o rożnych tematach a jak wszedłem pierwszy raz, o dziwo, w dział książek do grafiki komputerowej to mógłbym tam zamieszkać. Przez to też, drugi projekt ucierpiał, bo nic do niego nie wypożyczyłem. Zamiast tego, siedziałem na podłodze z wieżą moich bibli i wybierałem sobie najciekawsze. Wyniosłem tak kilka tysięcy stron plus płytkę do zestawu i poszedłem do domu się uczyć. To była najprzyjemniejsze nauka jaką w życiu miałem. Tzn. taka w sensie szkolna. Ile genialnych rzeczy już powyciągałem z tych książek i tylko i wyłącznie przydatnych to, jeszcze w żadnej nie znalazłem a to dopiero połowa jednej.&lt;br /&gt;Nauczono nas również tegoż pięknego dnia, wywoływać zdjęcia w kolorze. Super zabawa. Moja pierwsza odbitka zajęła mi półtorej godziny ale wyglądała super. Dopiero w domu zoorientowałem się, że znowu zrobiłem głupi błąd bo wywowałem lustrzane odbicie. Ale nikt nie zauważył a parametry mam zapisane więc nie ma problemu.&lt;br /&gt;W czwartek miałem strzelać sesję właśnie do projektu z ukochanymi książkami. Okazało się, że mamy jakiś wielki pokaz mody i zabrali mi cały sprzęt, którego chciałem użyć. Plus do tego 2 inne studia i 2 stanowiska były zajęte no to mimo, że tego wszystkiego jest tam od cholery, to niestety największych lamp w tym takiej jednej na kilkumetrowym wysięgniku, jest tylko kilka. Poza tym jak zobaczyłem gościa z aparatem wielkości mojego pokoju i lunetą dłuższą niż nogi to się trochę zawstydziłem i stwierdziłem, że nie będę na siłę kombinował mimo, że pewnie coś by mi się udało. Wykorzystałem za to inną opcję. Wypożyczyłem sobie ze sklepu sprzęt. Dwie lampy, parasolki, statywy i kabelki. Obwieszony torbami i plecakiem o łącznej masie 600 kilo dokulałem się do domu. Zrobiliśmy fajne zdjęcia mimo kijowego tła, ale ono i tak zostanie wycięte. Jutro idę o 9 rano i próbuję dorwać studio gdyż, piątek to dzień rebelii i kto pierwszy ten lepszy.&lt;br /&gt;Zadzwonili też do mnie z pracy (widać zyskałem już status wartego do informowania) i się pytają czy nie przyjdę za półtorej godziny. Uległem na piękne angielskie pleeeeeease. Do Birmingham jechaliśmy genialnym pociągiem klasy Virgin czyli takim TGV. 15 minut w mięciutkim fotelu a cena oczywiście podstawowa. Tutaj co ciekawe chyba nie ma rozgraniczenia na pospieszy i osobowy. Jak na razie wszystkie bilety jakie kupowałem były prosto od do bez godziny i pociągu. Kolejeczka zasuwała nieziemsko, a w środku wyglądała iście kosmicznie. Wszystko na guziki, artystyczne oświetlenie, a nad każdymi siedzeniami były malutkie wyświetlacze pokazujące czy miejsce jest zarezerwowane czy nie. Miły głosik zapowiedział Birmingham i wysiedliliśmy. W pracy jak to w pracy z tym, że dzisiaj byłem zwykłym kelnerem. Jedynym urozmaiceniem było to, że jak znosiliśmy coś do kuchni a np. zostawało w całości to podpieprzaliśmy szybciutko no bo takie desery jak oni tam mieli to nie mogły się zmarnować. Sery zresztą też nie. I tak to wszystko miało być wyrzucone no to lepiej skonsumować. Na pewno cieszył bym się z tego bardzo gdyby nie cholerny ząb, który wystarczająco mi przypominał o sobie i nie pozwalał się delektować słodkimi chwilami. Wracaliśmy do domu już zwykłą osobówką, która wygląda w środku lepiej niż nasze Inter City - była wygodna, szybka, i cała zguzikowana co mi dostarczało wiele radochy. Prawie przejechaliśmy naszą stację, bo nie inteligenta osoba stała przed drzwiami czekając aż magiczna siła je otworzy i nie reagowała na nasze push the button. Wysiedzieliśmy jak już dzwoniło do odjazdu.&lt;br /&gt;President finally gets joke about his last name. &lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-163185763826928488?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/163185763826928488/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=163185763826928488' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/163185763826928488'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/163185763826928488'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2008/11/79-days-on-battlefield.html' title='79 days on the battlefield'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-4445751029256480063</id><published>2008-11-22T03:29:00.000Z</published><updated>2008-11-22T04:37:41.479Z</updated><title type='text'>73 days at the battlefield</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;We wtorek odbyła się prezentacja moich zdjęć i pierwsze prawdziwe zaliczenie. Wyglądało to dość ciekawie gdyż porozkładaliśmy swoje prace na stołach a następnie każdy został przydzielony do innego po czym miał za zadanie opowiedzieć i przede wszystkim skrytykować zdjęcia. Wiadomo, Anglicy miłe chłopaki, to mimo, że sami sądzili co innego, mówili dobre rzeczy raczej, choć takie wzięte znikąd, tak więc tylko po tym wnioskuję, że szczerze się wypowiadali o moich, bo miało to sens a nie wymyślane na szybko, pozytywne strony kupy na chodniku. Za to wykładowca pokazał mi błędy, których w życiu bym nie zauważył i za to jestem mu bardzo wdzięczny. Czekam teraz na ocenę i zobaczymy co będzie.&lt;br /&gt;W środę zostaliśmy wstępnie wprowadzeni do fotografii i ciemni kolorowej. Pokazano nam sprzęt do wywoływania takowych zdjęć no i przyznam, że jest to bardzo ciekawe. Zdecydowanie więcej możliwości manipulacyjnych a same pomieszczenia wyglądają interesująco gdyż różnica jest taka, że jak zapewne wiecie czy widzieliście, w ciemni czarno-białej pali się czerwone światło, w ciemni kolorowej nie ma żadnego. Dlatego też jest wiele ciemni dwu osobowych połączonych korytarzem który prowadzi do drukarni gdzie również wkłada się zdjęcia do maszyny w kompletnej ciemności a wyciąga już w normalnym pomieszczeniu. Wszystko niby na zamki więc nikt przez przypadek nie otworzy drzwi i nie zepsuje nam długiej pracy ale mimo wszystko trzeba z tym strasznie uważać.&lt;br /&gt;Czwartek natomiast zmarnowałem tak jak tylko się dało - cały dzień siedzieliśmy przy laptopach, grając między sobą, jedząc pizze i pijąc piwo. Okazało się nagle, że wykładowczyni chora i nie ma zajęć bo nikt nie zdążył jej zastąpić.&lt;br /&gt;Dzisiaj odważyłem się na poważny krok - poszedłem do fryzjera. Sprytnie zauważyłem, że na jeden ulicy jest 5 salonów. Zawędrowałem do tego najdalszego zakładając, że będzie najtańszy. Poza tym był to tylko fryzjer męski. No niestety, 20 funtów mnie nie usatysfakcjonowało. Trochę nakłamałem, że zadzwonię itd itd i poszedłem wcześniej. Dorwałem jakiegoś za 10 funtów i się odważyłem. Pierwsze co nie trudno było zauważyć, to to, że wszystko na różowo. Pani się ze mną umówiła a jak przyszedłem na odpowiednią godzinę to mnie usadziła na wygodnym fotelu z widokiem na centrum co było bardzo fajne bo nie gapiłem się cały czas w swoje odbicie ale obserwowałem dużo ciekawszych ludzi na ulicy. Dopiero kiedy mnie ostrzygła to stwierdziłem, że to był dobry pomysł. Na podłodze leżał cały dywan moich włosów hodowanych od 10 lat. Zapłaciłem poszedłem i stwierdziłem, że zimno mi w dyńkę.&lt;br /&gt;Wieczorem natomiast, pojechaliśmy do pracy. Bardzo spontanicznie to wyszło gdyż dowiedziałem się parę godzin wcześniej przy okoliczności zanoszenia podania o obniżenie podatku dochodowego. Robię się przedsiębiorczy. Pociąg w 20 minut zabrał nas do Birmingham (a ja się męczyłem półtorej godziny w tym pieprzonym autobusie) i od razu zauważyłem, świąteczną atmosferę dobiegającą zewsząd. Całe miasto przesiąknięte lampkami, choinkami no i oczywiście marketem świątecznym. Niesamowicie to wyglądało. Śmiesznie się w tym wszystkim komponowały Chińskie stragany i inne egzotyczne. Doszliśmy do budynku, w którym mieliśmy pracować. Ładny elegancki wystrój. Jakaś osoba zabrała nas milionem kilometry korytarzy, niewidocznych dla bogatego oka, do miejsca gdzie się mieliśmy przebrać. Dali nam fajne koszule w której w połączeniu ze swoją fryzurką wyglądałem jak Neo. Nawet kołnierzyk miałem taki sam. Nasza ekipa została przydzielona do tak zwanego "wine service". Robota łatwa i przyjemna. Mamy swoje wyznaczone stoliki, przedstawiamy się zgromadzonym tam gościom i jesteśmy ich przydupnymi do końca wieczoru czyli upewniamy się, że wszystko im pasuje i przynosimy im zamówione drinki wina i oczywiście zbieramy kasę ale z kart kredytowych więc ciężko z napiwkami. Kiedy nic nie musimy robić to stoimy przy nich wyglądając elegancko aby w każdym momencie móc służyć. W między czasie inna ekipa roznosi posiłki, które były prawdziwymi dziełami sztuki tylko, że jak to przystało na takie imprezy, w ilości niezwykle śmiesznej. Ja natomiast stoję i stoję i stoję i nagle coś mnie zaswędziało na policzku ale nie, nie ma, że się podrapie, muszę stać pięknie i najlepiej w ogóle się nie ruszać, żeby nie rozpraszać gości, a zarazem uśmiechać się pięknie aby gdyby zapragnęli na mnie spojrzeć, nie zepsuć im humoru. Jak mnie o coś poproszą to cały latam z radości bo mogę iść na zaplecze aby zrealizować zamówienia, a zarazem przeciągnąć się. Po 4 godzinach takiego stania byłem już tak znudzony, że wymyślałem najbardziej uprzejme formy odpowiedzi na wszystkie pytania jakie mogli by mi zadać. Problem w tym, że nie mogłem się nawet zamknąć w swoim świecie, bo musiałem obserwować czy przypadkiem czegoś im nie brakuje i czy np. nie chcą sobie nalać wina, bo to zaraz ja za nich załatwiam. Zobaczyłem też ciekawą rzecz, w jednym momencie, kobieta wyszła na scenę, wzięła mikrofon, poprosiła wszystkich do wspólnego toastu, powiedziała - "For the Queen" i na tym się skończyło. Kiedy zaczęła się dalsza część przemówień dostaliśmy przerwę. Musiałem pozamykać wszystkie rachunki i mogłem pójść na obiadek. Kurdę jak się objadłem przepysznych rzeczy. Jakie nam posiłki przygotowali to to jest niesamowite. Dosłownie 10 rodzajów dań (wiem, że dość często używam ironii, ale tam naprawdę było 10 dań) i to tak pysznych, że musiałem wszystkiego spróbować. Do tego sałatki, surówki i przepyszny sernik z gruszkami. Acha, i z 15 rodzajów kanapek tak na wszelki wypadek. Żałowałem, że nie wziąłem żadnych bo takimi samymi karmili nas w Cheltenham więc wiem, że były dobre, ale nie miałbym gdzie ich przechować. Po przerwie zaczęło się powolne sprzątanie a klienci w tym czasie bawili się przy muzyczce granej przez jakiś zespół. Może nie byli świetni w tym co robili, ale grali hiciory, więc super się przy tym pracowało. Wiara popruła się aż miło więc nie było problemu z zabieraniem im wszystkiego z przed nosa. Tak do 1 w nocy się uwinęliśmy i do chatki. Bardzo mi się podobało gdyż znowu menadżer był super i cały team więc sama przyjemność. No i miło tak zgarniać pieniądze. Sala, w której pracowaliśmy tez robiła super wrażenie a obok niej była jeszcze jedna, wielkości stadionu piłkarskiego.&lt;br /&gt;Yes, I rather like this God fellow. He's very theatrical, you know, a pestilence here, a plague there. Omnipotence. Gotta get me some of that.&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-4445751029256480063?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/4445751029256480063/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=4445751029256480063' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/4445751029256480063'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/4445751029256480063'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2008/11/73-days-at-battlefield.html' title='73 days at the battlefield'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-3360996625503462857</id><published>2008-11-16T21:06:00.000Z</published><updated>2008-11-16T21:58:35.109Z</updated><title type='text'>68 days on the battlefield</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Dzisiejszy dzień pracy był tak świetny, że 10 godzin roboty zleciało mi w mgnieniu oka, a fakt, że jeszcze za to pieniądze dostanę jest cudowny. Niestety zapomniałem wziąć aparatu ale chyba da się to jakoś usprawiedliwić faktem, że spałem 3 godziny. Znalazłem za to zdjęcie więc możecie zobaczyć z grubsza jak wygląda widok o którym wczoraj opowiadałem: &lt;a href="http://www.gitep.co.uk/Resources/user/Lisa/dining%20at%20cheltenham%20race%20course.jpg" target="_blank"&gt;Cheltenham&lt;/a&gt;. Chciałem się położyć wcześniej ale tak się wciągnąłem w pisanie poprzedniej notki, że nie mogłem skończyć. Odbiło się to potem tym, że jak wstałem to odbijałem się od przedmiotów, wsadziłem sobie szczoteczkę w oko i byłem kompletnie zdezorientowany co się dzieje. Codzienna rutyna tylko napędzała mnie do działania ale gdybym nagle zaczął smarować chleb pianką do golenia to pewnie bym go zjadł i się nie zorientował. Dotarłem do autobusu razem z wieloma innymi osobami. Nagle się okazało, że połowa nie jedzie. Polityka tej firmy jest czasami dość bolesna no ale co zrobić. Pojechali tylko Ci co byli wczoraj a sporo osób zostało odesłanych z kwitkiem. Głupio się trochę czułem, no ale nic na to nie poradzę. Zasnąłem trzy sekundy później i obudziłem się na miejscu. Trzęsąc się z zimna jak porąbany wziąłem swóją kartę i zobaczyłem, że znowu pracuję ze swoim wczorajszym teamem plus 3 innymi osobami. Bardzo fajnie. Acha, bo ogólnie wypięliśmy się na bekon i parówy i powiedzieliśmy, że chcemy coś innego. W ten sposób trafiliśmy do restauracji gdzie koleżanka pracowała na początku. Menadżerem jest młody super w porządku gościu, który był na kacu i ciągle podjadał coś z kuchni. Facet naprawdę świetny i aż się chciało jak najwięcej dla niego pracować a nie jak wczoraj kiedy czasami niektórzy mieli ochotę na złość robić powoli wszystko. Praca polegała na tym, że mieliśmy swoje boksy, w których jacyś ludzi mieli wykupione miejsca i zamówione posiłki tak więc nie trzeba było zbierać zamówień tylko roznosić co trza. Poza tym, mieliśmy też barek, w którym sprzedawaliśmy alkohole i napoje dzięki czemu spędziłem marzenie jakie miałem w dzieciństwie. Pewnie dlatego, że kasa ma pełno guzików i to mnie strasznie brało. Nasz kalkulator był fajny prehistoryczny więc klawisze były wielkie, to coś na pieniądze wysuwało się z hukiem, i a paragon się pieprzył cały czas. Genialna była. W połowie dnia już zasuwałem na kasie jak pani na wsi w sklepie. Naszymi klientami byli jacyś piłkarze i ich rodziny. Przyjechali oczywiście po obstawiać trochę i kilka razy wygrali ładnie więc i nam się coś skapnęło a, że się uśmiechaliśmy cały czas i byliśmy mili to wpadło na łebka 13 funtów bonusowe. To jak 3 godziny pracy na mój wiek więc jestem bardzo zadowolony. Poza naszą trójką ja pracowałem z super Brytyjką, która miała chyba stereotyp Polski - Rosji ale się nie przyznała do tego i umiejętnie ukrywała swoją niewiedzę o naszym kraju. Dzięki temu jednak dużo gadaliśmy więc czas leciał szybko. Fajne było to, że pod koniec mogliśmy jeść wszystko to co zostało dla klientów a było tego dużo i wspaniale pyszne. Co najfajniejsze jednak. Restauracja była przy samym torze tak wiec jak się wyszło na taras to widać było twarze dżokejów. Muszę przyznać, że jest coś kręcącego w tych wyścigach bo sam z zafascynowaniem jeden sobie oglądnąłem.&lt;br /&gt;Spotkałem się z kolejną ciekawą rzeczą. Restauracja w której robiliśmy nie była tam na stałe. Był to postawiony duży namiot ale w środku tak zrobiony, że właściwie wyglądał jak wysokiej klasy knajpa. Kibelki natomiast miał przyjezdne. No cóż. Jakby mi taką budkę postawili w akademiku to bym mógł w niej zamieszkać. Rzadko się spotyka takie toalety, a to jeszcze było na kółkach. Wszystko w marmurze, halogenki na suficie, złote zdobienia na kranach, miękkie ręczniczki, mydło nie z dozownika tylko z mydelniczki a obok niego krem nawilżający do rąk i telewizorki LCD gdyby komuś się akurat w tych kilku minutach wyścigu zachciało to by nic nie stracił. Robiło to wrażenie niesamowite i jakby kogoś tam obudzić to by pewnie pomyślał, że jest w Mariocie.&lt;br /&gt;Miło będę wspominał ten dzień. 9.45 godzin stania, 15 minut siedzenia. Szkoda tylko, że po wyjściu z autobusu nie mogłem chodzić bo stopy mi się paliły cały czas ale to są uroki takiej pracy. Dopóki daje zarobki jest dobrze. Bo jak to mówią: "piniondze to nie fszystko, ale bez piniendy to ch.."&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-3360996625503462857?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/3360996625503462857/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=3360996625503462857' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/3360996625503462857'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/3360996625503462857'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2008/11/68-days-on-battlefield.html' title='68 days on the battlefield'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-3796385438389031176</id><published>2008-11-15T23:24:00.000Z</published><updated>2008-11-18T19:37:02.860Z</updated><title type='text'>67 days on the battlefield</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Widziałem dzisiaj życie Anglików z wysokich sfer. Oglądałem sceny niczym na Brytyjskim filmie i byłem świadkiem wygranych i przegranych tysięcy funtów - pracowałem na wyścigach konnych. Zaczęło się od tego, że budzik zadzwonił o godzinie 4.45 am. Dość wcześnie. Bałem się strasznie, że zaśpię ale na szczęście wizja zarobionych pieniędzy szybko mnie na nogi postawiła. Wskakuje w garnitur i zasuwam do biura. W drodze już zobaczyłem kilka pingwinków gadających po Polsku. Zapisujemy się na listę, wskakujemy do autobusu i już lecimy do pięknej mieściny, której nazwy nie pamiętam. Cały autobus zasnął...poza trzema osobami za mną. Murphy w tym momencie uśmiecha się złośliwie bo nawet moja współtowarzyszka podróży zasnęła tylko ja siedziałem z oczami otwartymi na oścież. Osobistości te darły się jak popieprzone, buczały mi komórką nad uchem i wygłaszały przemówienia, że teraz wszystko się zmieni bo Obama jest prezydentem. "Dobrze, że ten McKlein nie został wybrany" [cyt.]. Nie odzywałem się tylko dlatego, że gdyby się okazało, że zostanę z nimi przydzielony do roboty, to nie chciałem przez 10 godzin pracy być wkurzonym. Mruczałem sobie "for fuck sake" i przewracałem z boku na bok próbując w jakikolwiek sposób wcisnąć kości między fotele z przodu. Dojechaliśmy na miejsce i muszę powiedzieć, że podbieg mały gościu i mnie zamurował. Przed moimi oczyma ukazał się wielki budynek, w którym mieściły się wszystkie restauracje, miejsca obstawiania trybuny i jeszcze jakieś tam inne. No ale sru tam kawał betonu nawet jak mały. Niżej, znajdował się oczywiście tor wyścigowy a to wszystko w dolinie otoczonej zielonymi wzgórzami z domkami i lasami. Widok jak z bajki. Wezmę jutro aparat i zrobię jakieś zdjęcia. Poza tym była jeszcze cała wielka masa budek i innych budynków. Ogromne to wszystko. Zostałem przydzielony do tea bar. Poszedłem po swoją koszulę i fartuszek, swoją drogą bardzo gustowne, dostałem rację żywnościową, a wcześniej oczywiście kartę pracownika. Jakieś śniadanko i poszliśmy na stanowisko. Moja praca miała być lekka i przyjemna bo podobno tam gdzie ja robiłem same szychy przychodzą i herbatkę i kawkę sobie popijają. Zaczęło się od tego, że już od samego początku wiedziałem, że tak nie będzie. Głównie dlatego, że kuchnia była wypchana jedzeniem i kucharze zasuwali jak popieprzeni z wielkimi kawałami mięsa, setkami kiełbasek sosów i innych brytyjskich wegetariańskich potraw. Menadżerka się przedstawiła, szef kuchni też i liderka zespołu, którą była babcinka ale od razu ją polubiłem. Typowa Brytyjka ze specyficznym poczuciem humoru, ale bardzo radosna i pozytywna. Pokazała nam pokoje obsługi, gdzie będziemy latać po zmianę kasy i zapasy. Dostałem szmatę do ręki i polecenie aby wypolerować szyby. Po pół godzinie walki z tym tłustym cholerstwem już byłem zgrzany a i tak nie było to czyste do końca. Wjechały za chwile miesą, puree, sosy, itd. Dostaliśmy polecenia co jak nakładać i tak to nalałem tego dnia z 5 herbat. Jak odbywały się wyścigi, to staliśmy na baczność z rączkami ładnie z tyły, w naszych garniturkach i spoko czapeczkach. Żadnego opierania się, żadnego garbienia podpierania itd. Jak coś to na zaplecze odpocząć ale nic na widoku. Nawet pić nie mogliśmy przy ludziach. Przypomniało mi sie przy tej okazji coś śmiesznego. Przed pracą siedzieliśmy sobie w holu. Przyszła jakaś babka i się pyta kto jest i chce pracować jako przełożony. Wszystkie przestraszone miny a połowa z nich wyrażała typowy znak zapytania na angielską mowę. Scena ta skojarzyła mi się licznymi filmowymi, w których to podjeżdża ciężarówka pod grupkę meksykanów, a gościu zgarnia ich na pakę i bierze do roboty. Wracając. Po jakimś czasie zaczęła się robić spora kolejka. Zapieprzaliśmy jak porąbani, żeby jak najszybciej nałożyć co sobie państwo życzyli. Sprawność mieliśmy naprawdę super bo każdy miał swoją funkcję a, że jak za komuny jedną pracę wykonywało kilku ludzi szło to w błyskawiczny tempie. Problem pojawiał się tylko, gdy ktoś chciał więcej mięsa a pan szef kategorycznie zabraniał. Jak ich nie było to spoko, ale jak się pojawiali to musiałem mówić sorry i tyle. Za tą cenę akurat to ja bym im tam walnął całą tą świnię na talerz ale biedni to też oni nie byli. Między wyścigami mieliśmy oglądać znowu filmowe sceny. Ludzie w marynarkach w kratę i beretach, darli się do telewizorów (stojąc obok szyby z widokiem na tor) trzymając w rękach ich zastawione życie. Widziałem, jak w ciągu jednego wyścigu, o dziwo znowu jak na filmach (kurde, może to wszystko było ustawione) koń prześcignął lidera na ostatnich metrach. Co tam się wtedy zaczęło wyrabiać. Ludzie skakali, ściskali się, darli jak opętani a inni rzucali biletami na ziemię, chwytali się za głowę darli je ostentacyjnie. Potem wszyscy razem ruszyli po jadło i tym razem to my byliśmy tymi przegranymi. Głupie jest uczucie kiedy wszyscy patrzą na ręce jak się nakłada ich posiłek i widać, że nie zawsze są zadowoleni ale ja nic na to nie mogę. Szczególnie, że w jednym momencie szef był obok bo tak schodziły buły z bekonem, puree i jakimś jabłkowym obkładem, że tylko donosili mu świniaki a on je ładnie kroił. Gorąco, w rękawiczkach i czapkach, a do picia herbata i kawa. I tak 10 godzin. Dawno się tak świetnie nie bawiłem. Tzn. może tak. Bawiłem się ostatnio lepiej, ale to mi dawało dużo więcej satysfakcji. Śmiechu mieliśmy też trochę, bo szef zabawny gościu, ale menadżerka "pain in the ass" więc musiałem być grzeczny choć czasami nie akceptowałem jej zachowania. Ciekawą obserwacją były też dzieci, które o dziwo się tam pojawiły. Mali Anglicy, ubrani jak ich dziadkowie przeważnie, z białymi twarzami i rudymi włosami. Bardzo fajnie się ich obsługiwało bo na moje "Here you go, little fellow", wybuchali wielkim uśmiechem i trochę speszeniem. Po pracy oczywiście pięknie sprzątaliśmy babrając się w tłuszczu bo np. nikt nie był na tyle inteligenty, żeby w dziury na pojemniki na ściekający tłuszcz z upieczonych zwierząt, rzeczywiście wsadzić jakieś pojemniki. Ogólnie zadowolony jestem, choć jutro chcę się wkręcić do baru. Wprawdzie będę musiał się szybko nauczyć robić drinki, ale napiwki można jakieś zgarnąć bo dzisiaj to dostałem 50p a poza tym robota też wydaje mi się ciekawsza. Jak sobie pomyślę o tym mięsie to mi się niedobrze robi szczególnie, że na końcu oczywiście jedliśmy te kiełbaski wszystkie. Wracaliśmy koło 20. Usadowiłem się ze sporą grupką Polaków, a, że wszyscy byli zmęczeni to załączył się głupi humor i czułem się jak na wycieczce szkolnej. Pani kierowca była niesamowitą kobietą. Wyglądała jak facet, miała głos jak facet, była uczulona na pomarańcze więc jakby ktoś takowe otworzył to byśmy nie jechali przez 3 godziny (chcieliśmy w nią rzucić pomarańczowymi skitelsami i zobaczyć Cię coś się stanie), ciągle latało fuck! i słuchała Celin Dion. Acha, i autobus sam trąbił.&lt;br /&gt;Jako dzisiejszą złotą myśl na koniec poruszę temat kompletnie nie związany z Anglią. Pewna bardzo mądra strona: &lt;a href="http://www.debilneopisy.pl/" target="_blank"&gt;bardzo mądra strona&lt;/a&gt; stworzona przez bardzo mądrych Panów przekonała mnie, że nie jestem sam w swoich poglądach. Polecam zajrzeć na linka i poczytać a hasło na dziś zainspirowane waszą przyszłą lekturą: "Polaku, pisz wiersze! Nie twórz na gadu gadu, i tak wszyscy mają Twój opis w dupie!" [Ja 16 Listopada, 2008]&lt;br /&gt;Wersja skrócona do ustawienia na status: "Polaku-pisz wiersze, nie twórz na gg.ITakWszyscyMająTwójOpisWDupie L.G"&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-3796385438389031176?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/3796385438389031176/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=3796385438389031176' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/3796385438389031176'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/3796385438389031176'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2008/11/67-days-on-battlefield.html' title='67 days on the battlefield'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-8678725969358828616</id><published>2008-11-14T00:51:00.000Z</published><updated>2008-11-18T16:48:44.450Z</updated><title type='text'>65 days on the battlefield</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Zdarza się wam czasami coś takiego, że rzecz, którą bardzo dobrze pamiętacie, nagle wypada wam z głowy, w najmniej odpowiednim momencie? Tak też mi się zdarzyło z moim pinem do karty. Problem w tym, że byłem pewien, że wpisuje dobry, za drugim razie i za trzecim też mi się tak wydawało. No cóż, zablokowałem konto. Na szczęście wypłacałem to w banku, więc od razu poleciałem do helpa i mowie, że zrobiłem głupotę. Przez to zamieszanie nie wiedziałem już jaki pin jest dobry a jaki nie więc poprosiłem, żeby mi wysłali obydwa kody. Dlaczego dwa? Kiedyś pisałem, że zabetonowałem sobie w szafce kartę kredytową, którą mi dali. No cóż. Okazało się, że to jednak nie karta kredytowa ale można nią wykonywać wszystkie takie same czynności poza tym, że nie da się przekroczyć limitu. Bardzo przydatna sprawa gdyż można płacić w internecie bez zbędnych przelewów, doładowywać kartę w telefonie itd. Druga to natomiast konto oszczędnościowe. Dobra, wysłali mi te piny, aktywowali obsługę internetową bo miałem z nią małe problemy i zadowolony wychodzę. Teraz muszę tylko poczekać na listy i będzie si. Poszedłem do sklepu foto, kupić parę potrzebnych rzeczy i pojechaliśmy z Deanem do Birmingham. Tą historyjkę już znacie. Wydałem 3 funty na autobus, wróciłem i tak w sumie to się zorientowałem, że mam z jakieś 3 funty w portfelu. Myślę sobie - spoko. Za 4 dni dojdzie list, jedzenia mam w lodówce sporo, w zamrażalniku różne mięsa, makaron i sos, jedynie co to jakieś warzywka muszę kupić, ryż czy ziemniaki i będzie spoko. No cóż. Po 4 dniach otwieram sobie skrzynkę, patrzę i jest pięknie list z banku. No dobra, jest jeden, a gdzie dwa następne? Wysłali mi pin do karty, na której nie mam kasy, a ta co mnie żywi zostaje cały czas zablokowana. No to ups, ale nie ma sprawy, wiem, że te listy z centrali idą, to może jakoś coś się pomieszało i po prostu dojdzie dnia następnego. Mam jeszcze z jednego funta, to nie ma problemu. Tego dnia zjadłem sobie ryż i herbatę. Następnego podobnie. Potem w końcu zaszalałem i za ostatnie pieniądze kupiłem purée &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;w proszku i zjadłem z pomidorami i kurczakiem zachowanym na czarną godzinę. &lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Dobra, teraz już bieda. Kiedy żyłem na zasadzie kupowania bochenka chleba i jednego najtańszego serka do smarowania, za pożyczonego funta, to pomyślałem, że chyba warto iść do banku jeszcze raz. Wybrałem się tam dzisiaj, znowu do help deska, i mówię pani, że bida i co teraz. Ona tam sprawdza, mówi, że strasznie jej przykro i przeprasza, ale ten drugi pin nie został wysłany. No to już już zaraz szybciutko leci do pana. Dobra super. Uruchomili mi też nareszcie to cholerne konto internetowe, wysłali oczywiście list z moim loginem i hasłem. No i teraz jedna ciekawa rzecz. Jako człowiek uwielbiający wszelkie nowinki techniczne, załatwiający gdzie się co da, najnowocześniejszym sposobem, czekałem jak taki osioł na ten pin lub konto internetowe a nie pomyślałem, że wystarczy podejść do okienka, rzucić dowodem, i poprosić ładnie, aby szybciutko przelali pieniądze z konta na konto. Tak też zrobiłem i tak też się stało w 3 sekundy. Poleciałem do bankomatu (pomijając fakt, że mogłem ją poprosić o te pieniądze) i już zaraz posypały się z maszyny obiady, śniadania i kolacje. Zadowolony lecę na uniwerek, żeby zając się montowaniem zdjęć. Wydałem 14 ciężkich funtów na potrzebny sprzęt. Zabolało to strasznie ale na szczęście starczy na długo. Oprawiłem swoje zdjęcia i jestem przygotowany do poniedziałkowego projektu. Myślę, że efekty wyszły całkiem imponujące bo nie jest to już zwykła kartka papieru ale gotowe do powieszenia na ścianie prace.&lt;br /&gt;W między czasie kiedy to oszczędzałem okruchy, byłem we wspomnianym wcześniej klubie. Nie chciało bardzo mi się tam iść, szczególnie, że musiałem pożyczyć kasę na wejście, a następnego dnia do szkoły, no ale obiecałem więc dobra ruszę się. Ochroniarze na wejściu robili zarazem za reklamę bo już z daleka zachęcali nas do wejścia. Poprosili wszystkich o ID i powiesili nam na szyi światło chemiczne na sznurku o fajnym designie. Na starcie nie wyglądało to zbyt imponująco. Nie zbyt wielka sala, z malutkim dance florem i barem. Nie mam pojęcia czemu to się nazywa najlepszym klubem w Wolver. Może dlatego, że wyglądał dość bogato, bo na ścianach plazmy, skórzane fotele i kanapy, dj sobie coś tam przygrywa, dywany a nie betonowe płyty, i wszystko naprawdę ładnie. Jacyś goście latają poprzebierani za Jedi, Spidermanów, Supermanów, Batmanów i Niemenów. Wszystkie piwa i drinki po funta. Ale jak wiadomo, funt dla mnie to w tym momencie kupa siana więc nie ma szansy. Nagle się okazuje, że w tym przybytku pełno znajomych i gdzie się nie obejrzeć ktoś się pojawia. Za chwilę otworzono duże drzwi prowadzące do klatki schodowej. Oczywiście ładnej, odpicowanej. Cały tłumek ludzi przelewa się po schodach i prowadzi do holu. Tam, pełno różnych dróg. Jedna prowadzi do sali lodowej, druga do 80's 90's, w innym kierunku restauracje, różne pomieszczenia do pogadania posiedzenia, bary itd. Sama toaleta zrobiła na mnie wrażenie bo wyglądała jak w klasowej restauracji. Dzisiaj tylko sala lodowa była otwarta gdyż to wtorek w końcu, ale normalnie to wszystko jest dostępne. Idziemy za magiczne niebieskie drzwi i po ich pokonaniu kompletnie osłupiałem. Moim oczom ukazała się ogromna przestrzeń w kształcie półkuli. Stanowisko Dj'a obładowane masą komputerów, monitorów i innej maści sprzętu. Ale nie, nie zrobiło by to na mnie wrażenia, gdyby tego naprawdę nie było tam tak kosmicznej ilości. Na środku wielki dance flor, nad nim podwieszona masa reflektorów a wśród nich projektory, które wyświetlały obraz na ścianach kopuły w której to wszystko się znajdowało, ale także pod nią, więc tworzyły efekt nieba. Oczywiście wielka kula no i kilka tysięcy innych klubowych bajerów. Idziemy sobie usiąść na jednej z nielicznych kanap. Oni polecieli do jednego z dwóch barów a ja sobie rozmawiałem. Od razu na starcie zauważyłem interesująca rzecz. Wszystkie światła, które były w tym pomieszczeniu zmieniały kolor w tym samym momencie, tak więc kiedy do muzyki nadawał się kolor niebieski, to wszystko się paliło na niebiesko. Dawało to niesamowity efekt. Jedynie stół w barach był normalnie podświetlony no ale to logiczne. Dj sobie wariuje, wiadomo, trochę klubowych kawałków ale nadających się do tańczenia. Wielkim plusem gościa był fakt, że piosenki leciały nie dłużej niż 2 minuty więc nie dało się znudzić. Od razu zwróciłem uwagę na to, że te światła naprawdę fajnie działają. Przede wszystkim wszystkie współpracowały ze sobą więc robiły super efekty. Jak już potańczyliśmy godzinkę przyszedł inny Dj i zmienił trochę klimaty. Zaczął puszczać lata 80, potem 90 potem najnowsze hity. Ale co ciekawe. Były to często rockowe kawałki typowo do skakania. To co się wyrabiało na parkiecie przerosło wszelkie moje oczekiwania. W żadnym klubie jeszcze się tak dobrze nie bawiłem. Wszyscy śpiewali, gościu co jakiś czas wyciszał muzykę, a kiedy w niektórych kawałkach wjeżdżał fragment kulminacja muzycznej rozkoszy, zapalały się wielkie reflektory jak na koncertach skierowane w publikę. Do tego te wszystkie projektory i światła działały idealnie pod rytm muzyki. Nie wiem czy ktoś tym sterował ale czasami na stanowisku Dj'a było trzech gości. Dawało to tak kosmiczne efekty, że do teraz nie mogę wyjść z podziwu. To, że kolor był bardzo często jednolity też świetnie się wpasowywał i nie latały wszędzie tęczowe kółeczka, które niby fajnie wyglądają. Dodatkowo dym dolatywał do kuli więc jak i na nią czasem zaświecono, to cała sala wypełniała się promieniami. Wypożyczę chyba kamerę i to nagram, albo chociaż aparacikiem uwiecznię bo słowami nie da się tego opisać. Podsumowując można powiedzieć, że pomijając świetną muzykę, która tam grała, efekty były tak dopracowane jak na dobrych koncertach, a trzeba wziąć pod uwagę, że na takowych, są ludzie od świateł co w klubach prawie nigdy się nie zdarza. Co ciekawe, to nie była specjalna impreza, tylko zwykły wieczór. Żeby było jeszcze lepiej - wtorkowy tak wiec w piątki to dopiero tam się wyrabia. Zauważę jeszcze jedną rzecz. Nie spotkałem tam ani jednej osoby, którą chciałbym zastrzelić dla odciążenia świata. Nikt nie latał kompletnie pijany, wszyscy wyglądali na spoko ludzi a ochroniarze najczęściej walczyli z nieświadomymi, którzy wchodzili ze szklankami na parkiet. Właśnie, moja historia o planetarium z innego klubu nie miała by tutaj racji bytu. 3 bite godziny tańczyliśmy bez chwili przerwy. Impreza skończyła się o 3 w nocy ale nie było mowy o spaniu. Wróciliśmy do domu i musiałem jeszcze coś porobić bo byłem zbyt rozbudzony. Rano obudziłem się 5 minut przed zajęciami. Telefon się rozładował a drugi, nie mam pojęcia czemu, nastawiłem na 9.55 zamiast 8.55. Cały czas czułem szklaną bańkę na głowię ale na szczęście przeszła po jakimś czasie. Szybko się pozbierałem i spóźniłem tylko 5 minut.&lt;br /&gt;Znalazłem właśnie filmik zrobiony przez ten klub. Nie miałem zielonego pojęcia, że to jest aż tak gigantyczne. Polecam oglądnąć bo szczeny wam opadną: &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=k3KB1zR3MRw" target="_blank"&gt;Oceana&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-8678725969358828616?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/8678725969358828616/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=8678725969358828616' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/8678725969358828616'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/8678725969358828616'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2008/11/65-days-on-battlefield.html' title='65 days on the battlefield'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-897023488622069252</id><published>2008-11-11T17:53:00.000Z</published><updated>2008-11-11T18:17:50.133Z</updated><title type='text'>63 days on the battlefield</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Dzisiaj bawiliśmy się studiem. Większość zdjęć zrobiona na filmie ale kilka i cyfrowo machnęliśmy dla sprawdzenia efektów. No co tu wiele mówić: &lt;span style="text-decoration: underline;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;a href="http://picasaweb.google.pl/lucas.gajdek/Studio#" target="_blank"&gt;Studio&lt;/a&gt;.&lt;br /&gt;W poniedziałek prezentuje pierwszy projekt a wczoraj zaprezentowano nam pracownie monterską zdjęć w ramy, na różne rodzaje papierów itd itd. Bardzo fajne rzeczy. Ostatni szlif w nadawaniu im profesjonalnego wyglądu. To tyle z pisania dzisiaj gdyż zasypiam właśnie a wieczorem całe Wolver świętuje bo wtorek to studencki wieczór w największym klubie - Oceana.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-897023488622069252?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/897023488622069252/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=897023488622069252' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/897023488622069252'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/897023488622069252'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2008/11/63-days-on-battlefield.html' title='63 days on the battlefield'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-7392400128820275617</id><published>2008-11-05T14:44:00.000Z</published><updated>2008-11-09T02:34:26.858Z</updated><title type='text'>60 days on the battlefield</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;W środę spełniło się moje marzenie od kiedy zobaczyłem tutejsze studio. Całe zajęcia wprowadzali nas w obsługę całego tam znajdującego się sprzętu oraz aparatów średnioformatowych. Teraz wiem, że sprzętu oni mają jeszcze więcej niż mi się wydawało. Możemy już ze wszystkiego korzystać i już sobie zarezerwowałem studio na wtorek więc będę trzaskał dużo fotek bo mamy fajne zwariowane pomysły. Dali nam też malutki projekt. Musimy sobie zrobić autoportret tymi średnioformatowymi.  Tzn, to nawet nie projekt, bo mamy tydzień czasu na to, więc raczej zadanie domowe. Poza tym dzisiaj moja grupa porobiła sobie na przygotowanym stanowisku zdjęcia. Swoją drogą przybliżona wartość aparatów, które wtedy widzieliśmy to 20 tys funtów. Samych aparatów. Były tam 4 modele. Nie wiem ile mają ich łącznie, ale wiem, że takiego Hasselblada za marne 4 kafle, mają 9. Co ciekawe. To są stare aparaty gdyż dla porównania jeden z nowszych modeli tejże firmy kosztuje 31.5 tys dolarów. Obiektywy za to są wsadzone bardzo dobre i zdjęcia robią niesamowite (ich ceny już nie znamy). Jak widać ceny jakimi tu się operuje robią dość spore wrażenie. Dowiedzieliśmy się też, że w naszym studiu jakaś profesjonalna firma będzie robić sesję z samochodami (mamy takie jedno wielkie wejście gdzie spokojnie można wjechać) i może będzie szansa, żeby się na nią wkręcić. Powiedziano nam także, że jeśli chcemy robić sesję ze zwierzętami, musi być ktoś za nie odpowiedzialny i, że kury są bardzo nie usłuchanymi modelami (?!) Wieczorem tego dnia, przyszli do mnie Panowie z obsługi. Zgłaszałem im, że łóżko mi skrzypi jak cholera i mam zlew zapchany. Goście weszli, strzelili mi jakimś sprężonym gazem w rury, odetkali to w trzy sekundy. Spojrzeli na wyro, powiedzieli, że rubbish i , że jutro przyniosą mi nowe. Tylko, żebym wszystko ściągnął z niego i będzie fajnie. Poszli do kuchni, zorientowali się, że czajnik jest zepsuty - przynieśli mi nowy. No po prostu genialnie. Jeden z nich jest typowym Szkotem i jak on coś mówi, to wysilam wszelkie komórki mózgowe, żeby wyłapać pojedyncze słowa i zbudować z tego jakiś kontekst, ale i tak ich lubię bo po 4 godzinach od zgłoszenia się tym zajęli.&lt;br /&gt;W czwartek zasuwałem do Birmingham, żeby porobić zdjęcia. Jak to oszczędni studenci, stwierdziliśmy, że pojedziemy autobusem gdyż koszt w obydwie strony to raptem 3 funty. Poza tym kumpel musiał jeszcze zajść do siebie do domu, a ten autobus właśnie obok niego przejeżdża. Bilety tutaj kupuje się na linie i jeśli powyżej dwóch przystanków to 1.50 ale można wziąć tak zwany daily saver i wtedy 3 funty na cały dzień na wszystkie linie. Pociąg za to 4 funty w jedną stronę tak więc z prostej kalkulacji wynikało by, że zaoszczędziłem jakieś 73 funty tak więc warto było. Problem z busem jedynie jest taki, że jedzie półtorej godziny bo musi ze 100 przystanków zrobić. No ale czasu mieliśmy pełno no i stwierdziłem, że sobie pozwiedzam trochę. Po godzinie już się zacząłem wkurzać. Wprawdzie fajnie sobie siedzieć z przodu i oglądać cały świat no ale ile można. Jak już w końcu dojechaliśmy to wypstrykaliśmy filmy pozwiedzaliśmy troszkę gdyż kolega w tym mieście się bardzo orientuje. Ciekawą sprawą jest fakt, że władze miejskie są strasznie przewrażliwione na punkcie fotografów. Z drugiej strony kolega słusznie zauważył, że z podniesionym kołnierzykiem, czarnymi rękawiczkami i aparatem, który mimo, że świetny, to jednak wyglądem przypominający Матери России no i obiektywem typowo do zdejmowania rzeczy, których nie powinienem, wyglądam jak agent KGB. Wręcz czułem kamery obracające się za mną bo jednak Anglia to najbardziej obserwowany kraj na świecie. Często robiliśmy tak, że jak nadarzyła się okazja do zdjęcia, to szybki rekonesans czy nie ma policji, w sekundę pomiary, zdjęcie i odchodzimy niby nigdy nic. W sumie fajna zabawa i adrenalina się podnosiła kiedy widziałem jak żółci panowie w dużych czapkach mnie obserwują. Zostawała tylko nadzieja, że nie każą mi wyciągnąć filmu bo wtedy musiał bym spieprzać w nieznanym mi mieście a i tak 163 kamery uwieczniły by moją zniszczoną twarz po tym jak dostał bym z paralizatora po nogach i sieknął głową w słupek przy drodze. Muszę przyznać, że Birmingham poza tym to naprawdę ładna metropolia. Nowoczesna, z ciekawą architekturą, tłoczna i ciągle coś się dzieje. Poza tym bardzo nie nudna gdyż cały czas coś się diametralnie zmieniało. Ludzie też byli inni bo chętnie sobie zdjęcia robili i myślę, że wyjdzie kilka naprawdę fajnych. Z drugiej strony znowu zauważyłem jaką moc ma aparat w przekazie, który tworzy. Szliśmy obok kanału dla łodzi o których wcześniej opowiadałem i na śluzie, siedziało dwóch gości. Zrobiłem im zdjęcie z daleka (bo cały czas wypożyczam sobie swój ulubiony teleobiektyw) jak są tacy zamyśleni, wyglądający na smutnych, pełno przestrzeni obok nich, metaforyczna pustka itd itd. Ja szukałem właśnie takich smutnych zdjęć. Kumpel natomiast robił portrety. Podeszliśmy do nich, zapytał się o zdjęcie i zaraz się okazało, że ty dwóch gości, którzy na moim zdjęciu będą wyglądali jakby życie im dawało codziennie po twarzy, jest wesołymi kumplami, którzy przyszli sobie pogadać. Na swoich twarzach nie mieli kompletnie nic z tego co będzie u mnie widać, i na dodatek pogadaliśmy jeszcze chwilę z nimi bo były to bardzo ciekawe osoby. W wielkich uśmiechach rozeszliśmy się dalej szukać możliwości przekazania rzeczywistości na swój sposób. Potrzaskaliśmy jeszcze kilka fotografii i zmęczeni jak się tylko da wracamy do chaty. No to czeka mnie teraz półtorej godziny w double-deckerze. Jak kumpel już wysiadł ja zacząłem przysypiać zdeka. Wszystko było by fajnie gdyby nie fakt, że choroba lokomocyjna zaczęła mi się przypominać. Walczyłem więc z żołądkiem i tym, że co 5 minut otwierałem oczy z głową na dole. Jak już naprawdę zastanawiałem się czy nie wysiąść w środku nie wiadomo czego, na przystanku, wyłączył się silnik i światła. Ktoś ciekawy poszedł sprawdzić o co chodzi, okazało się, że jakieś nieporozumienie wyszło między kierowcą a jakimś gościem, który nie zapłacił czy coś. Rezultat był taki, że driver powiedział, sru nie jadę i zadzwonił po policję. Normalnie to bym się wkurzył pewnie, że po ponad godzinie, 15 minut od domu siedzę w autobusie. W tym jednak momencie fakt, że przestało bujać i szarpać był jak zbawienie. Po chwili ktoś uregulował różnicę (aż funt pięćdziesiąt) i rozrywka zaczęła się na nowo. Dałem radę dotrwać bez kolorowania świata. W domu dowiedziałem się, że pociąg kosztuje 4.50 w obydwie strony a nie w jedną tak więc zamiast śmignąć w 20 minut na wygodnym fotelu, ja się tłukłem półtorej godziny walcząc, żeby nie zahaftować pani przede mną i zaoszczędziłem 1.50. Położyłem się na swoim nowym łóżku i zastrzeliłem.&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-7392400128820275617?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/7392400128820275617/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=7392400128820275617' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/7392400128820275617'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/7392400128820275617'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2008/11/60-days-on-battlefield.html' title='60 days on the battlefield'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-913464679979009539</id><published>2008-11-05T00:41:00.000Z</published><updated>2008-11-08T12:22:04.149Z</updated><title type='text'>56 days on the battlefield</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Pewnie wszyscy są ciekawi co też zwariowanego robiłem w to jakże huczne święto - Halloween. Powiem tylko tyle - w przyszłym roku. A czemu? No cóż, po czwartkowej imprezie nikomu już się nie chciało obchodzić, żadnych świąt. Weekend za to przebieg bardzo grzecznie już. Niemcy dla nas zrobili pyszną sałatkę ziemniaczaną i Curry Wurst. Oj to była straszna wyżerka. Leżeliśmy na podłodze z przejedzenia ale jednak jeszcze tą drewnianą chochlą ładowaliśmy do ust ziemniaczane niebo. Byliśmy tak straszliwie pełni, że każdy ruch graniczył z bólem, dlatego tak siedzieliśmy w kuchni chyba z pół godziny po tym posiłku, nawet nie odzywając się za bardzo, bo każdy był zmęczony jedzeniem, ale co po chwila, ktoś sobie jęknął "aaach" i jeszcze łyżka leciała do ust. Dzisiaj za to razem z Francuskami, dwie i pół godziny lepiliśmy jakże Polskie "pierogy". Nóż mi z gardła wyciągały jak się zoorientowałem, że za mało soli dałem do ciasta. No bo kurde bądź tu mądry, jak oni masło solone mają i teraz nie wiedziałem ile tej skały tam jeszcze mam dać. No ale nic, pomysłowy dobromoir dał radę i wyszły w rezultacie całkiem niezłe. Wersja ze smażonymi jabłkami zrobiła furorę i wszyscy byli bardzo zadowoleni.&lt;br /&gt;Dzisiejszego dnia też po raz kolejny zakosztowałem Angielskiej gościnności i pomocności (jeśli coś takiego istnieje). Otóż, po 3 godzinach spędzonych w bibliotece, szukając książek, które mi się przydadzą do dwóch "researches" wkurzyłem się i poszedłem do gościa, który jest tam książkowym guru. Jest to osobistość iście niesamowita. Chodzący internet z tą różnicą, że hasło "seaman" jest dla niego sygnałem do znalezenia najlepszych książek o marynarzach, a nie zachętą do pokazania porno, które jakiś nieznający ortografii gościu oznaczył właśnie takim tagiem. Najlepsze w nim jest to, że facet ma nie więcej jak 35 lat, a zna praktycznie wszystko w tej bibliotece. Jemu tylko trzeba rzucić hasło a za pół godziny ma się najlepsze źródła. Pamiętał mnie o dziwo, mimo, że wszystko co robił to podpisywał mi kartkę urodzinową. Poza tym jest spoko humorystycznym gościem, więc rozmowa z nim to sama przyjemność.&lt;br /&gt;Co do biblioteki, przez przypadek znalazłem w niej ciekawą książkę - był to album zdjęciowy składający się z fotografii znajdujących się na różnych fotoblogach na całym świecie. Dodano oczywiście trochę historii i powstała z tego naprawdę świetna rzecz. Poza tym, oglądałem też wspaniały album, który był jakby linią czasu ludzkiego życia. Ciekawą rzeczą w nim było, że znajdowało się w nim kilka interesujących porównań. Na jednej stronie np. cały rząd Chińskich pracownic przy maszynach do szycia, a z drugiej podobny rząd kasjerek w Polskim markecie. Przerzucamy stronę a tam Russia i puste półki sklepowe. No po prostu nie mogłem uwierzyć własnym oczom szczególnie, że album był całkiem nowy. Oczywiście mały podpis pod lekko kompromitującym zdjęciem zaraz prostował, że to byłe już czasy. Nie zmienia to faktu, że wypadliśmy na tym tle jak kraj z Azji daleko zachodniej. Możemy być dumni. A propos geografii muszę stwierdzić, że Anglicy z, którymi mam styczność wiedzą gdzie leży kraj nad Wisłą i nie strzelają tekstów w stylu: "The Netherlands? Aaa, It's in Amsterdam, isn't it?"&lt;br /&gt;W ciągu weekendu przeżyłem jeszcze jedną ciekawą historię. W sobotę wybrałem się na kawkę z Węgierską znajomą. Okazało się, że przeżyła niemiłą przygodę gdyż ktoś jej buchnął ID krajowe i studenckie oraz klucze w klubie. Widzę, że dziewczyna lekko podłamana no to zaraz zaczynam działać. Najpierw lecimy do klubu, proszę, ID studencie jest. Jeden problem z głowy. Potem idziemy na policję. Wprawdzie jakkolwiek polubiłem ten kraj, nie wierzę, żeby cokolwiek zrobili w związku ze zgubionym dowodem. No ale dla formalności, troszkę większego spokoju koleżanki no i ewentualnie gdyby ktoś go chciał oddać na posterunek, będzie już jakaś informacja. Komisariat wielki jak na koniec świata i jeszcze dalej. Recepcja czy jak to nazwać, malutka za to. Podchodzimy ładnie do okienka i zacząłem rozmawiać z panem starszym policemanem. Mówię mu, że portfel itd itd. Wprawne oko zauważy, że powiedziałem portfel. No więc popełniłem błąd. Zdarza się. Pan się pyta czy widzieliśmy kto ukradł portfel. Mówię, że nie ale, że został wyciągnięty z kurtki, która została stracona z oka na 5 minut. Pan mówi - w takim razie został zgubiony. No dobra, niech tak będzie. Pyta się jak wyglądał portfel. Wtedy się strzeliłem w łeb i mówię mu, że pomyliłem się, to były tylko dokumenty, on do mnie, że nie nie nie. Jak wyglądał portfel? To ja ponownie: Sir, i cała gadka, ale on już wjeżdża ze swoim. Wyciąga portfel, pokazuje mi go do okienka i mówi: wallet, waaaaaaleeeeeet how... ale wtedy już ja mu przerwałem. Nie wiem czemu ale złożyłem ręce do modlitwy, powstrzymałem się od śmiechu i mu tłumaczę, że go naprawdę rozumiem, i wiem o co mu chodzi, ale, że z rozpędu powiedziałem portfel a tam był tylko ID i klucze. No teraz zaczaił nareszcie. Zobaczył jeszcze jak wyglądały klucze i dał jakąś kartkę z parametrami zgłoszenia. Ciężko być uważanym za debila w takich miejscach. Ale co przygoda moja, to moja.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;- You're drunk.&lt;br /&gt;- You're sexy!&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-913464679979009539?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/913464679979009539/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=913464679979009539' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/913464679979009539'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/913464679979009539'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2008/11/58-days-on-battlefield.html' title='56 days on the battlefield'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-4789805953012320765</id><published>2008-10-29T20:31:00.000Z</published><updated>2008-11-08T12:21:38.211Z</updated><title type='text'>50 days on the battlefield</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Wczoraj po 5 godzinach w ciemni miałem 3 zdjęcia. Dobrze, chociaż, że jestem z nich zadowolony bo bardzo bym się wkurzył gdyby po takim czasie kombinacji i ulepszeń nic by z tego nie wyszło. Za to moja wykładowczyni fajną rzecz mi powiedziała. Kiedy walczyłem z jednym zdjęciem, i po drugiej godzinie nie osiągnąłem satysfakcjonującego efektu, powiedziała, że może sobie zeskanuje i je ulepszę w Photoshopie (na projekt i tak potrzebuję analogowe, ale tak dla siebie chociaż). No ja, że chętnie i się zapytałem czy w sekcji fotograficznej, w pomieszczeniu o nazwie IT center są skanery bo w sumie tam nie byłem. A ona, że tak, i że chciała nam dopiero w drugim semestrze zrobić zapoznanie z tym sprzętem ale jak ją za tydzień poproszę to mnie wprowadzi i się będę mógł tym bawić. W tym momencie się domyśliłem, że jej chodziło o skanery do negatywów, a nie o zwykłe, o których ja myślałem.  Tak więc bardzo się cieszę bo będę mógł wrzucić na kompa swoje ulubione fotografie. Zostało zadane mi ciekawe pytanie -  w czym zdjęcie brudnego kibla jest lepsze od fotografii pszczółki na wielkim zbliżeniu. To jest oczywiście taka metaforka bo wiadomo, że owad też pewnie zostanie do galerii wzięty tylko, że jak ktoś go zobaczy to powie: "ja ale dobre zdjęcie" no i jest to jak najbardziej trafne spostrzeżenie. Problem tylko w tym, że aby zrobić taką fotografie trzeba mieć tylko dobry obiektyw tak naprawdę i można mieć jakieś automatyczne body które za nas wszystko policzy. Teraz trochę cierpliwości, statyw i już mamy pszczółkę. Natomiast mało kto, przechodząc obok brudnego metaforycznego kibla zauważy w nim obiekt do zdjęcia a tak naprawdę może on przedstawiać dużo więcej niż piękna pszczółka. Idzie się w nim doszukać np. przesłania do szarości życia, brud jako problemy, kibel jako coś nieudanego, codzienne niepowodzenia, brak ambicji, niechęć do wszystkiego plus odbicie tych cech w skali globalnej a to daje jeszcze więcej możliwości interpretacyjnych. Oczywiście zdjęcie musi być odpowiednio wykonane. Problem z takim zdjęciami jest tylko taki, że pszczółka pewnie każdemu się spodoba ale nie każdy zrozumie przesłanie toaletowej filozofii. Ja na szczęście jeszcze tak głęboko nie wchodzę w kombinowanie aby moich zdjęć nie dało się zrozumieć, jednak udaje mi się ukryć w nich trochę własnej interpretacji. Mam nadzieję, że udało mi się to trochę rozjasnić. Jeszcze jedno. Nie przekonuje do tego, że pszczółka jest słabym tematem na zdjęcie. Zapewne sam chętnie bym takie zrobił. Mówię tylko, że to są inne działy fotografii i na wspomnianych wcześniej zajęciach, tym konkretnym się nie zajmujemy.&lt;br /&gt;Jestem z siebie mega dumny. Dzisiaj jak była ta prezentacja, mieliśmy pełno problemów. Najpierw nie działał nam power point, no to się podłączyłem do swojego laptopa bo dzięki temu, że zapomniałem wydrukować swojej  kartki musiałem go wziąć ze sobą, żeby z niego czytać. To nas uratowało. Jak podłączyłem kabel i przełączyłem monitory to mi walnął open office i musiałem go włączyć jeszcze raz a jak to robiłem to oczywiście tapetka z moim kotem wyskoczyła. Dobrze, że zdjęcie jest nieźle zrobione bo poza śmiechami, ale jakże pozytywnymi, na pewno nie jednemu się podobał. W tej fali uśmiechów zaczęliśmy prezentację. Niestety moi partnerzy byli bardzo przejęci a ja, chyba tylko dzięki maturze ustnej, miałem jakaś wprawę w takich przemówieniach więc pełen odwagi z lekko drżącymi rękoma wjechałem ze swoją gadką. Wszystko powiedziałem nie tak jak sobie zaplanowałem ale nie ma problemu bo to co chciałem to przekazałem. Ludziom się chyba podobało, a na końcu poruszyłem wszystkich do wspólnej konwersacji. Chyba moja pewność siebie się najbardziej spodobała, dostałem pełno kciuków potem, co nie ukrywam, napawało mnie lekką dumą, którą właśnie tutaj prezentuje. Ale i tak najlepszy komentarz: „Your accent is really sexy” Niahaha. No to teraz już jestem zadowolony z tego dnia a on się dopiero zaczyna. Wieczorem jest potężna impreza a jutro Halloween, które tutaj jest obchodzone bardziej niż gwiazdka. Wojna zaczęła się już tydzień temu i można tu zobaczyć niezłe pokazy fajerwerków. To na razie tyle.&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-4789805953012320765?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/4789805953012320765/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=4789805953012320765' title='Komentarze (6)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/4789805953012320765'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/4789805953012320765'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2008/10/53-days-on-battlefield.html' title='50 days on the battlefield'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>6</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-1305202757076208009</id><published>2008-10-28T20:58:00.000Z</published><updated>2008-11-08T12:21:13.121Z</updated><title type='text'>49 days on the battlefield</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Dzisiaj spadł pierwszy śnieg. Wielkie płatki zahipnotyzowały mnie za oknem wpędzając w nostalgię i natłok wspomnień. Nagle mój komputer zawalony czekającą na mnie robotą przestał przesłaniać mi wszystko i myślałem tak sobie o wszystkich osobach na których mi zależy i których nie chcę stracić. Tutejsze samodzielne życie ma wiele plusów, ale chciałbym czasem wprawić w histeryczny śmiech mojego bracholka czy posiedzieć na dworze z przyjaciółmi, którzy wiedzą o mnie tak wiele, że nie musimy wymienić słowa, aby miło spędzić czas. Niestety/stety w oczy świeciła mi prezentacja którą będę w czwartek przedstawiał i oderwała od smutnego zamysłu.&lt;br /&gt;Proszono mnie abym umieścił swój plan zajęć. Proszę, więc, bardzo.&lt;br /&gt;Najpierw wspomnę, że wszystkie zajęcia trwają po 3 godziny i mam tutaj 4 moduły co daje wydawało by się raptem pół dnia zajęć w tygodniu. Pozory jednak jak wiadomo mylą i wcale nie jest tak, że tylko tyle czasu spędzam w szkole.&lt;br /&gt;Poniedziałek zaczyna się od tego, że przeważnie koło godziny 10 idę do ciemni. Ilość zdjęć i projektów które mamy do zrobienia jest naprawdę duża więc jest co robić. O godzinie 14 zaczynają mi się zajęcia zwane: "Photography: Visual Language and Creative Practice" Na tych zajęciach przeważnie pracujemy w studiu i ciemni razem z naszym tutorem, który patrzy na wszystkie nasze zdjęcia i pomaga nam je ulepszyć. Bardzo przydatne to jest, ponieważ rozmawia z każdym osobiście i do każdego podchodzi personalnie więc rady, które nam mówi są naprawde pożyteczne. Poza tym to właśnie on wprowadza we wszystkie techniczne aspekty zdjęć.&lt;br /&gt;We wtorek o 10 mam: "Research and Study Skills in Art&amp;amp;Design". Te zajęcia może nie należą do najbardziej ciekawych ale są bardzo przydatne. Trwają tylko pół semestru ale wiedza z nich będzie potrzebna do końca. Pokazują nam na nich ogromną ilość różnych niesamowicie użytecznych baz danych, wyszukiwarek, słowników i systemów akademickich. Dzięki tym zajęcią mamy dostęp do wszystkich bibliotek w Anglii, do zbiorów gazet w formie elektronicznej i papierowej od roku 1920, Encyklopedii Oksfordzkich, genialnego thesaurusa który rozrysowuje wielkie "mind-mapy" itd itd. Wydawało by się, że to przecież można machnąć w jeden dzień i po zabawie. Też tak myślałem i nawet wspomniałem o tym w jednym poście. Tak się składa, że te systemy są bardzo rozbudowane i można naprawdę pogubić się w gąszczu oznakowań naukowych, ścieżek dostępów i innych tym podobnych. Dzięki tym zajęciom dowiedziałem się między innymi, że za 50p mogę sobie z Londynu zamówić jakikolwiek artykuł z ich systemu i mi przyślą jego fotokopie, albo pokazano nam jak zbudować naprawdę super web-folio w internecie. Tzn. cały czas je tworzymy ponieważ będziemy go używać do końca gdyż tam właśnie publikuje się wszystkie elektroniczne projekty. Poza tym, jest to system używany w całej Anglii więc wrzucenie linka do swojego CV jest jak najbardziej wskazane. Są tam też referencje od wykładowców i cała masa innych bajerów które można sobie tam wrzucić. Tego dnia po zajęciach przeważnie piszę eseje które tutaj muszę zdać. Jest z tym trochę roboty bo muszę dużo źródeł tam wrzucić więc się siedzi w bibliotece.&lt;br /&gt;Środa to ulubione zajęcia gdyż są to: "Location, Studio and Darkroom Workshop Practice" Na nich oczywiście robimy to co w tytule. Od jutra zaczynamy profesjonalną obsługę studia na co nie mogę już się doczekać. W środy przeważnie też siedzę w ciemni do 5 aż mi jej nie zamkną. Wywołanie dobrego zdjęcia jednak zajmuje trochę czasu. Wywołanie bardzo dobrego zdjęcia, to wiele kombinacji a jak coś się zrobi nie tak, to niestety nie można sobie nacisnąć "ctrl + Z" i poprawić błędy, tylko się jedzie od nowa.&lt;br /&gt;W czwartki mam ciekawe zajęcia o nazwie: "Photography: Presentation and Crytical Analysis" Na nich uczymy się jak zaprezentować swoje zdjęcia, jak je interpretować i dlaczego fotografia brudnego kibla, zostanie umieszczona w galerii sztuki a osa na zbliżeniu 16 bilionów razy nie. Pokazują nam też, jak dobrze pokazać swoje zdjęcia i jak zwrócić na nie uwagę. Podobają mi się one, bo dzięki nim zmieniłem troszkę nastawienie do całego tematu. Zacząłem szukać głębszych znaczeń w swoich zdjęciach, jednak oczywiście nie przesadzając. Mam super pomysł na swój projekt semestralny do tego przedmiotu. Jeśli wyjdzie mi to, będę bardzo zadowolony. Po nich, przeważnie chodzę trzaskać fotki. Podobnie w piątek. W weekendy niestety mam zamknięte pracownie więc koncentruje się na zdjęciach i pracach. Tak więc mija mi tydzień. W żadnym wypadku nie chcę się tutaj kłócić kto się więcej uczy, niczym niezniszczalni opisowcy na gadu wyrażający jak to oni są bardziej zapracowani od innych. Nie chcę tylko, żeby ktoś sobie pomyślał, że jak mam 12 godzin zajęć to siedzę na tyłku i się obijam. Tak naprawdę większość pracy wykonuje poza lekcjami. Nie ukrywam jednak, że sprawia mi to ogromną przyjemność i uczę się tego co kocham tak więc nie liczy się tutaj zupełnie tego czasu.&lt;br /&gt;Pierwszy semestr opiera się głównie na analogowej fotografii. Na drugim zaczyna się photoshop i cała fajna zabawa. Niestety jednak widziałem czego uczono na tych zajęciach i mam nadzieję, że tak jak od zera, w dwa tygodnie, przeszli do profesjonalnych zagadnień we wszystkich analogowych, 35mm tematach, tak samo będzie z tym przedmiotem. Mam też nadzieję, że tak jak zadziwili mnie ogromem przekazanych mi informacji, tak samo z tym zrobią.&lt;br /&gt;Poza tymi zajęciami jest jeszcze masa wykładów, spotkań i wystaw. Tak np. dzisiaj sobie poszedłem na ciekawą prezentację pod tytułem: "Interactive Picture". Naprawdę dobry profesorek opowiadał i swoich pracach, które polegały na kontakcie filmu z widzem tak więc to on, kierował wydarzeniami. Bardzo różnorodne miał swoje prace, poczynając od dotykowych ekranów na których zmieniało się przekaz filmu, poprzez kamery wychwytujące zachowania publiczności i kierujące akcją, kończąc na prostych ale ile radości przynoszących, filmach w których publiczność dźwiękami zmieniała bieg wydarzeń. Wszystkie jego dzieła była bardzo złożone w swoim przekazie, dlatego i zachowania ludzi były rożne ale i także badaniem tego, profesorek się zajmował. Na wykładzie znajdowały się też osoby, które tłumaczyły wszystko na język migowy. Musze przyznać, że bardzo ciekawie wyglądał gościu, który miał kamienną twarz przez cały czas kiedy się nie odzywał, i nagle machał jęzorem pokazując sikający wąż z wodą czy przechylał się na krześle udając sanki. Byłem naprawdę pełny podziwu dla tych ludzi. Zauważę przy okazji, że chyba całe Wolver jest przystosowane dla niepełnosprawnych. Wszędzie można tutaj znaleźć pomoc dla ludzi na wózkach ale także dla osób niesłyszących czy nie widzących.&lt;br /&gt;Ostatnio idąc po mieście moim oczom rzuciła się w oczy, szyba dewelopera nieruchomości. Ceny domów w stosunku do ich wyglądu i wyposażenia są naprawdę korzystne. Wychodzą taniej niż akademik. Burza myśli przeszła mi przez głowę, łącznie z marzeniami z kim bym mógł tam zamieszkać.&lt;br /&gt;Jedna refleksja a propos Anglików. Mam wrażenie, że nie są najlepszymi kierowcami, ale jedno trzeba im przyznać. Przepuszczają pieszych. Naprawdę nie trzeba długo czekać na przejściu bo robi to dużo osób i co ciekawe, nie tylko ustatkowane głowy rodziny, ale także ziomy w bmw. Poza tym zauważyłem ciekawą rzecz. Kiedy przechodzę i mnie przepuszczają samochody z obydwóch stron, to jak już minę tego pierwszego, to nie przejeżdża mi po ogonie, jak to sie u nas dzieje, ale czeka aż zejdę z przejścia, jak to jest napisane w przepisach. Może akurat tak mi się trafia i nie jest to cecha, ale jak na razie mam to szczęście i podoba mi się to bardzo. Ale jedną rzecz mają porąbaną według mnie. Prawie w każdym miejscu na ulicy, można tutaj stanąć i zostawić samochód. Jest to niesamowity widok kiedy wieczorem na przydomowych alejkach nagle tworzą się ciasne jednokierunkówki z samochodami jadącymi w obydwie strony.&lt;br /&gt;To tyle na razie z moich wspomnień. Jak mi się przypomni co jeszcze chciałem spisać to to zrobię. Dodałem też kilka zdjęć więc oglądajcie i sami też coś napiszcie czasem.&lt;br /&gt;Peace!&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-1305202757076208009?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/1305202757076208009/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=1305202757076208009' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/1305202757076208009'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/1305202757076208009'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2008/10/51-days-on-battlefield.html' title='49 days on the battlefield'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-6055829932888318913</id><published>2008-10-11T01:43:00.000+01:00</published><updated>2008-11-08T12:20:33.731Z</updated><title type='text'>31 days on the battlefield</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Nadszedł kolejny fascynujący weekend po fascynującym tygodniu. Wtorkowy wykład był czymś niesamowitym. Jak debili uczyli nas obsługiwać różne, przydatne, nie powiem, strony internetowe. Mi to wystarczyło, że dali nam listę linków i jazda, a babka wszystko jak dzieciom tłumaczyła. Stronki super, bo jako studenci mamy np, dostęp do niemożliwie ogromnej bazy magazynów, gazet, artykułów itp łącznie z jakimiś wydaniami arcy archiwalnymi z możliwością ściągnięcia na dysk z obrazkami itd. No i wyszukiwarka tego również jest bardzo genialna. Poza tym pokazała nam super tezaurusa który mi tu się na bank przyda. No i bardzo się cieszę ale po co udowadniać, że to rzeczywiście wyskoczy jak się słowo wpisze. Ludzie z przodu odwracali się z błagalnymi oczyma i szepcząc mówili: kill me, kumpel obok próbował się zasztyletować długopisem a z drugiej strony gościu dopieszczał napis: what the fuck??? Po południu poszedłem sobie wyrobić National Insurance Number. Przedtem jednak powędrowałem oddać kurtkę do naprawy. Po całym mieście mnie pogonili bo ta Pani to już nie robi a ta druga jest zupełnie gdzieś indziej. Ale przynajmniej połaziłem i zobaczyłem trochę. Jak już trafiłem to miła starsza kobietka wywaliła mi cenę 28 funtów. W trakcie jak reanimowałem się na ziemi, myślałem ile za chwilę jedzenia oddam. Za 28 pounds spokojnie tydzień sobie wyżywam i nie wsuwam samego makaronu. Kupuje warzywa, owoce, i jem pełnowartościowe posiłki które właśnie wyciągnąłem z portfela i wymieniłem się za wszycie nowego zamka. Trudno. Stwierdziłem, że pogoda tutaj jest bardzo nieprzewidywalna i tak jak wtedy chodziłem w swetrze tak parę dni temu było mi w nim zimno a wczoraj w parku w t-shircie latałem. Z nożem w plecach stawiłem się grzecznie na spotkanie w job center. Insurance number jest przynajmniej za darmo i na całe życie. Budynek wypchany ludźmi jak cholera. Poinformowano mnie gdzie iść i pokierowałem się do spokojniejszej części. Tam zaprowadzono mnie jeszcze gdzie indziej i już za chwilkę przyszła po mnie miła Pani. Przeprowadziła krótki wywiad w którym przyznałem się, że zapomniałem listów z banku jako potwierdzenie mojego adresu. Już wkurzony na siebie szykowałem się, że zaraz będę musiał od nowa na spotkanie się umawiać a tu Pani do mnie, że nie ma sprawy. Usłyszałem jak jej przechodząca koleżanka rzuciła "od jutra przechodzę na polski". Zapytałem się czy dużo Polaków mają a ona mi, że tysiące ich przesłuchują. Nie dziwie się wkurzeniu koleżanki bo dużo się tam rodaków znajduje którzy na bardziej uprzejmą strukturę pytania jak masz na imię odpowiadają: "fünfundvierzig", i nie wpadną na pomysł, że sobie załatwić tłumacza jak jeden rozsądny obywatel. Smutny to obrazek niestety. Tendencja ta na szczęście się zmienia i tylko ja tak trafiłem pewnie.&lt;br /&gt;Drugi raz w życiu przydarzyło mi się zaspać do szkoły. Wkurzyłem się straszliwie bo akurat przespałem oczywiście dark room and studio practice. Nie wiem jak to zrobiłem bo moja syrena obudzi każdego ale coś mi świta w zakamarkach pamięci, że wstawałem i go wyłączałem. Wykorzystałem ten dzień na pranie i inne pożyteczne rzeczy a lekcję nadrobiłem kolejnego popołudnia. Rano jednak poszliśmy najpierw do galerii gdzie widziałem tak niesamowite obrazy, że ciężko jest uwierzyć iż to pędzlem malowane, a nie zdjęcie z efektem z Photoshopa. Gdy zapytałem się czy mogę robić zdjęcia byłem gotowy na to, że usłyszę z jakieś 5 funtów conajmniej. Pan za to, wyciągnął liste, poprosił abym się na nią wpisał i dał mi czerwoną kropeczkę do przyklejenia w widocznym miejscu. To wszystko. Już mogłem trzaskać foty. Potem dostaliśmy kolejny projekt grupowy i nagle się zorientowałem, że tego się sporo zaczyna robić. Ale pracuję już nad niektórymi więc nie ma strachu, Kiedy poszliśmy do ciemni, klucz dostaliśmy ot tak, a co, i w ten oto sposób wywołałem sobie swój pierwszy film. Kosmos dla mnie. Po tylu latach cyfrowej zabawy muszę stwierdzić, że chyba nic mi nie sprawiło w fotografii więcej radości niż ten proces i to, że nagle, wow, moje zdjęcia od zera do tej postaci całkowicie samodzielnie. Radocha jak z lizaka. Następnie spędziłem ze Szkotką dwie godziny w parku trzaskając fotki. Wieczorem (albo to było dnia poprzedniego) poszliśmy do miejsca które wywoła uśmiech na twarzy niektórych osób. Mianowicie, odwiedziłem jaskinie wszelkiego zła, widziałem to, co nazywa się najgorszym z możliwych określeń i dałem się wciągnąć w ten straszny świat bawiąc się świetnie. Byłem w Babilonie. Pub w stylu muzyki lat 90-tych z częścią klubową po 10pm. My zjawiliśmy się dużo wcześniej. Byliśmy chyba jedynymi klientami bo nagle wszyscy się ożywili a ochroniarz zadowolony rzucił, że studenci i przywitał się z każdym z nas (chmm a jak kobiety też były w tym gronie to jakiej formy słowa "każdy" powinienem użyć?) Po 10 jak już sporo osób się zeszło zobaczyliśmy fajną rzecz. Część klubowa była oddzielona od reszty szklaną, matową ścianą. Dj puścił muzę, a jakieś dwie babki tańczyły pokazując tylko swój cień. Jakoś im tam to wychodziło, inna osoba z obsługi odsunęła szklaną przegrodę i tu niestety kicha. Dwie seksowne z cienia dziewczyny okazały się dwa razy większe niż w rzeczywistości. No, cóż. W teatrze też wykorzystują takie numery. Francuzki poszły do [cyt.] pokoju kobiet [ladies room] a obok nas pojawiły się jakieś Angielki. Chciały zabrać mi z pod tyłka krzesło. Kiedy zszedłem żeby im je dać zaczęła się seria pytań, gdzie na moją odpowiedź, że z Polski usłyszałem radosne: KURWA! Niemcy też się ucieszyli bo słowo to, tak im sie spodobało, że sami go używają i już za chwilę wszyscy sobie wymieniali najstarszy zawód świata. Wróciły Paryżanki i je wryło. Odeszły na trzy minuty i już je zastąpiliśmy. To oczywiście była ich wersja. Dosiadły się, pogadaliśmy wszyscy, i nagle krzesło okazało się nie potrzebne.&lt;br /&gt;Przypomniało mi się coś ciekawego. Dowiedziałem się od studenta architektury i inżynierii, że zamierzają zburzyć całkiem nowy budynek hali sportowej i students union. Ich kierunek dostał za zadanie natomiast zrobić projekt nowej konstrukcji. Coś niesamowitego biorąc pod uwagę fakt, że on ma bodajże 6 lat i z zewnątrz jest ładny a jedyne remonty mogli by robić w środku. Ale co się będą Lepiej od razu nowy postawić. Mi tam pasi takie myślenie.&lt;br /&gt;Dzisiaj kiedy siedzieliśmy sobie wieczorem w parku spotkaliśmy gościa, który zasuwał na rowerku, z wielkim dzwonkiem, i ogłaszał w ten sposób zamknięcie przybytku. Niesamowity oldschool, który bardzo mi się spodobał.&lt;br /&gt;Jutro idę walczyć o posadę Caterringowca a wieczorem uderzamy w nieznane.&lt;br /&gt;Na Picassie są nowe zdjęcia łącznie z jedną piękna modelką na jakimś dopingu bo nie mogłem nadążyć za nią jak wskakiwała i wyskakiwała z krzaków, drzew i śmietnika.&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-6055829932888318913?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/6055829932888318913/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=6055829932888318913' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/6055829932888318913'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/6055829932888318913'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2008/10/33-days-on-battlefield.html' title='31 days on the battlefield'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-4068653581924952164</id><published>2008-10-06T00:46:00.001+01:00</published><updated>2008-11-08T12:18:54.119Z</updated><title type='text'>26 days on the battlefield</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Impreza była bardzo udana. Gra niezwykle ciekawa. Rano jak z grubsza policzyłem to zrecyklowaliśmy ponad 70 piw i inne butelki. Wiem, że w tym momencie moja mamuśka na pewno jest przesiąknięta obawami, ale nie martw się. Jestem rozsądny (dobra dobra, wcale mnie nie ruszają wasze śmiechy) Poranny jogging był wprost proporcjonalny do poziomu imprezy, dlatego radziliśmy sobie wspaniale. Niedziela minęła całkiem ciekawie. Głównym powodem tego była niesamowita wieź jaka wytworzyła się między mną a resztą ekipy. Obudziłem się dość późno i po szybkim śniadaniu polecieliśmy z Zanyia rozdawać kolejny milion kopii naszych błagających o pracę cegiełek. Jeśli w jakimś sklepie w Wolver spytacie czy mnie znają na bank znajdą mnie w stercie swoich ciwików. Co ciekawe, w niektórych sklepach powiedziano nam, że już zamknęli szukanie na okres świąteczny. W innych natomiast jeszcze nie szukają. Potem polecieliśmy do biblioteki. Postanowiłem zrobić jakieś researches odnośnie mojego eseju. Szukałem sobie ładnie książek i nagle w ręce wpadł mi album zdjęć Pulizera. Przesiedziałem ponad godzinę na podłodze (bo tak mi było wygodnie) zapominając o całym świecie i oglądając niesamowite i przerażające zdjęcia. Kilka razy naszła mnie myśl, że co ten baran robił z aparatem zamiast pomagać czy cokolwiek. W niektórych sytuacjach oczywiście było to niemożliwe, pewnie w większości z nich, ale trzeba mieć śmiałość, żeby strzelić takie zdjęcia. Przerażał zamrożony moment kiedy dwoje dzieci spadało z balkonu który się zawalił w trakcie pożaru, a ich twarzach malowała się śmierć. Jednak widok czarnego działacza, który w trakcie swojego marszu o równouprawnienie został postrzelony przez fanatycznego, chrześcijańskiego dziadosza (nie ma tu ironii. Każde zdjęcie przyświecał artykuł mu poświęcony) a teraz leżał na ulicy z jedną ręką wyciągniętą o pomoc, drugą na zakrwawionej nodze i miną przeszytą ogromnym bólem dawał wiele do myślenia. Kiedy się na to patrzyło aż samemu odczuwało się minimalnie cierpienie jakie on przeżywał. Ale pierwsze pytanie jakie mi się w głowie pojawiło, to co ten kretyn fotograf robił w tym momencie. Jaki tupet miał, żeby fotografować człowieka w takim cierpieniu. Dopiero po przeczytaniu długiego artykułu, dowiedziałem się, że dziadek na swojej krucjacie nie poprzestał na jednym strzale. Wtedy zrozumiałem czemu nie wyleciał go ratować ale i tak w głowie miałem moralne strony tego czynu. Nie wiem czy ja bym był w stanie w takim momencie robić zdjęcia. Wiem, że na pewno jest to kwestia wprawy zawodowej ale wyglądało to wszystko strasznie tragicznie. Poza tym, oczywiście była cała masa innych. Wśród nich pojawiło się może jedno, może dwa radosne ale i tak nie całkowicie, bo widok rodziny biegnącej na spotkanie ojca - żołnierza wracającego z wojny, na pewno jest pocieszający, ale z drugiej strony wiadomo, że nie był on na wczasach. Dużo przemyśleń ta książka we mnie wywołała. Później zająłem się swoim projektem. Tak więc oglądnąłem kolejną masę obrazów z pierwszej i drugiej wojny światowej. W trakcie drogi powrotnej zobaczyłem na parkingu pełno gości na BMXach. Zatrzymałem sie na chwilę, pomyślałem o książce którą przed chwilą widziałem i poszedłem za nimi. Zapytałem się czy mogę im trochę zdjęć porobić. Zgodzili się bez problemowo i zacząłem trzaskać fotki. Kiedy przenieśli się do innego miejsca udało mi się zrobić kilka, myślę całkiem ciekawych. Wrzuciłem jedną która mi się podoba. Apropo Pulizera to uchwyciłem też gościa, który jadąc rowerkiem po poręczy ześlizgnął się z niej i spadł na swoje nutz. Zabolało to wszystkich oglądających którzy wyrazili to w chóralnym ouuuu. Ciekawą sprawą było, że filmowało to wszystko dwóch gości z dużymi kamerami HD i jeszcze robił zdjęcia facet z, jeśli dobrze zauważyłem Nikonem d200/300 z gripem i dwoma lampami na statywach. Zamienię teraz te nazwy na wartości liczbowe: 4215 + 1209 + 971 + 649 + 649 = 10 milionów złotych. Taki zestaw zebrałem szybciutko sprawdzając ceny według najtańszych propozycji. Ale w końcu nie to się liczy. Jak wróciłem to rozegraliśmy partyjkę kultowych Wormsów a następnie popędziliśmy do Francuskich koleżanek gdyż coś tam dla nas gotowały. Przyrządziły nam naleśniki ale nie były takie jak nasze Polskie. Ogólnie nie przepadam za tym uwielbianym daniem ale te były jakieś inne. Ciasto miało specyficzny smak. Były ich dwa rodzaje bo jedne były puszyste i wyglądały jak ciastka. Ważne jest jeszcze kto gotuje bo w Polsce też mi raz smakowały. W ciągu tego wieczora uśmialiśmy się tak bardzo, że zmieniliśmy swój kolor na czerwony. Należy podkreślić, że poza lampką wina nie było tam alkoholu. Nie przytoczę oczywiście, żartów które tam padały bo tak się nie da ale mogę wspomnieć co je powodowało. Np. wymyślaliśmy do jakiego miasta w weekend pojechać. Kiedy już wybraliśmy Robin Hoodową dzielnie, zaczęło się szukanie najtańszych środków transportu no i Julienne zaproponowała, że może wypożyczymy samochód. Ile teraz się posypało tekstów, przez które spadałem z krzesła to się nie da zliczyć. Sam też zresztą zostałem metaforycznie wyproszony z pokoju za swoje ironiczne docinki. Dobrze, że rozsądek męskiej strony wziął górę (ciekawie to brzmi). Mieliśmy też okazję zobaczyć co to telewizja prawdziwe cyfrowa. Przede wszystkim numer kanału siegał tu czasem 800 a ilość tematycznych dziwadeł była niezliczona. Oni mają tam wykupiony jakiś uboższy pakiet ale nie przeszkadzało to aby znalazło się tam z 300 kanałów erotycznych. Oczywiście trzeba było zapłacić aby takowy oglądnąć a wystarczy tylko nacisnąć guziczek na pilocie i już leci 5 funtów.&lt;br /&gt;I got and idea... an idea so smart my head would explode if I even began to know what I was talking about.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-4068653581924952164?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/4068653581924952164/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=4068653581924952164' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/4068653581924952164'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/4068653581924952164'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2008/10/27-days-on-battlefield.html' title='26 days on the battlefield'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-4850753473063681542</id><published>2008-10-04T03:37:00.000+01:00</published><updated>2008-11-08T12:18:37.776Z</updated><title type='text'>24 days on the battlefield</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Przypomnienie sobie wszystkiego co wydarzyło się w ciągu tych 5 dni będzie ciężkie. Zacznę spisywać co ciekawsze przemyślenia na kartkach lepiej bo z tego co wiem miałem ich sporo nawet a teraz oczywiście nic mi w głowie nie zostało. Dobra to próbujemy. Niedziela. Nie pamiętam nic. A nie, przypomniała mi się jedna rzecz. Poszliśmy sobie biegać i akurat wtedy przydarzyło nam się zmoknąć po angielsku. Wcześniej jednak miałem wpaść do facetów na śniadanie. Zwlekłem się rano (10 00) ledwo z łózka i poszedłem do nich a tam kurde wszyscy śpią. Ale się wkurzyłem nieziemsko. Wróciłem zjadłem sam śniadanie a potem pół dnia im wypominałem, że się budzę po 15 minutach snu, żeby podzielić się z nimi chlebem a tu co. Tak żartobliwie oczywiście. Tereny do joggingu tu są super, bo kilka wielgachnych parków, tak więc biegało się genialnie i nawet nie zauważyliśmy jak nam zleciała ta godzina. Jedna śmieszna rzecz. Przebiegaliśmy przez ulicę i w którymś momencie się zorientowałem, że ja w prawo patrzę, czyli źle. Odwracam głowę w lewo a tam samochody jadą. Zagrożenia zdrowia nie było i nie skończyłem niczym w słynnej scenie z filmu "Meet Joe Black". Dobrze jednak, że sobie wyrobiłem odruch patrzenia w obydwie strony ale jest tu jedna super rzecz na przejściach. Mianowicie przed jezdnią piszą "look right" lub w drugą stroną. Świetna sprawa dla zamyślonych samobójców. A jeszcze jedno. Jak wlecieliśmy do jednego parku zajętego przez co najmniej milion kaczek, gołębi, wiewiórek i niedźwiedzi musieliśmy ostro walczyć, żeby żadnej nie kopnąć bo na bank cała ta reszta by się rzuciła na nas. Był jeszcze jeden problem. Chcąc zakosztować biegu obok sporego stawu nie wzięliśmy pod uwagę, że to całe towarzycho gdzieś przecież się wypróżnia. No a czy chodnik po którym chodzą matki z dziećmi nie jest najlepszym miejscem? Oczywiście, że tak. Była to iście gówniana sprawa. Pierwszy raz w życiu poślizgnąłem się na kaczo-gołębio-łabędzio-wiewiórczej kupie, a że stało się to podczas szybkiego biegu, to pojechałem z 10 metrów nie mogąc się zatrzymać bo już wjeżdżałem na następną. Dziwne to jest, że naród który mi 6 razy w tygodniu strzyże trawnik pod oknem nie sprząta tych, właśnie. Chociaż w sumie może to robią bo są tam jakieś budki ze sprzętem ale w sumie przy populacji ptaków większej niż ilość ludzi w Wolver może to być trudne. Potem już nie pamiętam co się działo niestety. Kurde a na bank coś było bo po powrocie z Liverpoolu gdzie byliśmy we wtorek chciałem się rzucić do kompa i wszystko spisać ale mi się odechciało ze zmęczenia. Trudno. Jeśli mi się przypomni to będę dopisywał do tego posta i wrzucę w tytule upgraded czy coś. Poniedziałek. Cóż. Zaczęło się od tego, że wstałem sobie jak chciałem bo zajęcie dopiero po południu. Poszedłem na śniadanie do ziomków i tym razem chłopaki wstały. Poleciałem na zajęcia i najpierw pół godziny szukaliśmy wykładowcy. Jednak tutaj jest genialna sprawa jeśli o to chodzi. Najpierw się idzie do nich do pokoju i patrzy czy tam ich nie ma. Jeśli są to nie ma problemu, żeby z nimi pogadać i nie trzeba czekać na ich łaskę. Natomiast jeśli ich nie ma to można chwycić do ręki słuchawkę telefonu znajdującego się tuż obok i wykręcić podany tam numer swojego zaginionego. Nie wiem w sumie czy to ich prawdziwe numery, czy jakieś które oni noszą tylko na uniwerku, ale działa. Zajęcia mieliśmy w studiu i zaczęliśmy od omawiania pomysłów na projekty. Kiedy Fracher usłyszał mój powiedział mniej więcej tak "Wiesz, że możesz czekać 2 lata zanim uda Ci się zrobić takie zdjęcia" Wiem. "Wiesz, że będziesz potem musiał mnie jeszcze przekonać, że to ma związek z seryjnością tematyczną i nie wystarczy mi zwykłe "bo są podobne"" Wiem. "W porządku" No to jak już sobie wybrałem pomysł podobny do tych które sławni fotografowie wykonują przez pół swego życia, to teraz zamieszkam na ulicy i będę polował na swoją szansę. Potem zrobił nam przerwę i poszliśmy wypożyczyć aparaty. Gościu w magazynie okazał się jeszcze milszy niż w swojej prezentacji. Dał mi pięknego nikona z porządnym obiektywem, powiedział, że nie ma sprawy aby wypożyczyć teleszkła do projektu jak i również stwierdził, że bez problemu możemy oddać sprzęt później ze względu na wycieczkę. Ogólnie tu się wypożycza aparaty na 24h a jak się chce dłużej to potrzebny jest tylko podpis wykładowcy i nie ma problemu. Wróciliśmy i znowu niestety były straszne podstawy bo Fracher chciał innych przygotować do zrobienia czegoś fajnego na wycieczce. Okazało się, że połowa grupy która w temacie jest trochę bardziej wyedukowana też już się zdeka bulwersuje no ale to ma być już końcówa takiej nauki. Mimo wszystko dowiedziałem się jednej ciekawostki i jednej bardzo przydatnej rzeczy no bo od dziecka latam z cyfrówkami a pierwszy semestr to same analogi są. Dobra. Dom, obiad i nie wiem co dalej. Wtorek to już wycieczka do Liverpoolu. Musiałem wstać o chorej godzinie (08 00 [tak wiem]) i wyruszyłem na spotkanie z miastem sztuki. Troszkę przeliczyłem się z temperaturą i gdyby nie Cypryjski kolega który zaoferował swoją bluzę bo sam miał inne rzeczy, na bank umarł był na śmierć. Wsiedliśmy do pięknego nowoczesnego autobusu, i okazało się, że na nogi mam tyle miejsca ile na kubek z kawą. Tragedia. Ani centymetra wolnej przestrzeni a wręcz było jej na minusie. Pół drogi gadaliśmy o różnych bzdetach a potem obydwoje padliśmy. Obudziłem się trochę mokry bo się ośliniłem jak spałem, nastawiłem sobie kark, przyszyłem nogi i zacząłem podziwiać widoczki. Wjechaliśmy już do Liverpoolu. Spotkaliśmy się z bardzo ciekawą rzeczą. Domy, które typowo wyglądały na przygotowane do rozbiórki, miały bardzo fajne i bardzo kolorowe dykty powsadzane w miejsce okien. I tak kilka ulic. Nadawało to im bardzo ciekawego specyficznego wyglądu i ze smutnych starych ruder robiło wręcz coś artystycznego. Przepchaliśmy się przez zatłoczone uliczki i wyrzucono nas w centrum. Pół godzinki czasu na co tam chcemy i lecimy z przewodnikiem. Poszliśmy z Cyprusem i całą szajką do pierwszego mega ciekawego budynku. Cały był w różnych kolorowych wzorach i ogólnie wyglądał bardzo oryginalnie. Wchodzimy, a tam w sumie nic nie ma tylko schody do piwnicy w której miało być więcej sklepów. Zeszliśmy z Cypryjskim kolegą (dobra, nie pamiętam jego imienia a w mailu go nie ma)na dół a tam cała fura wszelakiego rodzaju badziewia. Był to raj dla różnych oryginalnych subkultur. Dosłownie różnych bo można było spotkać sklep dla tych 88 z tablicy Mendelejewa i dla hipisów. Zrobiłem tam jedno zdjęcie i poszliśmy dalej. Wstąpiliśmy do wdzięcznie brzmiącego "Bazooka Fried Chcicken" czy jakoś tak. Fajne miał obrazki a byliśmy głodni. Zamówiliśmy po standardowym kurczako burgerze i dostaliśmy coś naprawdę pięknego. Wyglądało to mniej więcej tak, jakby facet wziął całą kurę, polał ją sosem, położył sałatę, i przełożył bułką. No takiego fileta to ja jeszcze nie widziałem. Dobra, może był z radioaktywnej hodowli kur w Czarnobylu, ale był cholernie dobry, i wyglądał też wyśmienicie. Potem do tutorów i jazda do jakiegoś centrum sztuki. Tam oglądnąłem najdziwniejsze przedstawienie bez aktorów w swoim życiu. Na scenie były wielkie balony przedstawiające ziemię w różnych regionach. Nad nimi wisiał szkielet z 4 rękoma na sznurkach. Przed sceną siedzenia pokryte jakimś materiałem i lampy w środku oświetlające coś co miało przypominać ludzi. To wszystko się napełniało powietrzem w jakiś sekwencjach, ręce na sznurkach się ruszały, lampy gasły i się zapalały. Jak już wymyśliłem jakieś wytłumaczenie tego to potem nasza Francuska przewodniczka powiedziała o co naprawdę chodziło i stwierdziłem, że to strasznie głupie. Potem byliśmy w najgenialniejszym pubie jaki widziałem aby oglądnąć tam na dużym ekranie jakiś film, również oczywiście artystyczny. Nic z niego nie wyniosłem. Ale nie tylko ja na szczęście. Następnie dziwna galeria z malunkami na ścianach przedstawiającymi nasze społeczeństwo i konsumpcjonizm. Całkiem ciekawa rzecz, chodź było to kilka obrazków po kopiowanych i w różnych sekwencjach. To też oczywiście miało sens ale chyba jednak wolał był zobaczyć ich więcej. Potem kolejny film. Jedyne co było w nim ciekawe to to, że był na 3 ekranach jednocześnie na których działy się inne rzeczy. Jeśli zdjęcie które tam zrobiłem mi wyjdzie, to będzie super. Potem zobaczyliśmy kilka ciekawostek jak katedrę, dziury w ścianach jakiegoś budynku przez które można było zobaczyć mieszkanie, przedziwną instalację, wielkiego pająka, na wielkiej pajęczynie, rozwieszonej pomiędzy małymi wieżowcami (to wcale nie było wieżowce tylko tak piszę, żeby nie powtarzać słowa budynek), pomnik śmierci (to było dziwne) i niesamowity budynek z wielkim wyciętym fragmentem ściany który się obracał tak, że w pewnym momencie był pod kątem prostym w stosunku do reszty. Potem znowu pół godzinki połaziliśmy i wróciliśmy wieczorem. Nie pamiętam czy coś robiliśmy ale pewnie tak no bo to w końcu akademik. Środa. To był wolny dzień ze względu na wycieczkę. Acha, w sumie nie wspomniałem, że nic za to nie płaciłem. Zaspałem rano bo mieliśmy z Zanyią rozdawać znowu swoje życiorysy na ulicy. Poleciałem oddać aparat. Spóźniłem się półtorej godziny. Pomrugałem ładnie oczkami i pan machnął ręką, śmiejąc się przy tym. Potem poszedłem rozdać kilka CV i miałem nadzieję, na machnięcie paru fotek. Minąłem starszego murzyńskiego dziadziusia który machał laseczką która miała go podpierać a służyła raczej do wyrażenia entuzjazmu. Nie zrobiłem mu zdjęcia za co byłem bardzo zły na siebie. Zostawiłem CV w sklepie z butami gdzie nieźle płacą jak widziałem w ogłoszeniu a potem w sklepie fotograficznym gdzie mam wielką nadzieję na pracę po czym zobaczyłem temat na jedno z 6 zdjęć które miały mnie kosztować pół roku pracy. Na ławeczce siedział sobie starszy pan, drzemał chyba, miał strasznie smutną miną. Obok niego leżała bardzo oldschoolowa waliza przewiązana sznurkiem a jeszcze dalej torba z napisem "carying about the future" tylko, że tyłem do mnie. Wyciągnąłem aparat, zebrałem się w sobie i poszedłem do niego. Niestety nie zareagował na żadne z moich "excuse me sir". W końcu się poddałem. Nie mogłem mu tak po prostu machnąć zdjęcia. Musiał by najpierw odwrócić tą walizę a poza tym nie chciałem być niegrzeczny. Jestem mega zły, że mi się to nie udało bo zdjęcie by było mega dobre. Wróciłem rozpaczać do domu. Potem już chyba nic specjalnego. Wieczorem zrobiłem pokaz naszego kultowego "Dnia Świra" z angielskimi napisami. Udało mi się znaleźć ich bardzo dobrą wersję tak więc dodałem tylko kilka komentarzy i film bardzo się podobał. Czwartek zaczął się od tego, że mieliśmy nudny wykład rano. Aż trudno mi w to uwierzyć ale naprawdę nic ciekawego z niego nie wyniosłem. Ale może dzięki niemu pełno nowych pomysłów mi wpadło do głowy z czego bardzo się cieszę. Teraz tylko potrzebuje studio, trochę węgla do pobrudzenia twarzy, kask górnika i będzie zajebiaszcze zdjęcie jeśli mi wyjdzie. Ale myślę, że graficy w szkole chętnie mi pomogą jeśli będę mieć problemy i będzie super. Swoją drogą siostra Cyprusa robi masters z grafiki i czegoś jeszcze tak więc zgłoszę się do niej w razie czego. Wieczorkiem natomiast zrobiliśmy sobie męski wieczór karciany. Nawalaliśmy ile wlezie w różne śmieszne gry. Jak dzieci czasem, wymyślając coraz to głupsze i śmieszniejsze wersje. Tymczasem jakiś Francuz obchodził urodziny i niezła impreza tam się odbywała ale wychodzili właśnie do miasta i zrezygnowaliśmy z tej przyjemności. Położyłem się do łóżka. Nagle w nocy budzi mnie mój telefon. Wkurzony jak cholera myślę co za debil do mnie dzwoni o tej godzinie. Nagle uświadamiam sobie, że przecież ja wyciszam telefon na noc. Kiedy świadomość zaczęła u mnie działać uświadomiłem sobie, że to alarm przeciwpożarowy. Otworzyłem drzwi, z korytarza sieknęło mnie po twarzy światło z małych słoneczek na suficie. Zobaczyłem, że wszyscy ode mnie już wychodzą i również poczłapałem na klatkę schodową.  Tam się okazało, że impreza Francuzów trochę wymknęła się z pod kontroli i któryś z nich nacisnął sobie guzik na panelu kontrolnym. Wszyscy wkurzeni wrócili do pokojów natomiast osobiście też się jakoś z tego nie cieszyłem ale trochę ubawu miałem w związku z tą sytuacją. Położyłem się do łóżka. Zamknąłem oczy, pomyślałem jak to miło tak w ciepłym wygodnym i dużym jebs alarm znowu. Ktoś się na dole wydarł ze wkurzenia i znowu wyczłapałem się ze swojego legowiska. Tym razem jednak kiedy zszedłem zobaczyłem, że na dole stoi pełno gości z obsługi tak więc musiałem wyjść na dwór. Godzina 5:30, zimno, a ja stoję na dworze w samych bokserkach i koszulce. Wychodzą inni, większość poubierana, ja niestety nie, bo nie pomyślałem, że będę musiał stać na dworze. Kilka osób również nie za ciepło ale jednak bokserek to nikt nie miał. Panowie bez pośpiechu sobie sprawdzali na maszynce gdzie alarm się rozpoczął czy coś. Frauke w którymś momencie wpadła na pomysł, że może powiem im, że u niej w pokoju śpi sobie jej nieprzytomna koleżanką. Gratuluję jej ilości alkoholu we krwi skoro alarm jej nie obudził a trzeba wziąć pod uwagę, że takowy znajduje się w każdym pomieszczeniu w akademiku. Dodatkowo oczywiście jest tak cholernie głośny, że nie sposób się nie obudzić. Panowie po nią poszli, ona oczywiście jak to przystało na sprutą do nieprzytomności, kulturalnie ich zbluzgała, że jak oni śmią wchodzić jej do pokoju, jacy to bezczelni, że gdyby to był pożar to właśnie ratowali  by jej dupsko, i co to w ogóle jest, że radzą jej by założyła buty i kurtkę bo będzie jej zimno. Ona sobie sama poradzi i spierdzieli się ze schodów. Jak już wszystko sprawdzili, to przez 20 minut nie mogłem zasnąć bo najpierw walczyłem z atakiem kaszlu, a potem z rozbudzeniem ogólną sytuacją. Rano wpadł Zanya, poszliśmy do Niemców, oni się jeszcze trochę zdrzemnęli bo się okazało, że ta impreza pół nocy trzymała im oczy otwarte. Posiedziałem z Markiem (Anglik) i tu nagle niespodzianka. Alarm. Christien wyszedł z pokoju z wyrytym Scheisse na czole, zeszliśmy na dół jak pełno innych ludzi. Doszedłem do wniosku, że może to ma na celu spotkania socjalne.  Coś chyba było w mojej teorii bo zaraz poznałem dwie spoko Polki. Pogadałem z nimi z pół godziny i wróciłem trochę marnować czas. Uniwersytet poszukuje pracowników i się zgłosiłem, płacą naprawdę niezłą kasę za niewiele roboty. Będzie cud jak się tam dostanę. Zarejestrowałem się też u lekarza i zgłosiłem po narodowy numer ubezpieczeniowy. Coś jak nasz ZUS. Piękną sprawa bo wszystko oczywiście za darmo no i wszyscy bardzo mili. Kocham to w tym kraju. No i jeszcze to, że o wszystko wysyłają listy lub maile tak więc trudno o czymś zapomnieć. Dzisiaj z banku też przysłali mi listy i dostałem świetną książeczkę czekową. No wygląda genialnie i jest moje nazwisko na niej. Pewnie nigdy jej nie użyje ale strasznie mi się podoba, powrót do starych dobrych czasów. Dowiedziałem się, że Sigur Ros ma w Wolver koncert. Szczena mi opadła. Wszystkie bilety niestety już są wyprzedane mimo tego, że kosztują 60 funtów. W Londynie są z jakiegoś powodu dwa razy tańsze ale jazda tam i z powrotem wyszła by dużo drożej. No nic. Dzisiaj wieczorem praktykujemy drunken games pod patronatem hasła Petera Grifinna: "Let's go drink till we can't feel feelings anymore".&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-4850753473063681542?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/4850753473063681542/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=4850753473063681542' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/4850753473063681542'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/4850753473063681542'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2008/10/25-days-on-battlefield.html' title='24 days on the battlefield'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-607102249496625160</id><published>2008-09-28T03:01:00.000+01:00</published><updated>2008-09-28T03:43:59.216+01:00</updated><title type='text'>19 days on the battlefield</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Dzisiaj podniszczę trochę obraz Eldorado który tutaj tworzę. Wróciłem właśnie z jednego z licznych klubów (dlatego de facto data się trochę nie zgadza) i muszę przyznać, że no, nie powiem, wiele ciekawych rzeczy dzisiaj widziałem. Życie na takich imprezach wygląda trochę inaczej niż puby które tak wychwalałem. Ale żeby zachować chronologię może wrócę na chwilę do piątkowej imprezy która była niezwykle udana. Przede wszystkim zwaliło się tyle osób, że nie było gdzie flaszki wcisnąć. A przede nie wszystkim mimo to udało nam naprawdę nieźle zabawić. Asda zrobiła wyprzedaż piw, i to nie „Mocnego Full” tylko dobrych porządnych  lagerów. Kiedy my weszliśmy do sklepu już większość została wykupiona ale i dla nas znalazło się jeszcze kilka kartonów. Obok  widniała karteczka, że tylko 3 na klienta, no ale że klientów było kilku to bez problemów wynieśliśmy stamtąd łącznie 72 Carlsbergi imported. Wprawdzie były to te mniejsze butelki ale mimo wszystko. Acha, zapłaciliśmy 20 funtów co daje trochę ponad złotówkę za piwo. W moim pokoju na półeczce stoi sobie rządek zielonych butelek. No a potem to już tańce, śpiewy, i ekstremalne zabawy jak dmuchanie dymem papierosowym na czujnik przeciwpożarowy. Tak do 4 chyba. Natomiast impreza dzisiejsza wyglądała tak, że wpadliśmy do domu Francuzek aby skosztować co nieco po czym ruszyliśmy do klubu. Najpierw doszliśmy do najbardziej znanego w Wolver. Okazało się, że wstęp 7.20 co skutecznie nas odstraszyło ale co było najlepsze. Mojej osoby by nie wpuścili. Dlaczego? Bo byłem zbyt mało elegancki a głównie chodziło o buty. Moje ECOwce są niestety zbyt sportowe aby zaliczyć się do klasy obuwia eleganckiego. Niesamowita sprawa. Lakierki to przepustka do klubów. Myślałem, że to jakieś żarty bo w sumie nie spróbowałem się przedostać przez wrota po tym jak usłyszałem cenę. Poza tym dzisiaj była jakaś impreza tylko powyżej 21 lat. Akurat o to bym się nie martwił bo jeszcze nikt mnie tutaj nie spytał o ID natomiast moich 24 letnich kolegów już tak. No ale co się będziemy martwić. Zawinęliśmy manatki i ruszyliśmy do innego miejsca. W okolicy był do wyboru klub „Revolution” i drugi którego nazwy nie pamiętam. Ten pierwszy odwiedziliśmy również, kiedyś i zapomniałem o nim napisać a jest o czym wspomnieć. Mianowicie mam na myśli, że pod nazwą klubu jest dopisek: vodka and food natomiast wszystkie drinki są robione z naszej narodowej wyborowej. Jeden nawet się nazywa „Polish kiss” i w sumie jak patrzyłem na ten skład to wyglądały dość skomplikowanie. Wtedy jak my tam byliśmy to Djem był jakiś gościu mocno nastawiony za rytmami dalekiego wschodu. Poza tym próbował chyba zagłuszyć przepływ neuronów w mózgu i udawało mu się to. My weszliśmy do tego drugiego. Zebrała nas się już grupka z 15 osób. Na drzwiach wisiała kartka: tylko pełnoletni, żądnych kapturów, czapek, adidasów, broni nuklearnej i jeszcze innych rodzajów ubioru. Najlepsi byli jednak ochroniarze. Przede wszystkim pełna kulturka. Garniturki, skórzane rękawiczki i długie płaszcze wielkości mojej kołdry. Poza tym jeden z nich wyglądał jak podwójna wersja Jasona Stathama. Dosłownie. Za to mam do faceta wielki respekt. No i poza tym też za to, że ogólnie był wielki. Zanim wszedłem zostałem zbadany wzrokiem od góry do dołu ze szczególnym nastawieniem na buty, kasjer machnął mi jakiś stygmat pisakiem na ręce i jazda. Wiadomo, muza daje w banie, wszyscy wariują i jest impreza. Poleciałem do kibelka gdzie znowu czarny pan podał mi ręczniczek do rąk próbując w ten sposób zachęcić mnie do kupna perfumów Dolce, lub lizaka. Wróciłem to rytmy się troszkę zmieniły. Teraz weszła czarna nuta. Usiadłem sobie wygodnie na kanapie i nagle się zorientowałem, że mam przed sobą taki obrazek. Przede mną tańczyły 3 Francuzki, obok siedziała również jedna, a pod kontem prostym Włoszka. Po lewej stronie jeszcze jedna Pani od wieży Eifla a kolejna wskoczyła między nas. Zaczęliśmy w ten sposób dawać czadu na kanapie przez co mam dużo śmiesznych zdjęć. Zeszło się jeszcze więcej ludzi i było fajnie. Nawet zostałem wyzwany na pojedynek który trwał z jakieś 15 sekund bo kiedy kobieta z Hiszpanii zaczęła odpowiadać na mój taniec to mi portki spadły. Muszę przyznać jednak, że przez dużą ilość czasu czułem, że cofnąłem się do baroku a Rubens znowu króluje. Angielki jednak mają to do siebie, że zakładają takie spódniczki, z których materiału by mi na rękawiczki brakło. Problem jest tylko taki, że nie ważne jest to, czy dziewczyna ta ma 50, 70 czy 150 kilo. Mam wrażenie, że u nas w Polsce, kiedy na imprezę idzie troszkę pulchniejsza pani, to raczej nie afiszuje się z tym i bawi się świetnie z innymi. Tutaj natomiast, no kurczę nie mogłem no, kiedy widziałem taką planetę tańczącą z piwskiem w ręku, ubraną tylko w skarpetki. Ha, gdyby tylko jedną. Tam był cały układ słoneczny, plus 6 innych, jeszcze nie odkrytych. Na szczęście jednak, klub był tak w ¼ wypełniony, kobietami, które wyglądały bardzo normalnie. Oczywiście nie tak jak nasze słowiańskie piękności no ale przynajmniej nie jak Angielki. W sumie ekipa z którą my przyszliśmy była jedną z ładniejszych i nie pokazującą tyłków na zewnątrz przez co sporo facetów się wokół nas, tzn. ich, kręciło. Sztefen szybko został wirtualnym boyfriendem a ja tańczyłem aby odstraszać innych. Nagle, kompletnie niezapowiedzianie, z orbity wypadło sobie takie jedno ciało fioletowo – zielone. Wśród 20 facetów, którzy to widzieli, byłem jedynym który się schylił i chciał podać rękę. Niestety pani ziemia nie chciała współpracować i postanowiła, że sobie posiedzi trochę na podłodze. Za chwilę dzielna koleżanka podniosła ją i wyszła z klubu. Podobnie było z inną babką, która była tak nieziemsko napruta, że jej walka z grawitacją była naprawdę niesamowicie spektakularna. Facetów oczywiście też było kilku nawalonych jednak ich, jeśli była potrzeba, wyprowadzano z klubu. Jednego np., ochroniarz uprzedził, że mu połamie nogi jeśli nie przestanie się przystawiać do dziewczyny która nie miała na to ochoty. No dobra, tak naprawdę to widziałem tylko jak wypowiadał „sir” ale podejrzewam, że coś mu tam nagadał. Apropo pijanych gości, był taki jeden geniusz, który miał w rękach dwie szklanki piwa i tańczył z nimi nie przejmując się tym, że rozlewa sobie je na buty. Raz nawet klepnął kumpla aby zwrócić jego uwagę. Oczywiście, z piwem w ręce jednak tym razem fontanna browaru wleciała mu z powrotem do szklanicy co było imponujące. Na moje dobranoc, ochroniarz gigant pokazał mi kciuk i uśmiechnął się co wyglądało jak ta reklama panoramy firm gdzie wielki łysy facet tuli małego kotka. Ogólnie uważam, że impreza była fajna a 3 funty za wejście to niezbyt wygórowana cena. Jestem na tak. W drodze powrotnej padło pełno śmiesznych zdjęć a jakiś gościu życzył nam dobrego ranka.&lt;br /&gt;Dobranoc.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-607102249496625160?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/607102249496625160/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=607102249496625160' title='Komentarze (10)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/607102249496625160'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/607102249496625160'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2008/09/19-days-on-battlefield.html' title='19 days on the battlefield'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>10</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-3445505263763726224</id><published>2008-09-25T14:41:00.001+01:00</published><updated>2008-09-25T18:22:12.926+01:00</updated><title type='text'>17 days on the battlefield.</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;No cóż, teraz już się zaczęła szkoła na poważnie. Wczoraj siedziałem 3 albo 4 godziny w bibliotece, obstawiony wieżowcami książek i z podkrążonymi oczyma przeglądałem kolejne stosy zdjęć próbując wymyślić coś genialnego. Nagle ni z tąd ni z owad dostałem przez łeb łopatą z napisem "pomysł". Wychodzi na to, że te całe "researches" które oni nam każą robić ma jakiś sens. Doszły mi kolejne projekty do zrobienia i zaczynam czuć, że jest tego całkiem sporo. Dostałem od banku dwie karty. Jedną z nich jest kredytowa. Popatrzyłem sobie na piękne złote literki poczym szybko schowałem ją do szafy i zalałem betonem. To narzędzie jest bardzo niebezpieczne. Po dzisiejszych zajęciach, które były krótsze niż powinny, czym wkurzyli mnie trochę, łeb miałem zawalony pomysłami. Szybko spisałem je w zeszycie. Poszedłem do tutorki spytać się czy będę mógł pożyczyć studio dla ich realizacji a ona do mnie..., że oczywiście. Łahahaha! Tak jest, marzyłem o tym jak tylko je zobaczyłem. Jak tylko inny wykładowca otworzył szafę a z niej wysypały się setki reflektorów, jak zamiótł je pod łóżko i powiedział, spoko, te i tak już miały z dwa tygodnie. Teraz będę mógł zrealizować wszystkie swoje genialne i gówniane pomysły. Będę mógł usiąść przed wieeeelkim mackiem i sobie wszystko zrobić na ultra szybkim kompie, a jak mi potem powiedzą, że wszystko jest do dupy to i tak nie będę się martwił, bo wiem, że zaraz mogę iść i spróbować jeszcze raz, i jeszcze raz. Uf, dobra, ale się podnieciłem. Wczoraj zostawiłem zeszyt i ważne papierki w studiu. Poszedłem tam i spytałem się gości czy może ich nie znaleźli. Zastanawiałem się wcześniej czy Ci wykładowcy którzy są tacy milutcy, w rzeczywistości też się tak zachowują, no i proszę. Facet wyskoczył z fotela, poleciał po mój zeszycik i z uśmiechem na twarzy podał mi go. Podziękowałem pięknie, on jeszcze piękniej powiedział, że nie ma sprawy i super. Muszę się w końcu wybrać do biura pracy i zatrudnić prze obdzieraniu kurczaków z pierza czy jakiejś innej intelektualnej pracy bo rozdawanie cefałek chyba nie poskutkowało. Wczoraj na poczcie ciekawą rzecz widziałem. Wisiały sobie plakaty o transferze do 100 funtów do róznych krajów za jedynie piątaka. W sumie dobra oferta całkiem. No i takich plakatów było z 10 bo każdy do innego kraju i w innym języku. Wszystkie były identyczne poza naszym Polskim, który miał inaczej zredagowaną treść i nie podanej ceny transferu. Jak zwykle musimy być inni. Może ja to powinienem sfotografować i dać jako zdjęcie o dyskryminacji rasowej. Jedną z kolejnych fajnych rzeczy które tutaj zauważyłem jest zorganizowanie ludzi kiedy wsiadają i wysiadają z autobusów. U nas kiedy chce się wyjść z tego środka komunikacji to ma się całą ścianę pasażerów ,którzy pchają się jak porąbani. Nie wypuszczą normalnie człowieka tylko będą się ładować do tego cholernego tramwaju czy autobusu nie zważając, że właśnie jakieś małe dziecko mają pod nogami czy to, że kobieta w ciąży chciała by aby jej synek nie miał płaskiej głowy. Wiele razy bezczelnie przepychałem się przez tą gromadę bydła bo szlak mnie trafiał, jak widziałem takie 20 głów, patrzące z kurwikami w oczach czy jest gdzieś wolne miejsce i, żeby na pewno wyprzedzić tego gościa co stoi obok. Najlepiej jest zaraz po otworzeniu drzwi, rzucić granat błyskowy i spokojnie wysiąść, jak już wszyscy będą odbijali się od lamp i przystanku. Natomiast tutaj, wygląda to tak, że ludzie stoją w szeregu wzdłuż krawężnika. Kiedy podjeżdża autobus zatrzymuje się metr przed pierwszym oczekującym, po czym wysiadają z niego wszyscy ludzie, a następnie wchodzą bez przepychania, krzyków, wrzasków i morderstw, Ci, którzy byli na tyle genialni, aby wiedzieć, że ta organizacja przyspiesza ten proces 100 razy. Co najlepsze. Wszystkie autobusy mają tutaj jedną parę drzwi. Mimo tego wszystko trwa i tak wiele razy krócej. Ale po co brać przykład z czegoś co w tym wypadku rzeczywiście działa genialnie. U nas mogły by jeździć platformy bez ścian a i tak ludzie ustawili by się ze wszystkich stron i pchali na chama blokując się nawzajem.&lt;br /&gt;W piątek szykuje się wielka impreza. Wrzuciłem nowe zdjęcia, głownie od Christiena. Kilka pomieszałem z moimi więc szukajcie a się samo znajdzie za jakiś czas.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-3445505263763726224?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/3445505263763726224/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=3445505263763726224' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/3445505263763726224'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/3445505263763726224'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2008/09/17-days-on-battlefield.html' title='17 days on the battlefield.'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-2615164067195067797</id><published>2008-09-23T17:14:00.000+01:00</published><updated>2008-09-24T01:15:21.599+01:00</updated><title type='text'>15 days on the battlefield</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Ciekawa sprawa. Wróciłem ze szkoły w której siedziałem od 10 do 17 i w sumie jestem pełen energii. Chociaż jak teraz usiadłem to czuję, że trochę ze mnie schodzi power ale nie zmienia to faktu, że i tak na więcej mam ochotę niż po powrocie z liceum. Dzień zaczął się od tego, że poszliśmy do sali wykładowej, dostaliśmy opis tego przedmiotu i projekt do zrobienia. Będzie od polegał na stworzeniu internetowego portfolio i napisania 1000 wyrazowego eseju na temat jednego (!) zdjęcia, w moim przypadku z okresu lat 1901 - 1920. Wiadomo, że trzeba zrobić ku temu jakąś otoczkę więc tam będzie więcej do opowiedzenia ale mimo wszystko. Do tego trzeba zrobić jeszcze część w grupach i przedstawić pokrótce swój zakres materiału. Wszystko musi mieć logiczną całość dlatego zdjęcia też nie mogą być z d..y wzięte. Zobaczymy. Mam na to 9 tygodni czasu ale jak dzisiaj się trochę zagłębiłem w książki które tam mają z tym związane to myślałem, że padnę bo po prostu są to szafy długości jak z Poznania do Krakowa z trzema rzędami książek i prawie na każdym grzbiecie znajdzie się napis Photography. A takich szaf jest tyle, że od razu siadłem do komputera bo stwierdziłem, że nie mam na tyle długiego sznurka, żeby potem znaleźć drogę do wyjścia. Jak już w grupie mniej więcej ustaliliśmy co robimy, przyszedł czas na lunch gdzie zjadłem tradycyjną "fish and chips" i gdyby nie Heinz na rybie to nie czuł bym smaku przez co strasznie się wkurzyłem. Pozwolę sobie jeszcze szybko wrócić do pierwszego wykładu bo zobaczyłem i dowiedziałem się zarazem o niesamowitej rzeczy. Jak dostawaliśmy na wejściu opis przedmiotu to dano nam też piloty. W trakcie przedmiotu babka wyświetliła kilka pytań na które my odpowiadaliśmy i od razu pokazywały się odpowiedzi w formie diagramu. Fajna sprawa ale to tylko na rozluźnienie było. Jednak nie o tym chciałem powiedzieć. Przede mną siedział gościu z laptopkiem na kolanach. Obok wykładowcy babka która pisała wszystko co tutor mówił a temu facetowi pokazywało się to na ekranie. Genialne. W dodatku, dowiedziałem się, że jeśli pójdzie się na testy dyslektyczne i wyjdzie na to, że się ją ma, to oni pomagają się z niej wyleczyć poprzez specjalne programy, książki czy spotkania, ale także dadzą osobą szczególnie tego potrzebującym pracownika szkoły który będzie za nich robił notatki. Ja tam chyba pójdę i udam, że mam wszystkie rodzaje "dys" aby dostać takie swojego osobistego skrybę. Ta szkoła nie przestanie mnie zadziwiać. A to od razu jeszcze dopowiem, że piękną sprawą jest to, że każda sala ma projektor i do tego porządne głośniki na ścianach więc nie trzeba się wspomagać "mega super bass system 700 wat" za 13 zł z reala jako standardowe wyposażenie wielu szkół. Nawet jak dzisiaj byliśmy w studiu, chyba rzeźbiarskim, to też sobie wisiał taki projektorek i głośniczki. No dobra, zabrali nas do studia o którym już wspominałem, że zabiło mnie. Facio pokazał sprzęcik który musimy posiadać i który dostaniemy a który warto by było czy trzeba kupić. Trochę głupio bo będę musiał wydać z 20 funciorów no ale dobra. Potem przyniósł wielką walizę aparatów dał w grupkach po 4 osoby i się bawiliśmy świetnymi nikonami i pentaxami oczywiście analogowymi. Naprawdę dobry sprzęt i zadbany. Wprawdzie niewiele się dzisiaj dowiedziałem i to raczej ja tłumaczyłem ale w sumie takie było założenie bo było kilka osób które nie miało pojęcia jak założyć film ale były też i takie które mają własne studia w domu więc dzisiaj tak orientacyjnie wszystko a od następnych zajęć już jedziemy z koksem. Choć nie ukrywam, że kilka ciekawych informacji tutorzy zdradzili. We wtorek zabierają nas do Liverpoolu na jakąs wystawę i żebyśmy porobili zdjęcia tymi analogami to wtedy będziemy się na tym uczyć je wywoływać. Muszę wypożyczyć najpierw taki aparat ale z tym podobno nie ma problemu. Idę wrzucić pizze do pieca bo cytując znajomego Pana "głodnem jak skurwesyn" a nie chce mi się dzisiaj normalnego obiadu przygotowywać.&lt;br /&gt;Grypa po kolei zabiera kolejne osoby. Jednak dzięki propagandowym reklamą actimela chodzę z bejsbolem w plecaku i będę się przed nią dzielnie bronił.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-2615164067195067797?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/2615164067195067797/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=2615164067195067797' title='Komentarze (7)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/2615164067195067797'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/2615164067195067797'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2008/09/15-days-on-battlefield.html' title='15 days on the battlefield'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>7</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-5435339429485557559</id><published>2008-09-22T19:46:00.000+01:00</published><updated>2008-09-23T09:13:03.919+01:00</updated><title type='text'>14 days on the battlefield</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Oj impreza była bardzo prężna. Wprawdzie francuski się spóźniły raptem z 20 minut i staliśmy jak takie głupki czekając na nie ale miało to swoją dobrą stronę. Frauke wychodząc ze sklepu ze swoja koleżanką powiedziała, że właśnie wyprzedają pieczywo. Ogólnie chodzi tu o to, że Asda jest otwarta 24h poza weekendami. W sobotę zamykają ją o 10 i przed tą godziną wyprzedają często całe pieczywo które im nie zeszło. Tak więc 6 dobrych bułek które normalnie kosztują 60p ja kupiłem za... 3p. Tak samo jak całą siatkę innych. Ogarnął mnie szał kupowania jak zobaczyłem całą szafę pieczywa z ponaklejanymi na sobie "stickerami" o obniżce cen. W następną sobotę wezmę wyjadę z tą szafą i zamrożę wszystko. Będąc już przy temacie sklepu opowiem jeszcze jedną ciekawą rzecz. Ogólnie przyjętym jest, że w Polsce aby dostać wózek trzeba wrzucić dwa złocisze do kasy pancernej na rączce. Tutaj natomiast nie ma czegoś takiego. Stąd asda musiała się w inny sposób zabezpieczyć przed możliwą kradzieżą czy pomysłowymi studentami którzy mogli by przecież użyć takiego wózka do testów przeciążeniowych czy innych badań podwodnych. No i też tak zrobiła. Kiedy przekroczy się magiczną czerwoną linię niedaleko zejścia do akademików na przednim kółku zamyka się blokada bardzo utrudniająca jazdę. Niesamowite rozwiązanie dla mnie i w sumie całkiem skuteczne ale chyba tylko dla spitych do nieprzytomności studentów bo każdy normalny człowiek może po prostu przechylić wózek na tylną oś lub chociaż w bok. No ale rozwiązanie szacun. Swoją drogą zauważyłem też, że przyjęło się tutaj iż wiara zostawia te wózki gdzie im pasi a po parkingu i okolicznych polach lata obsługa i zbiera porzucone pojazdy. U nas każdy chce odzyskać wartościowy pieniążek, tutaj odwożą wózki za Ciebie. Piękna sprawa. Wracając do imprezy. Ludu się zwaliło co niemiara. Siedzieliśmy, gadaliśmy, tańczyliśmy i strasznie dużo innych "iśmy".  Niedziela to był piękny dzień. A dlaczego? Bo nie obudziło mnie nic poza chęcią oddania napierających na pęcherz terrorystów ale to już było tak późno, że wcale nie byłem zły. Poleżałem w łóżku aż miło. Potem wiadomo, standardowe procedury poranne i zaraz leciałem z Frauke do pralni a potem ona ze mną do biblioteki. Po raz kolejny zostałem miło zaskoczony. Wchodzimy tam, pytam się kulturalnie pani jak to wszystko działa i okazuje się, że to jest tak banalnie proste, że lepiej już się nie da. Nie jest to w niczym podobne do tego z czym się spotykałem u nas w Polsce. Zresztą myślę, że w ojczystym kraju było by to po prostu nie możliwe. Wyglądało to mniej więcej tak, że wpisałem sobie słowa kluczowe do wyszukiwarki, zaraz wyskoczyło mi 7 podstron zawalonych tytułami. Wybrałem sobie jeden, dostałem numer książki i regału, poszedłem po nią (wprawdzie troszkę to trwało zanim ją znalazłem, ale widzieliście na zdjęciach jak wygląda biblioteka z zewnątrz), zeskanowałem na innym komputerze, zeskanowałem kartę studencką i proces się skończył. Czekałem jeszcze aż ktoś prześwietli mnie i moje spodnie czy niczego nie kradnę ale nic takiego się nie stało. Żadnego sprawdzania, żadnego rejestrowania mnie w bazie policyjnej, nic. Po prostu wziąłem genialną książkę i wyszedłem dostając jeszcze wydrukowaną automatycznie karteczkę kiedy mam ją zwrócić i czy mogę sobie przedłużyć czas jej trzymania do miesiąca. Genialne. Potem w sumie przesiedziałem cały czas u Niemców. Następnie natomiast zjedliśmy przecudownie pyszny obiad w przecudownie pysznym gronie. Było naprawdę pięknie. Potem szybkie piwko w Hogs Head i partyjka angielskiego bilarda który różni się tym, że ma mniejsze bile i tylko dwóch kolorów (nie, to nie jest snooker). Swoją drogą ta maluchy są śmieszne i w sumie nie szło mi za dobrze opanowanie ich ale w końcu dzięki podmuchom szczęścia wygrałem razem z Francuską w pięknym stylu. Rano gdy zadzwonił budzik ucieszyłem się niezmiernie bo się okazało, że mogę jeszcze godzinę spać bo jakoś dziwnie za wcześnie go ustawiłem. Po kolejnej godzinie już się tak nie ucieszyłem. Wyszedłem z pokoju i chciałem rześko rzucić cześć do współlokatorek a tu dupa. Wydałem z siebie tylko skrzek. Głosu nie ma. Długo walczyłem zanim wydobyłem z siebie jakiś dźwięk układający się w logiczny sens. No ale dobra. Lecę do szkoły na swoje pierwsze prawdziwe zajęcia. Ogólnie były całkiem spoko. Dostaliśmy już swój projekt warty 70% oceny końcowej. Wydaje się prosty bo mam zrobić 6 zdjęć powiązanych ze sobą tematycznie lub po prostu sekwencyjnych. Potem sam je wyprodukować w ciemni, obrobić, przyciąć itd. Problem w tym, że to nie może być byle co tylko jakiś fajny konkretny pomysł. Jutro zaczynam poszukiwać w bibliotece, zdjęć i fotografów z podobnymi cechami i muszę wypełnić swój zeszyt informacjami o nich oraz ich zdjęciami. To jakby jeden z podpunktów projektu. Tutorzy chcą widzieć na czym się wzorowałem czy skąd brałem pomysły itd. Tak więc wymyślenie czego naprawdę oryginalnego wcale nie będzie aż takie proste. Jutro idziemy pracować w ciemnie i dojdą kolejne 3 projekty. Apropo zeszytu, udało mi się nareszcie znaleźć wersję w kratkę. Nawet nie zapłaciłem za niego miliona funtów. No cud jakiś i paranoja, że nie mieli tego nigdzie wcześniej. Zaczynam coraz bardziej poznawać i lubić swoją klasę. Wrzuciłem sporo nowych zdjęć. Tak więc jeśli chcecie to oglądajcie. Pamiętajcie, że możecie je jak i mojego bloga komentować dzięki czemu wiem przynajmniej, że ktoś to czyta.&lt;br /&gt;Na koniec anegdotka. Dostaliśmy dzisiaj na maila uniwersyteckiego informację, że w sekretariacie akademików można odebrać sobie kabel do internetu w związku z aktualnymi jakimiś pracami remontowymi przez co podobno mogą być problemy. Ja w sumie trochę tam zauważyłem, że czasem wolno chodzi ale daję radę. Najlepszy był jednak Zanya który łaził po moim korytarzu obserwując dokładnie dokąd idą wszystkie rurki z kablami i próbował w ten sposób znaleźć gniazdo do podłączenia magicznego kabla. Swoją drogą ja również nie mam pojęcia jak bym miał podpiąc siebie pod gniazdo Ethernetowe bo takiego niestety tutaj nie ma. W końcu z założenia wszystko było ustawione na bezprzewodowość. No cóż. Napewno jakoś rozwiążą ten problem.&lt;br /&gt;Posłużę się przejedzonym już tekstem aby podziękować przyjaciołom za dostarczenie mi wielu spazmów śmiechu.&lt;br /&gt;Lot do Anglii - 500 zł&lt;br /&gt;Laptop z kamerką - ileś tam złotych&lt;br /&gt;Zobaczyć dupska swoich najlepszych kumpli na ekranie komputera - bezcenne.&lt;br /&gt;Jak to powiedział poeta: "Du hast den schönsten Arsch der Welt"&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-5435339429485557559?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/5435339429485557559/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=5435339429485557559' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/5435339429485557559'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/5435339429485557559'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2008/09/14-days-on-battlefield.html' title='14 days on the battlefield'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-5860526969584858162</id><published>2008-09-20T19:39:00.000+01:00</published><updated>2008-09-21T12:00:23.424+01:00</updated><title type='text'>12 days on the battlefield</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Dziękuje.&lt;br /&gt;Tak, czwartek mógłby zacząć się dokładnie tak samo jak dzień poprzedni. Tym razem jednak w szkole nie dałem za wygraną. Po tym jak znowu nie mogłem znaleźć żadnego mentora od siebie to pogadałem z Panią, którą poznałem wcześniej w biurze tego Polaka co robi dla uniwerku. Jak to Anglicy, a przynajmniej Ci na uniwerku, chwyciła za telefon, zadzwoniła do mojego tutora i się dowiedziała, że jutro dopiero są zajęcia i, że oni to wszystko mówili przecież. Dobra, porżnąłem trochę głupa, pogadałem sobie jeszcze z nią troszkę i poszedłem do domku. Kurde, nie pamiętam co się potem działo. Już wiem. Wróciłem, pogadałem z Frauke i wyszło na to, że ona chciała by jechać na inny campus napisać test z Anglika a ja wolałem iść na spotkanie oprowadzające po carrers and employment facilities. W końcu po rozmowie z Zanya doszedłem do wniosku, że dobra, pojadę na test, on na wycieczkę a potem pójdziemy sobie z Holenderką na basen bo był otwarty dla studencioków. Polecieliśmy na busa, strasznie fajny kierowca zabrał nas pięknie za free do Walsall i tam też to poszliśmy na teścik. Niestety ktoś komuś coś, źle powiedział, ktoś coś zapomniał i staliśmy jak takie głupki tam godzinę aż przyjdzie tutor. W między czasie, poznałem super Polaków. W końcu wleciała babka, na kompach podała nam adres do testu, potem wypracowanko i zaraz wyniki były. Z powodu tego, że się spóźniła to na basenik już sobie nie poszliśmy niestety. No to kicha. Wróciliśmy do domu i stwierdziliśmy, że robimy prawdziwy dobry obiad. Kupiliśmy ziemniaki, jarzynkę (swoją drogą zrobiłem zdjęcie całej lodówy z Polskimi mrożonami) i do tego trzy wielkie porcje tego co my byśmy nazwali karkówą. No to jak zrobiliśmy sobie ten obiad to po prostu palce lizać. Umieraliśmy potem wszyscy w kuchni przez jakiś czas ale jak policzyłem to ten obiad nas wyniósł 1.70 ale zostały jeszcze warzywa i ziemniaki więc jeszcze taniej. Wieczorkiem skoczyliśmy jak to zwykle do pubu z którego jak to zwykle wywali nas o 11 i wróciliśmy powoli do domku. Magiczny piątek to dzień gdzie nareszcie miałem iść na zajęcia. Byliśmy umówieni w studiu fotograficzny. Wchodzę sobie tam z innymi ludźmi i poprostu w tym momencie umarłem z rozkoszy. To co oni tam mieli to był jakiś kosmos. Poczułem się takim malutkim ludzikiem stojącym przed obliczem potężnej, profesjonalnej fotografii. Przede wszystkim nie dało rady nie zauważyć, ogromnych ścian, białej i czarnej otoczonych oczywiście z każdej strony tworząc w ten sposób jaskinie i niwelując wszelkie zagięcia. Potem w oczy rzuciła mi się masa soft boxów (ro zmiękczacz światła nakładany na lampę błyskową w celu uzyskania bardziej naturalnych efektów) które były ogromne i zawieszone na wysięgnikach co też było genialne. Pełno statywów, kabli i wszystkiego. A to tylko kawałeczek bo cały sprzęt studyjny oni trzymają w magazynie. To był by dobry moment na śmierć z uśmiechem na twarzy. No ale dobra. Przyszli tutorzy, powiedziałem, że moje zdjęcia będą gotowe dopiero dzisiaj. Oni, że to dziwne bo zakład obiecał im, że będzie wcześniej. No to jeśli chcesz je omówić to idź szybko po nie. No to lecę na skrzydłach glorii z głowa przesiąkniętą pomysłami na zdjęcia w studiu. Odebrałem swoje odbitki i co? - gówno. Dostałem piękne dwadzieścia kilka zdjęć (z tego co pamiętam to strzeliłem z dziesięć) i tak z 7 z nich było fotografiami. Reszta to czarna plama. Na jednym było widać tylko lampy na suficie, inne były znośne ale nie pokazały tego co chciałem, i tylko fotka do której tak się poświęcałem, czyli zagadywałem Panie przy obiedzie wyszła genialnie z czego jestem cholernie dumny. Poświecenie było warte. Niestety nie jest to zdjęcie które wywoła zdumienie w ludziach ale temat spełniło bardzo dobrze. Na stole leżało z miliard tych fotek, niektóre były naprawdę pomysłowe, inne to kompletne niewypały. Ja ze swoich nie byłem jakoś wielce zadowolony ale to nic, bo z takim aparatem już nie będę pracował. Zajęcia skończyły się godzinę wcześniej niż powinny i wróciłem sobie do domku. Razem z Frauke poszlismy zrobić pranie. Mam nawet zdjęcie z tej wyprawy. Samo pralkowanie trwało pół godziny ale suszenie 60 minut więc w międzyczasie zrobiłem znowu pyszny obiadek. Koszulki które powiesiłem na wieszakach wyglądają prawie jak wyprasowane wiec super. Gaciorki i skarpetki natomiast na szczęście nie spaliły się i obłożyłem sobie nimi twarz bo były fajnie pachnące i cieplutkie. Zjadłem, odpocząłem i poszliśmy pograć w siatkę. Okazało się, że trafiliśmy na trening kadry akademickiej. Było kilku takich jak ja, czyli grają trochę bo lubią a było kilku takich Lucasów czy Johnów, którzy jak się przedstawialiśmy przyznali się, że sa uzależnieni już od 15 lat. No dobra, pogram i zobaczymy. Rozgrzałem się najpierw z Czeskim kolegą który swoją drogą też sobie odbija piłeczkę z jedną dekadę już. Potem trener poobserwował nas, pogadał troszkę, i zaczęliśmy dwu godzinny trening. Fajna sprawa. Zrobił drużyny po 4 gości. Ta która odbierała piłkę jeśli wygrała punkt to zostawała jeśli straciła to odchodziła a na jej miesce wbiegała następna gdzie trzecia od razu serwowała więc wszystko było dynamiczne. Potem trochę ćwiczeń a następnie normalne mecze już. Było mega super mimo, że dzisiaj mam zakwasy jak cholera bo oczywiście jeszcze nie trenowałem tutaj. Do domu wróciliśmy tak jak byliśmy biegnąc. Było to super ale rano obudziłem się bez głosu i za cholerę nie mogłem go znaleźć. Szybki prysznic i lecimy do sklepu po eee chipsy i do Francuzek na imprezę ze wspomnianymi wcześniej uciekającymi spod nóg schodami. Wchodzimy, patrzymy, a tam pełna kulturka. Ludzie siedzą sobie na podłodze, popijają jakieś drinki, rozmawiają. Żadnych rzygających z balustrad kolesi, żadnych spadochroniarzy bez plecaków i misji na marsa w kartonach czy żarówek w ustach. To super. Usiedliśmy sobie, zeszło się jeszcze z 600 innych osób i zaczęła się balanga. W którymś momencie padło pełno propozycji różnych gier słownych z dopiskiem "jak się pomylisz to pijesz". Ja rzuciłem swoje i graliśmy. Niestety była taka masa ludzi, że nawet do 5 nie potrafili doliczyć więc co chwilę coś pił. Swoja droga muszę zauważyć, że byli tam ludzie między innymi z takich krajów: Hiszpania, Francja, Włochy, Niemcy, Czechy, Polska (poza mna oczywiście) i reszty nie mogę sobie przypomnieć. Imprezka naprawdę super. Zawinęliśmy do domu koło 2 i lulu. Rano o 9 mieliśmy jechać wycieczkę do Stratford - miasta narodzin Shakespearea. No to wstaję ładnie, patrzę na zegarek a tu za 10 minut zbiórka. Krzyknąłem sobie fuck, a przynajmniej spróbowałem, bo jak już mówiłem straciłem struny głosowe i jak porąbany zrobiłem wszystko w trzy sekundy. Chwyciłem jabłko i wspaniałe ciastko za 17 pensów i poleciałem do niemców. Ci ładnie już wychodzili z Czechem poczym zaraz biegliśmy z powrotem bo nie wziął biletów. W autobusie wszyscy padli co widać na zdjęciach. Półtorej godzinki i jesteśmy. Swoją drogą miałem ochotę krzyknąć jak na zakręcie widziałem jak kierowca jechał po złym pasie. No ale to Anglia w końcu o czym zapomniałem. Na miejscu dwie godzinki zwiedzania, a potem umarliśmy w parku i tak sobie kimaliśmy do czasu powrotu do domu. Zjadłem tam też wspaniałem sandwicha z parówką, bekonem i jajkami sadzonymi. Napakowane jak cholera ale smakowało bardzo mięsnie i o to mi chodziło.&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt;&lt;span style="font-style: italic;"&gt; &lt;/span&gt;&lt;/span&gt;&lt;/span&gt;Wszystko widać na kilku fotkach.&lt;br /&gt;Idziemy się spotkać z Francuzkami.&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-5860526969584858162?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/5860526969584858162/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=5860526969584858162' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/5860526969584858162'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/5860526969584858162'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2008/09/12-days-on-battlefield.html' title='12 days on the battlefield'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-4553653652036991432</id><published>2008-09-17T23:49:00.000+01:00</published><updated>2008-09-18T01:36:18.161+01:00</updated><title type='text'>9 days at the battlefield</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;No to się już można wkurzyć. Po raz kolejny już wstaję rano (tzn. dobra przepraszam za urażenie wszystkich tych którzy wstają zdecydowanie wcześniej ode mnie, wiem, że ja tak naprawdę mogę długo spać bo 9 to już dla niektórych środek dnia jest ale w końcu studia dopiero się zaczynają i umówmy się, prawie nikt nie chodzi teraz wcześnie spać dlatego mój biologiczny poranek przesunął się o kilkanaście godzin do przodu) i po raz kolejny idę do tej cholernej szkoły, i po raz kolejny tam nic nie ma, a mnie przenika wrażenie, że coś mi ucieka. Sprawdziłem każde możliwe pomieszczenie dla studenta fotografii i nigdzie nie było nikogo. Wkurza mnie to. Coś mi się w sumie wydaje, że to moja wina bo wykładowca chyba mówił, że ten tydzień nie jest tak jak w planie wygląda i jeśli sobie dobrze pozaznaczałem to by wynikało, że dzisiaj miało nic nie być ale z drugiej strony wczoraj miało a jednak nie było a po południu głupi zapomniałem pójść i nie wiem czy mnie coś ominęło czy nie a to zdanie jest chyba najdłuższym na świecie.No to oczywiście wróciłem do domu, zmarnowałem trochę czasu, spotkałem się z Zanyia, zmarnowaliśmy trochę czasu, gościu mi umierał to go poratowałem tabsami i zmarnowałem trochę czasu. Potem obiadek, socjalizm ze współlokatorami i już zasuwamy na wspaniałą imprezę internacjonalną. Dotarliśmy tam i na starcie dostaliśmy karteczki z różnymi hasłami w stylu "urodził się w Sierpniu" i jak się wszyscy domyślają trzeba je wypełnić. No to super. Najpierw trochę bunkrowania się a potem ruszyłem między ludzi. Zaraz wyhaczyłem pełno śmiesznej wiary. Jak zbierałem jeszcze jakieś pola i zafascynowany zadaniem niczym chomiczek w tym kręcidełku zapylałem od jednej osoby do drugiej to Pani już zaczęła wyczytywać tych co wygrali samochód, mieszkanie i lizaka. No cóż szkoda. Usiadłem sobie przy stoliczku i z kolegami ruszyliśmy po jedzenie bo kuchnia rzuciła jakieś golony. Tym razem niestety były to tylko przystaweczki więc to wszystko bardziej w stylu takiego koktajl party ale muszę przyznać, że bardzo dobre. Zaraz organizatorzy wymyślili kolejne wspaniałe zabawy. I niczym w przedszkolu dwudziestokilkuletni letni studenci (bo większość była na Erasmusie) latali i machali rączkami, siadali kiedy muzyka przestawała grać i podawali sobie cukierki słomkami. Jako, że ja jeszcze 20stki nie osiągnąłem to mogłem bawić się iście wyśmienicie i tak też robiłem odpadając po pierwszych kilku rundach muzycznego refleksu bo się zagadałem z kimś. Jak już się skończyło poganianie bydła usiedliśmy sobie z Francuzkami i zaczęliśmy odpowiadać na wszystkie standardowe pytania studenckie. Zostaliśmy zaproszeni razem z jedną Niemką na before party w piątek bo jak zostało nam powiedziane "We don't have any Polish and Germans guys in our team". Bardzo chętnie dołączymy na to "tea" party odbywające się w prywatnym domu. Wysokie angielskie schody i wąskie korytarze na pewno dostarczą wiele rozrywki tym co będą oglądać turlających się gości. Chociaż w sumie to może być kultura patrząc po tych ludziach więc spoko. Po tych wszystkich fascynacjach powrót do domu bo do pubu nam się nie chciało iść, jeszcze tylko asda po zakupy na śniadanko, kolacyjka, filmik i koniec kolejnego dnia. Jeśli jutro znowu nie będzie zajęć to się wkurzę bo nie będę wiedział co będziemy robić w piątek a jakoś trzeba im oddać zdjęcia które robiliśmy na projekt i przez które zostałem posądzony o bycie kompletnym idiotą.&lt;br /&gt;Jako, że post krótki to pozwolę sobie na kolejną dygresję. Rozmawiałem z Anglikiem o sensie podwójnych kranów. Powiedział mi, że sam tego nie rozumie i mimo tego, że takie rozwiązanie jest kompletnie bezużyteczne to i tak cały czas instalują takie w domach. Dodał do tego, że anglicy mają zdolność do utrudniania sobie życia. Coś w tym jest biorąc pod uwagę, że tylko oni w Europie działają na innych gniazdkach (jeśli się mylę to przepraszam)i popylają pod prąd. Z drugiej strony jestem zafascynowany ilością znaków poziomych. Nawet przed przejściami dla pieszych jest napis na jezdni: "look left" co w sumie jest genialnym pomysłem bo już z 16 razy rozjechał by mnie pędzący talib w hangarze lotniskowym zwanym "double-dekker". Ale na szczęście raz, że napis ratuje mi życie a dwa, że oni są przyzwyczajeni do ludzi wyłażących niespodziewanie na ulicę. Najlepsze jest jak się im zapali zielone światło. To nie wygląda to jak u nas, że kierowcy dają po garach i zapieprzają prosto na Ciebie trąbiąc i wierząc w to, że uciekniesz w ostatnim momencie. To nie światła tutaj dyktują zielone tylko piesi którzy bardzo często wchodzą na ulicę już po tym jak przepisowo powinni stać jak drążek wbity w ziemię. Ludzie tutaj bardzo często a praktycznie nigdy nawet nie wciskają guziczka który rzeczywiście działa i uruchamia ich zielone. A policja? Oni bardziej skupiają się na tym, żeby wpasować swoje czapki w wyżłobienia w dachu niż martwić się przechodniami. Swoją drogą nie widziałem tutaj za wielu walczących w obronie prawa jednak jak już szli to nie wiem czemu ale robili na mnie zdecydowanie większe wrażenie niż Ci nasi. Szczególnie jak szło takich dwóch chyba jakiś bondów bo nie mieli wielgachnych czapek i wyglądali jak bardziej ludzka wersja terminatora. Nie dlatego, że byli wielcy bo wygląd mieli normalny choć siatki z samochodu mogli by przynieść, ale dlatego, że byli obwieszeni sprzętem jak choinka bombkami i założę się, że gdyby wysadzić tych gości w powietrze to rozwalili by całe Wolver a przynajmniej pól Anglii. Podobnie zresztą strażacy którzy wyglądają na takich co tylko stają obok ognia a on gaśnie pod wrażeniem. Prawie wszędzie można tutaj za to znaleźć bezprzewodowy internet a ten który ja mam w akademiku kiedy wszyscy w dzień go używają osiąga marną prędkość 4 mega a wieczorkiem przyspiesza mi do znośnych 11. I wprawdzie pewnie niejednego kusi, żeby powiedzieć, że na polibudzie Poznańskiej jest szybszy ale ja mu odpowiem - no i co z tego?? Filmy na you tube ładują się z prędkością TGV a w między czasie wysyłam maila z załącznikami wielkości bloku żelaza i słucham radia internetowego. Tak więc jakoś sobie daję z nim radę.&lt;br /&gt;Jogurt asda za 7 pensów jest naprawdę dobry.&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-4553653652036991432?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/4553653652036991432/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=4553653652036991432' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/4553653652036991432'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/4553653652036991432'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2008/09/9-days-at-battlefield.html' title='9 days at the battlefield'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-266190903572877637</id><published>2008-09-16T14:14:00.000+01:00</published><updated>2008-09-16T22:58:01.361+01:00</updated><title type='text'>8 days on the battlefield</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Ale ten dzień mi się długi wydaje. Piszę już bo potem coś czuję, że potem nie będzie mi się chciało a już  pewnie dużo się nie stanie. Wstałem rano. Tzn próbowałem. Trochę mi to zajęło mimo, że wczoraj położyłem się wcześniej spać, ale dałem radę... po tym jak stwierdziłem, że sru nie idę się myć i pośpię jeszcze trochę. No ale w końcu wstałem. Wchodzę do kuchni a tam rozpizdziel taki, że mnie krew zalała. Wziąłem jedzenie i poszedłem do pokoju. Szybkie dobre śniadanko i lecimy do szkoły. Niczym na filmach wyszliśmy wszyscy w tym samym momencie z pokojów i poszliśmy do szkoły. Dzisiaj miały być jakieś targi studenckie. W trakcie drogi tam przekląłem sobie głośno bo uświadomiłem właśnie, że cała to poranna walka była nie potrzebna gdyż ja się wcale nie muszę tam pojawiać. A dlaczego nie muszę? Bo to są targi ułatwiające wybieranie modułów lekcyjnych. Każdy ma jakieś narzucone przez szkołę a inne się samemu wybiera. Ale ja mam z góry wszystko ułożone więc nie musiałem tam być. No ale dobra. Poszedłem zobaczyć. Jacyś porąbani Indianie latają mi po uniwerku i wiara poprzebierana w kimona. Ale to nie tu gdzie mieliśmy być. Poszedłem więc  na art&amp;amp;design i wyszło na to, że nic nie wiem. Po długich przeprawach okazało się, że rzeczywiście nie musiałem tutaj być. W takim razie wydrukowałem sobie kilka listów motywacyjnych i spotkałem swoich kolegów Niemców. Dobrze bo mi się nudziło troszkę. Pogadaliśmy i poszliśmy razem do centrum. Najpierw na pocztę a potem zabrałem ich do one pound world bo chciałem kupić książkę. A czemu ich zabrałem? Bo się wstydziłem sam. A czemu się wstydziłem? Bo była dla dorosłych. A czemu akurat tą? A tego to już nie mogę napisać. Tzn. zrobię to ale później bo teraz bym zepsuł całą akcję. No więc podchodzę do Pani do kasy. Podaję jej odwróconą okładką do dołu, że niby od razu jej kod podaję aby ułatwić pracę a tu nagle BANG! Na jej ekranie wywala wielki znaczek 18 a po całej kasie rozprzestrzenia się dźwięk syreny przeciw lotniczej. Pani najwidoczniej uznała, że jestem dorosły bo szybko zaakceptowała i mogłem uciekać ze swoim trądem w siatce. Następnie zahaczyłem o O2. Jednak pożegnałem już Niemców bo mieli jeszcze kilka spraw a ja nie chciałem ich ciągać za sobą. Wchodzę tam, staję ładnie w kolejce. Za chwilę piękna Pani mówi anielskim głosem czy może mi pomóc. Na chwilkę straciłem zdolność wypowiadania się po angielsku i jak już inna Pani z mopem wytarła moją ślinę z podłogi to zacząłem normalnie mówić. Powiedziałem, że karta sim mi nawala, że nie można się do mnie dodzwonić a ja nie mogę wysyłać smsów. Oczywiście jak zawsze takich sytuacjach telefon zadziałał bez problemów i Pani nie dość, że się dodzwoniła to jeszcze nie wyskoczył żaden z tych komunikatów które od kilku dni wkurzały mnie niemiłosiernie. No to myślę sobie, że teraz to mnie wezmą za idiotę. Ale nie. Pani kulturalnie się pyta czy chcę wymienić kartę. A ja, że oczywiście. No to leci po sima dla mnie i przychodzi po chwili. Jak to już większość Anglików przeprasza wielce że musiałem czekać i daje mi pudełeczko. Pyta się czy ma za mnie zadzwonić gdzieś (tej części nie zrozumiałem) To jej odpowiadam , że jeśli to nie problem to bardzo chętnie. Szybka rozmowa, wzięła moje nazwisko które musiałem jej pokazać na CV i już miałem nową kartę z tym samym numerem telefonu. Żadnych papierów do podpisania, żadnych pytań czy przypadkiem nie jeździłem maszynką do golenia po karcie bo w tym wypadku to niestety nie wymienią czy innych takich absurdów. Wszedłem 5 minut i miałem nową kartę. Pięknie. Rozniosłem do sklepów z grami swoje CV. Każdy mi odpowiadał na pytanie czy jest szansa na pracę, że oczywiście i, że mam zostawić CV. Ja dodawałem jako bonus list i nie wiem czy oni po prostu mnie spławiali w ten sposób czy rzeczywiście myślą o pracowniku. Zobaczymy. Ale w tych game shopach jest super więc tam to bym sobie popracował. Poleciałem jeszcze do centrum handlowego zobaczyć czy gdzieś nie będzie zeszytów. No i oczywiście, że są ale kurde tylko w linie. Nie mogę nigdzie znaleźć w kratkę. Paranoja jakaś. Jeden jaki był kosztował 7 funtów wiec chyba ich powaliło. Jak tam szedłem to przechodziłem obok zakładu gdzie mam wywołał zdjęcia.  No ale jeszcze jedno nie było zrobione. No to wszedłem na piętro i zacząłem się rozglądać za obiektem. I nagle patrzę, jest idealne zdjęcie. Siedzą sobie dwie babki i jedzą obiad a za nimi napis Health. No po prostu pięknie. Chwilę mi zajęło zanim się zebrałem w sobie i poszedłem do nich. Cała gadka o tym, że ja to student i w ogóle a one, że pewnie rób pan zdjęcie. No to ja wyciągam swój profesjonalny aparat jednorazowy i w tym momencie Panie padły. No w sumie nie dziwię się. Student fotografii chce im zrobić zdjęcie aparacikiem za funciaka. Wytłumaczyłem spokojnie, że wykładowcy chcą zobaczyć w ten sposób mój pomysł a nie technikę. No dobra pośmiały się, przestały wierzyć, że ja student i zapozowały mi chwilkę udając, że nie wiedzą o zdjęciu. No bo to o to w końcu chodziło ale pomyślałem, że jak po prostu walnę fotkę to mnie zastrzelą czy coś więc lepiej, żebym je ostrzegł. Zrobiłem, podziękowałem, powiedziałem, że będą moją A grade i poszedłem. Widziałem jeszcze jak się śmiały ale miałem to gdzieś bo mój projekt był skończony. Zaniosłem zdjęcia do wywołania i wróciłem do siebie. Zahaczyłem jeszcze o asde i kupiłem sobie pycha pizze za funciaka i wode za 17p. Skonsumowałem musze przyznać naprawdę dobrą włoską robotę i odpoczywam teraz. To tyle na razie. Resztę dopiszę później. Wrzuciłem fotkę kolegów niemców a o godzinie &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=VZRKT_ethp8" target="_blank"&gt;19 45...!&lt;/a&gt;&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;No to wróciłem z meczu. Ogólnie mówiąc było fajnie. Drużyny nie były zbyt niesamowite więc i gra nie była jakaś oszałamiająca. Ale 22200 ludzi na stadionie robiło swoje. Może dla niektórych fanów ta liczba nie jest czymś nadzwyczajnym ale na mnie zrobiło to wrażenie. Zaczął się mecz, minęło 13 sekund i padł pierwszy gol dla naszych. To było niesamowite bo cały stadion zaczął się drzeć jak porąbany i nawet nie wiem kiedy zerwałem sobie wszystkie struny głosowe. Potem już w sumie nic specjalnego. Gol dla nich gol dla nas i wilki wygrały. Było kilka ciekawych akcji kilka śmiesznych też kiedy np sędzia boczny pokazał aut na jedną stronę a sędzia główny na boczną, albo moment w którym z 5 piłkarzy pod rząd się poślizgnęło kiedy próbowali kopnąć piłkę. Latali jak na lodzie. Podobało mi się jak ludzie narastali krzykiem kiedy nasi się zbliżali do bramki albo kiedy klaskali przy każdej okazji. Za mną siedział trochę napruty gościu który ciągle wstawał i się darł bez powodu oraz próbował zapalić fajkę co jest całkowicie zakazane na całym stadionie. Za chwilę podszedł do niego ochroniarz i chciał wyprowadzić ale tamten marudził marudził i go zostawili. Po paru minutach przyszedł gościu tak wielki, że ludzie siedzący w tym rzędzie wpadali w jego pole grawitacyjne. Wzięli faceta i już nie wrócił. No i to tyle z meczu. Jak wszyscy wychodzili to jakiś biedny dziadziuś źle stanął i poleciał do przodu. 5 facetów razem ze mną rzuciło się, żeby go łapać i dobrze, że się to udało bo po czymś takim to mógł być ostatni mecz jaki oglądnął. Ogólnie podobało mi sie ale mecz sam w sobie był cienki. Niemcy natomiast mówili, że są zawiedzeni i, że u nich to wygląda dużo lepiej. No nic. Musiałem to zaliczyć tak jak zaliczam  produkty zrobione przez asde czym ryzykuję wycięciem wszystkich organów odpowiedzialnych za moje funkcjonowanie ale smakują bardzo dobrze więc może nie będzie ze mną tak źle.&lt;br /&gt;Cheers!&lt;br /&gt;&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-266190903572877637?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/266190903572877637/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=266190903572877637' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/266190903572877637'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/266190903572877637'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2008/09/8-days-on-battlefield.html' title='8 days on the battlefield'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-7562375918033347519</id><published>2008-09-15T19:32:00.000+01:00</published><updated>2008-09-16T09:09:25.396+01:00</updated><title type='text'>7 days on the battlefield.</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;No i zaczęła się szkoła. Na godzinę 10 poleciałem na Art &amp;amp; Design (jak to dumnie brzmi) przy wejściu pogadałem z jakąś biedną przestraszoną Angielką i pokierowałem się na swój wydział. Wchodzę do klasy i widzę gościa rodem z klipu blog 0.27 Jakiegoś innego powalonego z fryzurą z lat 80' no i poza tym całkiem sporo normalnej wiary. Tak około 30/40 osób. Ale będziemy podzieleni więc nie ma problemu. Siadam sobie grzecznie z tyłu pomiędzy jakimiś normalnie wyglądającymi gośćmi. Wchodzą wykładowcy i zaczynają gadkę. Jedna babka, oczywiście uśmiechnięta ale całkiem w porządku wyglądająca. Gościu który jest mega podobny do Reissa i dwóch innych lekko postrzelonych czym sobie bardzo dużo u mnie już na starcie zyskali. Jedne wyglądał jak George Clooney tylko z inną fryzurką. No i zaczęli przemawiać. Najpierw Piotruś opowiedział o tym jak ważne jest aby dobrze rozkładać czas między nauką pracą i innymi. Dorzucił, że na innych kierunkach można sobie nie chodzić na zajęcia i da się to nadrobić z książek natomiast u nas wszystko przychodzi na wykładach. Trochę postraszył tym, że nie będzie łatwo bo to nie jest tylko takie sobie strzelanie fotek po czym trochę pocieszył przedstawiając nam starsze koleżanki, między innymi Justynę. Potem mieliśmy chwilkę na poznanie naszych krzesło mate. Ci goście okazali się bardzo w porządku więc mam już jednego kumpla. Mówię jednego bo drugi przeniósł się z Birmingham i będzie na drugim roku niestety. Szkoda bo facet ma na oko z 30 lat i był naprawdę rozgarnięty. No i pięknie mówił oczywiście. Potem przyszła przerwa na lunch a następnie dalsza część. Spotkałem jednego polaka w pokoju obok i się okazało, że robi stronkę dla uniwerku i ogólnie pracuje na nim więc ma fajnie bo jego masters jest za darmo. Pogadaliśmy po czym wszedłem do sali i zaczęły się zajęcia. Ci śmieszni goście porozmawiali z nami o 5 podstawowych aspektach, które można uchwycić na zdjęciu. To było bardzo ciekawe bo szczerze mówiąc po takim jednym godzinnym czy tam półtora, zacząłem rozumieć gdzie jest sens w niektórych pozornie gównianych zdjęciach. Np. jak ktoś sfotografował zlew w połowie to już wiem, że nie koniecznie musi to być błąd ale próba zmuszenia odbiorcy do spojrzenia na ten obiekt w innym sensie. Wtedy trzeba zacząć się dopatrywać sensu w czymś innym. To się nazywa "frame" ale temat ten jest dużo szerzej pojęty bo np. można też tą techniką łączyć rzeczy pozornie nie pasujące do siebie. Poza tym przedstawili nam jeszcze 4 inne i kazali na jutro zrobić zdjęcia w każdej z nich. Dali nam nawet aparaty. Tak więc dostałem profesjonalny aparat jednorazowy z zastrzeżeniem, że jak ktoś sobie nie poradzi z jego obsługą to chyba niestety nie może studiować fotografii. Jutro mam iść oddać fotki do wywołania gdzie wszystko jest już opłacone. Dając nam te gówniane aparaciki chcieli na nas wymusić kreatywność a nie koniecznie wykonane techniczne. Dlatego powiedzieli, że mamy trzaskać co nam przyjdzie do głowy ale w tych tematach. Mi jeszcze brakuje pomysłu na technikę "vintage point" w której chodzi o to, że jeśli obiekt lub osoba fotografowana nie może się przesunąć czy pozować to dlaczego fotograf nie miał by tego zrobić. Technika trudna do rozpoznania ale bardzo często nieświadomie używana. Natomiast właśnie zastosowanie jej w momencie kiedy sami tego chcemy jest dość trudne. Ale przykładem może być np. kobieta idąca ulicą która wiadomo, że nam się nie zatrzyma ale fotograf ustawi się tak aby oddać na zdjęciu wszystko czego chce. Swoją drogą większość czasu oglądaliśmy zdjęcia robione w tych technikach i interpretowaliśmy je. Wiara wyciągała z nich takie drobnostki, że nie mogłem w to uwierzyć, że fotograf chciał mieć to na myśli ale sam też wziałem udział w dyskusji i byłem z siebie dumny. Dostaliśmy również swoje plany lekcji. Ogólnie wygląda to tak, że mam 12 godzin zajęć w tygodniu z tym, że jest bardzo dużo projektów do robienia więc tak naprawdę większość czasu się pracuje w domu. I to naprawdę się sporo robi, po tym co widziałem u Justyny. Mam jak narazie takie przedmioty:&lt;br /&gt;Reserch and Study Skills in Art and Design,&lt;br /&gt;Photography: Visual Language and Creative Practice,&lt;br /&gt;Location, Studio and Darkroom Workshop Practice&lt;br /&gt;Development, Presentation and Critical Analysis in Photography.&lt;br /&gt;Brzmi to naprawdę ciekawie. Ogólnie codziennie po trzy godziny wykładów i praktyk poza piątkami które zostawili mi wolne. I zajęcia zaczynają się o 10 co jest fajne. Na końcu jeszcze rozmawialiśmy osobiście z tutorami czy wszystko jest w porządku, czy mamy jakies problemy itd itd. Zapisywali sobie różne bajerki. Wcześniej wypełniliśmy ankietę i na tej podstawie będą obserwować czy z naszą psychą jest spoko i czy sobie ze wszystkim radzimy. Fajna sprawa szczerze mówiąc. Wróciłem do domu, zjadłem sobie pyszną sałatkę warzywną samodzielnie przyrządzoną i poszedłem z Zanyia po bilety. No właśnie. Jutro idę na mecz. Tak, ja na mecz. To pasuje do siebie jak posolenie truskawek z bitą śmietaną. Ale podobno atmosfera na tych meczach jest niesamowita i nieporównywalna do tych naszych. Mówio, że całe trybuny panie pełne. Jak będzie zobaczymy. Przy okazji trzasnąłem fotki do projektu bo się nasunęło mi kilka pomysłów. Weszliśmy do asdy jeszcze bo tam jest maszynka do rozmieniania drobnych na grubsze. Zanya wrzucił tam cała kasę i wyszło na to, że ma z tego 2.17 funta. Hehe śmiać mi się chciało jak dostał kupon z którym poszedł do informacji i wypłacili mu oczywiście w monetach. Ale to i tak lepiej niż nosić cały portfel drobniaków. Następnie wróciliśmy, napisaliśmy jego CV i pooglądaliśmy z facetami Family Guy i South Park. W mojej kuchni jakaś popijawa teraz jest ale ja idę spać bo znowu miałem problem żeby się obudzić. Musiałem lecieć rano do sklepu po bułki i jadłem je w drodze dlatego dzisiaj o normalnej porze się kładę i będę mógł jak człowiek zjeść śniadanie.&lt;br /&gt;Właśnie, zapomniałem o najlepszym. Zamiast dostawać od nich stertę papierów na każdy temat, dali nam smycz z 2 gigowym pen drivem ukrytym w klamrze i tam wrzucili wszystkie dokumenty. Poza tym będzie można go teraz używać do przenoszenia projektów czy coś. Ekstra sprawa.&lt;br /&gt;And of course, peace on the world!&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-7562375918033347519?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/7562375918033347519/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=7562375918033347519' title='Komentarze (3)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/7562375918033347519'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/7562375918033347519'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2008/09/7-days-on-battlefield.html' title='7 days on the battlefield.'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>3</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-3581341780411541181</id><published>2008-09-15T02:11:00.000+01:00</published><updated>2008-09-16T00:07:29.953+01:00</updated><title type='text'>6 days on the battlefield</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Dostaję od was wiele listów w których prosicie mnie abym opublikował swój plan zajęć. Obiecuję, że to zrobię jednak jeszcze nie teraz gdyż wymaga on ostatecznego potwierdzenia a poza tym musiał bym posprawdzać dokładnie kiedy jest jaki przedmiot gdyż mam jedynie napisane jakie to będą. Proces ten wymaga trochę zabawy i jeśli jutro na spotkaniu z tutorami nie dostanę gotowca to obiecuję, że zamieszczę co mnie czeka. Dzisiejszy dzień w sumie nie należał do niczego specjalnego, ale jutro zaczyna się welcome week z masą zajęć więc pewnie będzie o czym czytać. Ale wracając. Około 12 spotkałem się z Zanyia żeby popracować nad jego CV. Nie zrobiliśmy dużo gdyż zadzwoniła jego siostra mieszkająca w Londynie, że jest w Wolver. No to chłopak poleciał do rodziny a ja poszedłem do Niemców. Okazało się, że jest tam jakiś nowy komrade. Gościu tak na  oko 25 lat. Facet miał 18 i był z Anglii. Niestety z tej części gdzie akcent jest tak piękny jak dźwięk kosiarki najeżdżającej na kamień. Od niego niestety chyba nie załapię cudownej angielskiej mowy. Ale dude naprawdę spoko. Pogadaliśmy tak około od 5 minut do 7 godzin. Niestety chłopaki w którymś momencie załapały fazę na piłkę no i się za dużo nie wypowiedziałem. W trakcie jak leciały mecze ja pisałem swój list motywacyjny. Myślę, że wyszło mi całkiem nieźle. Wysłałem już go razem z CV i jeśli mi się tam uda to będę zapylał w kawiarence akademickiej za 5.80 na godzinę. To całkiem niezła stawka. Swoją drogą znalazłem posadę dla instruktora pływania i płacą od 11 funtów. Muszę pomyśleć nad tymi angielskimi papierami. Zapomniałem powiedzieć, że na ulicach była wielka impreza. Dzisiaj był dzień oficjalnego przyjazdu wszystkich angielskich studentów więc zjechało się ich od cholery i świętowano to hucznie. Zanya wpadł i zapytał czy nie chcę poznać jego siostry. Ja, że pewnie i poleciałem. Bardzo fajna i miła babka. Pogadaliśmy chwilę po czym odjechała razem ze swoim czarnym bratem porsche boxsterem. Każdy każdemu trzymał szczenę po tym widoczku. W którymś momencie wjechał nam na chatę kobiecy oddział komandosów i poinformował, że za chwilę idziemy na kolejne spotkanie. No to zwlekliśmy ociężałe tyłki i ruszyliśmy się trochę. Zaprowadzono nas na wydział biznesu i posadzono w genialnej sali. Pod sufitem wisiały dwa ogromne projektory, ale naprawdę wielkie i dawały obraz na dwa ekrany wielkości średniego bloku mieszkalnego. To było bardzo ciekawe, że są dwa szczególnie, że wykłady na nich można by oglądać z kosmosu. Oczywiście działały pięknie. Kolejny bajer który od razu zauważyłem w trakcie tego spotkania. Jak u nas w szkole, miało być jakaś większa impreza, to się miało jakieś 0.27% szans, że wszystko pójdzie po naszej myśli. Wykonanie na odpierdziel i ciągłe awarie doprowadzają do furii. Natomiast tutaj, wszystko działało perfekcyjnie. Wyglądało zresztą też. Żadnych kabli, żadnych pudeł nie na miejscu, wszystko uporządkowane i wsadzone ładnie do skrzyneczki. Swoją drogą poza ładnie ukrytymi przewodami na ścianie nie widziałem, żadnych innych więc nie mam pojęcia jak np. monitor dla wykładowcy łączył się z komputerem który był we wcześniej wspomnianej skrzyneczce oddalonej jednak trochę od niego. No ale dobra. Siadamy sobie na wygodnych i bynajmniej nie drewnianych krzesłach w stylu kinowym. Nie muszę zajmować miejsca obok na swoje nogi, jest mi wygodnie, i wszystko widzę, na tych ogromnych ekranach. No po prostu genialnie. Przychodzi gościu i puszcza nam &lt;a href="http://www.youtube.com/watch?v=POl4vFp-5os" target="_blank"&gt;ten teledysk.&lt;/a&gt; Z poukrywanych wszędzie głośników ryknęła muzyczka. Po sali przeszedł pomruk pośmiechiwania w którym sam uczestniczyłem. Po muzyczce facet strzelił tekstem o jednak lubieniu poniedziałków i zrobił fajną prezentację apropo wszystkiego i nauki tutaj. Potym przyszła babka mówiąca czego nie wolno i jak si zachowywać. Następnie gościu z ochrony który niczym Dave Chapelle wygłosił mowę o bezpieczeństwie i jeszcze dziewczyna z students care czy jakoś tak, która zapewniła, że jak zadzwonimy o 3 w nocy to będzie pleased to help us. W między czasie była jeszcze babka z students union, która zaprosiła wszystkich na imprezę. Po tym wszystkim ludzie szli na wspomniane wcześniej party a my jednak wróciliśmy do domu bo po tym tygodniu jestem zdeka zniszczony i nie chciało mi się iść znowu balować. Posiedzieliśmy razem, pooglądaliśmy family guy i south park i wróciłem do siebie. W kuchni spotkałem Holenderki i jakiegoś nowego Anglika. On już na szczęście miał super pure English więc rozpływałem się jak go słyszałem. Ale i tak najgenialniejsze były dzieci w sklepie w których akcencie byłem tak zakochany, że przestraszyłem ich rodziców gdy je podsłuchiwałem i udawałem, że wybieram zasypkę czy posypkę do pupci. Posiedzieliśmy jeszcze dość długo aż wrócili wszyscy z imprezy. Zanya zahaczył o nas z fajną kobietą i zniknął równie szybko. Z 10 osób krzątało się po kuchni. Zabawna sprawa. W końcu i my się poddaliśmy i poszliśmy spać. Nie trwało to 5 minut jak znowu byłem w kuchni rozmawiając z Frauke. No a teraz o godzinie 2.41 siedzę i myślę sobie jak dobrze, że poszedłem wcześniej spać bo jutro nie będę miał problemów ze wstaniem.&lt;br /&gt;Muszę trzasnąć jeszcze dygresje apropo Anglii. Ci ludzie są cholernie ekologiczni. Nie tylko pod względem recyklingu ale również produktów spożywczych i ich opakowań. Na każdym można znaleść skład procentowy surowców wtórnych a większość jedzenia jest organic czyli jak już się dowiedziałem bez sztucznych oprysków itd. Może dlatego z mojego Heinza wytrąca się woda a pomidorki które kupiłem wcale nie mają zależności liczbowych w swoim wyglądzie tylko po prostu są. Ale. Mimo tej całej wielkiej ekologiczności w kibelku mamy basen zamiast spłuczki. Woda która jest zużywana w trakcie jednego spuszczenia napełniła by mi wannę. Ta mała Niagarka przelewa jej takie masy, że gdyby ktoś chciał komuś "spuścić głowę w kiblu" to rzeczywiście by to zrobił.&lt;br /&gt;Od jutra ciekawy tydzień to będzie o czym pisać.&lt;br /&gt;16 tygodni.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-3581341780411541181?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/3581341780411541181/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=3581341780411541181' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/3581341780411541181'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/3581341780411541181'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2008/09/6-days-on-battlefield.html' title='6 days on the battlefield'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-4789794326322192510</id><published>2008-09-14T03:38:00.000+01:00</published><updated>2008-09-14T13:21:57.672+01:00</updated><title type='text'>5 days on the battlefield</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Kiedy rano wspominałem o tym, że pogoda pewnie się spieprzy nie zdawałem sobie sprawy jak bardzo się myliłem. Dzień ten ogłoszono świętem narodowym bo nawet przez sekundę nie spadła kropla deszczu i cały czas świeciło słońce. Jako, że chyba cały akademik był zniszczony piątkowym wieczorem do godziny 14 nikt się na ulicach nie pojawiał. Dziewczyny poleciały załatwiać jakieś sprawy na mieście a ja zostałem z Frauke w domu. Pogadaliśmy trochę a potem załatwialiśmy swoje sprawy. Znalazłem kilka ciekawych ofert pracy. Zobaczymy co z tego wyjdzie. Następnie wybraliśmy się zgłosić jeszcze raz uszkodzony piekarnik. Dali nam formularz i go wypełniliśmy choć długo nam zajęło formowanie uprzejmych i poganiających zdań zarazem. Potem przyszedł czas na asde i z powrotem w domu. Była juz godzina 16 o dziwo więc zjedliśmy jakiś obiad i wróciliśmy do ważnych zajęć no bo co innego można robić w akademiku. Nagle przyszli goście od pieca ale obydwaj Irlandczycy więc jak zaczęli między sobą zapieprzać to chciałem narysować małego ludzika na palcu, żeby nie czuć się samotnie i głupio. No i wszędzie "A" na końcu. Novembaaa, albo zakończenia zdań w stylu "let's repair it's JA!" wymawiane na jednym wdechu. Wieczorkiem miałem się spotkać z wczorajszymi facetami. Niestety ich korytarz był głuchy na pukania w drzwi. W końcu sami zawitali do nas. Zapytali co robimy i ustaliliśmy, że lecimy do nich czyli piętro niżej. Ich stolik kuchenny był cały zastawiony carlsbergami no ale w końcu jest tam dwóch Czechów (jeden doszedł). Nagle zaczęli schodzić się ludzie aż w końcu nie było miejsca to przenieśliśmy się do Randall Lines. Tam natomiast było jeszcze więcej ludzi. Po jakimś czasie i rozmowie z dziwnymi personami stwierdziliśmy, że idziemy do pubu. To co kocham w tym miejscu to te,  że w żadnym pubie nie wolno palić. Tak więc siedzimy w genialnym angielskim klasycznym, oni sączą znowu inne piwo a ja delektuje się niesamowitą atmosferą, miłymi ludźmi i połączeniem angielskiego stylu z nowoczesnością. LCD to tam wszędzie były ale świetnie się komponowały z drewnianymi eleganckimi wykończeniami. Jednak jedna dziwna rzecz. Bez tych papierosów było tam jakoś tak przejrzyście. Przyzwyczaiłem się, że jak wychodzę z pubu w Polsce to kładę się na ulicy i czekam aż przejedzie po mnie samochód-zamiatara bo inaczej to muszę ze dwa razy się myć, żeby pozbyć się smrodu fajek ze skóry i z 500 żeby wybawić go z włosów. Natomiast tutaj pełna kultura. Nagle delikatnie rozjaśniły się światła a głos niczym speakerski powiedział, że za pół godziny zamykają. Po wspomnianych 30 minutach Pani ochroniarz zachowując pełną dystynkcję wydarła się jak porąbana. Nikt z nas nie wiedział co krzyknęła a kolega Nigeryjczyk ma przecież ang jako nativ. Natomiast Niemiec ratował swojego towarzysza bo biedak się przestraszył i połknął swoje migdałki. Poszliśmy więc powoli z powrotem i usiedliśmy wygodnie w kuchni. Murzynek poczęstował whisky z sokiem jabłkowym podgrzane w mikrofalówce co muszę powiedzieć było naprawdę dobre. Następnie rozmawialiśmy i rozmawialiśmy aż w oknie ukazały się dziewczyny. Usiadły z nami i po jakichś 15 minutach, naprawdę nie wiedząc jak się zaczęła, rozpętała się wojna Holendersko-Niemiecka. Jedna z dziewczyn troszeczkę przesadziła generalizując naród na N. Pertraktowali długo i głośno i nawet najgenialniejsze pomysły jak zaproponowane rozmowy o sexie nie pomagały. Na szczęście uspokoili się szybko i można już była normalnie rozmawiać. Zaczęliśmy padać powoli i stwierdziliśmy, że idziemy spać. Zahaczyłem jeszcze do Niemców po butelkę którą zostawiłem w lodówce. Przez przypadek otworzyłem zamrażalnik (który jest zupełnie oddzielną maszyną) i zaśmiałem się rzewnie bo okazało się, że ktoś zostawił piwo które eksplodowało. Na drzwiach wisiał lód a z butelki powoli sączyła się na wpół zamarznięta piana. Wyłożyliśmy je do zlewu i chwilę jeszcze rozmawialiśmy a tu nagle JEBS! i kolejna porcja złotego naboju przebiła dziurę do sąsiadów z góry, w sensie do mnie. Tak po prostu, piwo postanowiło sobie beknąć rzewnie wylewając przy tym dość sporo swojej zawartości. Załapałem niezłą padaczkę i jak już w końcu się uspokoiłem to wróciliśmy do naszego korytarza. Wsunęliśmy jeszcze po sztucznej naturalnej prawdziwej zupie z prochu i poszliśmy do pokojów. Na pytanie kiedy znajduję czas pisać notki odpowiem, że np. teraz kiedy u mnie jest godzina 4 rano.&lt;br /&gt;Mam już swój plan lekcji. Na razie sporo dziwnych przedmiotów jak "site and spatiality" ale wszystko wygląda ciekawie więc się cieszę.&lt;br /&gt;Idę spać bo za chwilę będę zbierał swoje zęby z biurka.&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-4789794326322192510?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/4789794326322192510/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=4789794326322192510' title='Komentarze (4)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/4789794326322192510'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/4789794326322192510'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2008/09/5-days-on-battlefield.html' title='5 days on the battlefield'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>4</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-2373748334133520843</id><published>2008-09-12T18:34:00.000+01:00</published><updated>2008-09-13T14:54:15.914+01:00</updated><title type='text'>4 days on the rainy battlefield.</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Dzisiaj dzień zaczął się od deszczu. Jak na Angielską pogodę przystało leje cały czas z małymi przerwami. Poszliśmy na stadion zachacząjąc przy okazji o Randall Lines (tańszy akademik) po resztę wiary. Okazało się, że stała już tam jakaś ekipa a wśród nich pomoc studencka. Miedzy innymi taki większy gościu ze śmieszną bródką i czapeczką który zaproponował pomoc w dotarciu. Mega pozytywny i zabawny. Kiedy chciałem pospieszyć swoich usłyszałem od poznanego wczoraj gumowego Holendra: "Why so rush maaaaan?" Rozbroił mnie tym. Pogłaskałem chłopaka po główce, dosypałem mu więcej ziela do kawy i czekałem cierpliwie. Doszliśmy na stadion i okazało się, że nie idziemy na boisko czy trybuny ale do pomieszczenia dla vipów. Wielka sala z przeszkloną szybą z warunkami bardzo nie stadionowymi. Na początku podzielili nas na dwie grupy i zaprosili do sali. Tam kazali się ustawić w wielkim kole alfabetycznie według krajów i zapoznać się wszyscy. Okazało się, że polaków to tam jest dość sporo. Jako jedyny komentarz pozostawię to, że poznałem bardzo miłego hindusa, robiącego masters z medycyny. To tyle apropo poznawania się ze swoim narodem. Następnie wróciliśmy do tamtej sali i zaczęła się cała seria przemówień. Niektóre całkiem pomocne inne kompletnie bez sensu. W między czasie zapoznałem się z Willem Smithem. Siedział sobie taki genialny murzyn, który był do niego podobny. Szczególnie, że w marynarce, koszuli i czarnych okularach. Okazał się genialnym facetem i zaczęliśmy rozmawiać bo akurat nastała przerwa. Obok niego usiadł jakiś inny murzynek i również sie poznaliśmy. Oni też tutaj przyjechali aby robić masters z czegoś związanego z budownictwem. Wytłumaczył mi wieczorem w pubie, że jak architekt narysuje budynek, to oni wszystko obliczają i wdrażają projekt w życie. Ale to później. Dotarliśmy w końcu do ostatniego przemówienia, facet uwinął się szybko i przyszedł czas na lunch. O tak, na to tak naprawdę wszyscy czekali. Myślałem, sobie, że wjadą jakieś kanapeczki jak to u nas przeważnie bywa i będzie fajnie. Jednak to co zobaczyłem tam spowodowało, że znowu musialem zbierać szczenę małą miotełką do papierowej torebki. Takiego jedzenia to ja mieszkając tutaj więcej nie skosztuje. Przede wszystkim było tam ze 700 rodzajów potraw. Poczynając od takich banałów jak ziemniaki w formie grubaśnych frytek i nachosy na przegryzkę, przechodząc przez kilka rodzajów tortilli, zachaczając o jakieś nadziewane ciasto francuskie, zgarniając pizze róznego rodzaju a kończąc na szaszłykach z kurczaka. Na bank coś tam pominąłem bo strasznie chciałem wszystkiego spróbować ale odpuściłem sobie kiedy mój jedzeniowy kopczyk osiągnął wielkość małego mount everesta. Zalaliśmy to wszystko szklaneczkę schłodzonej wody z pomarańczą i... poszliśmy po więcej. Razem z Zanya (murzynek) doszliśmy do wniosku, że taką wyżerkę trzeba wykorzystać i wrąbaliśmy jeszcze po kawałku innej tortilli. Teraz wiem, że była to przesada no ale jaki student by o tym myślał mając przed sobą darmowe jedzenie. Zdaję sobie sprawę, że dopiero zaczynam ale nie mając jeszcze pracy muszę być oszczędny. Jako, że nie miałem po tym nic szczególnego do roboty stwierdziłem, że pomogę Smithowi załatwić ID kartę. Okazało się, że studenci z Afryki mają niesamowicie skomplikowany ten proces. Jednak UE dała mi w tym wypadku dużo bo poza przerwą obiadować która mnie opóźniła moja droga do szpanerskiego paska magnetycznego trwa z 20 minut natomiast on się ze wszystkim męczył z 3 godziny. Głównie dlatego, że były jakieś jaja z jego systemem internetowym. W między czasie oczywiście nastała przerwa obiadowa i musieliśmy czekać ale za to udało nam się lepiej poznać. Gościu mieszka w Ghana w mieście Akra. Ma u siebie 3 miliony innych ziomków i mówi, że życie tam jest duuużo prostsze. W końcu wszystko było gotowe. Ja sobie poprawiłem CV i wydrukowałem jeszcze kilka tym razem na swój rachunek (okazało się, że ten system działa troszkę inaczej. Po prostu człowiek się loguje do kompa i ma wszystko swoje na całym uniwerku tak samo. Karta jest potrzebna tylko do ksera. Dlatego wczoraj wydrukowałem na czyiś rachunek bo się nie wylogował więc myślałem, że będę swoje dane podawał później czy coś.). Chcieliśmy sie już wybierać do banku gdy spotkaliśmy Justynę. Pyta się czemu nie odpisuje i co się z nami dzieje. Że dzwoni i wszystko a ja nic. No niestety zmieniłem kartę w tel i za bardzo nie miałem jak dostać smsów a ona chciała się spotkać godzinę wcześniej. Zanya poleciał do kibelka. Nie wraca od 10 minut. Już się zaczęliśmy martwić, że go coś wciągnęło a tu nagle idzie nas czarny kolega i mówi, że go wychaczyła Pani z banku i chce mu konto zakładać. No to świetnie, idziemy tam i jest moja znajoma pulchna babka. Przywitałem się ładnie i zacząłem dyskusję. Pani nam dała żelki i razem z Justyną po bardzo miłej rozmowie Pani stwierdziła, że da się coś załatwić. Założyła mi konto w promocji na 4 miechy, potem 2 miechy będę musiał płacić 2 funciaki miesięcznie a następnie zmienią mi na jakieś najbardziej basic i będzie za free. No to spoko. Wszystko można jednak załatwić. Rozmowa była niezmiernie miła a Pani bankowa cały czas żartowała sobie ze swoją koleżanką. Genialna jest ta obsługa klienta. Były naprawdę z natury miłe i nie dopatrzyłem się w tym ani minimum rzekomej fałszywości. Skoro to załatwiliśmy to chcieliśmy jeszcze się zapisać do agencji pracy i do student's union ale o dziwo wszystko trzeba załatwiać przez internet. W sumie logiczne, od razu mają nas w systemie. Skoczyliśmy jeszcze do asdy po chili con carne i poszliśmy szamać. Okazało się, że to gotowe danie niestety nie jest szczytem pyszności. Ale w końcu jedzenie. Wieczorkiem wpadł Zanya i razem z dziewczynami a także Niemcami i Czechem, których właśnie poznaliśmy w naszym akademiku poszliśmy na miasto. Prowadziły dziewczyny więc zanim gdzieś dotarliśmy skończył sie wieczór i zaczął już następny. Nareszcie zaszliśmy do jakiegoś klubu. Wielcy ochroniarze na wstępnie sprawdzili wszystkie dowody. Ja z Zanya nie wzięliśmy dokumentów ale z nami nie był problemów. Klub całkiem w porządku. Ale wiadomo, muza niczym walenie głową i ścianę. Weszliśmy po schodach do innej części. A tam jak na komediach, my wchodzimy, nagle rozmowy ucichły i wszystkie oczy na nas. Poczułem się jakbym tam stał bez gaci i pomyślałem, że może wrzucę granat w ten tłum mierzących nas oczu a potem ucieknę. Nagle podszedł jakiś gościu i powiedział nam co się dzisiaj dzieje. Dał jakieś ulotki o zbliżających się imprezach i zaproponował, żeby przyjść w niedzielę na freshers party. Ludziki przestały nas mierzyć i zajęli się swoimi sprawami. Ogólnie klub wyglądał ciekawie. W wielkiej starej kamienicy, z zachowaną oryginalną architekturą w środku więc wszystkie zdobienia i cholernie wysokie stropy ciekawie się zlewały ze sprzętem. Poszedłem do kibelka a tam łaźnia jak w horrorach. Wielkie długie koryto do sikania, mało światła a umywalki to też wielka wanna postawiona w poprzek. Ale najlepsze były krany, bo standardem są te guziczkowe dozowniki wody wyłączane czasowo. Tam również takie były ale po dwa dla ciepłej i zimnej wody. Na ścianie za to jak to w większości takich miejsc automat z kondomami. Podchodzę z ciekawości patrzę i ku mojemu zdziwieniu okazuje się, że to wcale nie prezerwatywy a gumy do żucia. Nawet takie z witaminkami. Ciekawe jak bardzo musiał się zdziwić jakiś napruty gościu który rano obudził się z zaklejonymi przewodami. Wychodzę  stamtąd i razem z Zanyią stwierdziliśmy, że tu jest do dupy. Spotkanych wcześniej dwóch Niemców i Czech myślało tak samo. Powiedzieliśmy dziewczynom, że idziemy do jakiegoś klasycznego angielskiego pubu i tak też zrobiliśmy. Weszliśmy do jednego naprzeciwko Royal London który wyglądał za drogo. Ochroniarze mnie przepuścili razem z murzynkiem ale naszych 24 i 21 letnich kolegów już nie. Usiedliśmy wygodnie przy stole i już nam się zaczęło podobać. Muzyka genialna, stare dobre hiciory jak również nowe kawałki wszystkich rodzajów. Stwierdziliśmy, że idziemy po dobre klasyczne angielskie piwo. Mówię do Pana, że poproszę Longbow'a. On coś mi odpowiedział, proponując inne napoje, a że było głośno i nie usłyszałem pierwszych wyrazów to nie wiem czy powiedział, że nie ma tego piwa czy, że jest promocja i po prostu chciał mi dać coś jeszcze. Nagle patrzę a w lodówce piwo "K" które mi Zanya polecał. No to mówię Panu, że jednak to bym wziął. On mi proponuje smaki, podaje buteleczkę, odwraca ją a tam napis "VK". Pierwsza literka oczywiście oznaczała "vodka". Wkurzyłem się bo gościu już mi otworzył butelkę i nie zdążyłem go zhaltować. Wszyscy siadają z fajnymi szklankami i dobrym piwem a ja z tym cholernym drinkiem. Mieli trochę swojego czasu i lekko śmiali się ale sam z siebie również lałem więc spoko. Nagle podszedł jakiś koleś z tacą Guinessów i dał nam kilka. Podeszło kilka kobiet i nam gwizdnęły dwa ale zostały trzy małe piwka. Facet dorzucił jeszcze kupony na następne i życzył smacznego. Taka reklamówka się okazało. Zanya zaraz oddał mi swojego, żebym już nie czuł sie tak gejowsko bo to akurat ja zostałem pozbawiony przez dziewczynę swojej ciemnej przyjemności. Wznieśliśmy toast za skrzywdzone czeskie serce i wypiliśmy grzecznie. Poszliśmy po następne dzięki darmowym kuponom. Trzeba tam było wpisać swojego maila. Cały bar zaangażował się w szukanie piszącego długopisu a Zanya powoli został okrzyknięty wudu masterem bo wszyscy potrafili wydobyć niebieską kreskę tylko nie on. Ktoś chyba sterroryzował jego kartkę więc wyrył napis dłutem i młoteczkiem i już mógł odebrać swoją nagrodę. Oczywiście wszyscy wpisali wymyślone maile jak to Polacy. Tzn, jeden Polak, Niemiec, Czech i Nigeryjczyk. Po kilkunastu godzinach spędzonych na świetnych rozmowach pub o dziwo zaczęli powoli zamykać więc zwinęliśmy się do akademika. Pani ochroniarz na do widzenia pogadała chwilę z nami, powiedziała gdzie się w nocy nie zapuszczać i ostrzegła przed klubem w którym byliśmy. No to teraz już wiemy. W drodze powrotnej chłopaki jeszcze kupiły cyder czy jak to się tam mówi i posiedzieliśmy u nich do drugiej razem z Holenderkami bo akurat wracały. Jak już wróciłem na swoje piętro to jeszcze rozpieprzyłem to coś co miało udawać wyłącznik światła bo Niemcy mieli dokładnie taką samą technikę jego wyłączania. Niestety w trakcie testów okazało się, że nie chce się już to światło włączyć z powrotem więc po udanej dramatycznej walce po prostu zostawiłem je jak jest. Na szczęście ulotki jak na razie spisują się dobrze i nic mnie nie razi. Dzisiaj też chcemy gdzieś wyjść. Jak na razie ku mojemu wielkiemu zdziwieniu pogoda jest przepiękna choć coś czuję, że wielki almighty i tak zadba o jej spieprzenie bo już nadciągają jakieś chmurki. Zaraz idziemy opieprzyć recepcję, że nikt nam pieca nie naprawia i co to za suchar z tym światłem na korytarzu. Chyba muszę w końcu zlikwidować grzyba którego mam na oknie i kupić sobie poszewki na kołdrę.&lt;br /&gt;Nowe zdjęcia dodałem ale pomieszałem je z innymi więc patrzcie uważnie.&lt;br /&gt;Peace!&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-2373748334133520843?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/2373748334133520843/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=2373748334133520843' title='Komentarze (2)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/2373748334133520843'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/2373748334133520843'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2008/09/4-days-on-rainy-battlefield.html' title='4 days on the rainy battlefield.'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>2</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-8758964492968441690</id><published>2008-09-11T19:50:00.000+01:00</published><updated>2008-09-12T19:48:26.172+01:00</updated><title type='text'>3 days on the battlefield</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Dzisiaj dzień był całkiem ciekawy. Zaczęło się od tego, że obudziły mnie sprzątaczki krzątające się po naszej kuchni. Wstałem więc i wywiesiłem na drzwiach zawieszkę: "Please disturb. Sid is awake" Jest też oczywiście druga strona z przeciwieństwem. Ogarnąłem się troszkę, poszedłem do lodówki, zoorientowałem się, że bieda na mojej półce. Wrąbałem ziemniaka z wczoraj, podrapałem się po tyłku i wróciłem do pokoju. Stwierdziłem, że dokładnie przestudiuje mój students aid. Poczytałem troszkę ulotki. Wyszło na to, że już mam złotą kartę do różnych hostelów, 20% zniżki w sklepie z naturalnymi specyfikami, darmowy film do wypożyczalnia, zaproszenie na spotkanie towarzystwa chrześcijańskiego do którego oczywiście można przyjść bedąc nie wierzącym (ale szczerze mówiąc chyba się na to wybiorę bo będzie gospel śpiewał i maja tanie jedzenie i picie). Po jakimś czasie odezwała się Paulina i poszliśmy do "asdy" po zakupy. Teraz muszę obalić jeden wielki angielski mit. No nie słyszałem większej ściemy jak to, że w Brytanii nie ma normalnego chleba. Może biały jest nie do końca taki jak nasz. Ale razowców, ziarnowców, i bułek to oni maja wybór taki, że chyba z 15 minut stałem i decydowałem się na coś. Szczególnie, że wszystko świeże i pachnące a ja nie mogłem podjąć decyzji bo pakowane po kilka sztuk więc nie szło wziąć po jednej z każdego. Ale jakie pyszne te bułeczki były to aż się w dyni nie mieści. Kupiłem sobie też masło które, żeby było ciekawiej było słone i najtańszy serek topiony. Rydzyk fizyk w końcu. Na szczęście okazało się, że tani nie jest synonimem gównianego. Jedzenie było rzeczywiście wyśmienite. Jakże mogłem zapomnieć o tym, że najwspanialszym dodatkiem do tego jakże wykwintnego dania był najsmaczniejszy na świecie ketchup - Heinz! No mógłbym go pić zamiast wody. Mój model był jakiś organiczny (tak było napisane) wiec zanim poleciał nektar bogów wylał mi się litr czerwonej wody na kanapkę. Ale nie ma problemu. Po prostu przelałem to do zlewu i mogłem się delektować dalej wyśmienitym obiadem. No właśnie, trochę pomieszałem chronologię. Przenieśmy się zatem na porę po śniadaniu. Ruszyliśmy pozałatwiać wszelkie formalności z students card. Najpierw oddaliśmy formularz na jutrzejszą imprezę. Pewnie dlatego, że będzie jakiś lunch. Następnie udaliśmy się do lerning center po kartę. Powiedziałem im, że mam błąd w imieniu. To skierowali mnie do innego budynku po czym rzewnie przeprosili za kłopoty. Pani recepcjonistka prawie umarła z podniecenia, żeby wskazać mi drogę. W trakcie drogi spotkałem Petera który o dziwo mnie poznał. Niestety leciał na jakieś spotkanie więc nie pogadaliśmy za wiele. W trakcie przemieszczania się prawie mnie przejechał jakiś morderca na rowerze po czym rzucił sorry i pojechał dalej. Szczena mi opadła do ziemi bo gościu wyglądał tak, że w Polsce bym go zapobiegawczo zastrzelił natomiast tutaj on poczuł się źle, że zagroził mojemu zdrowiu. Dotarłem do wspomnianego wcześniej budynku ML i chciałem załatwić problem pomyłki. Pan ochroniarz gdy usłyszał po co przyszedłem uśmiechnął się i powiedział, że tego nie załatwię. Pytam ładnie czemu a on, że jest obiad. Od 12 do 14. No fajno. Mam 40 minut. To pożegnałem się grzecznie i poszedłem do Holenderek. Usiadłem z nimi w knajpie i pogadaliśmy o naszych krajach. Usłyszałem wiele porąbanych historii o Amsterdamie. Ku mojemu zdziwieniu nie palą trawy i nawet nie chcą się w to mieszać. Po miłej rozmowie wróciłem do tamtego biura. Pani raz dwa załatwiła mój problem i mogłem odebrać kartę studenta. Tym razem obyło się bez problemów. Dostałem swój plastik który wygląda mniej więcej tak, że mam zdjęcie, napis L. Gajdek i pasek magnetyczny. Wszystko jest na nim. Poza tym otrzymałem także kartę drukarską. Wygląda to tak, że idzie się do IT room, pracuje bez problemów na komputerze i jak się chce drukować to albo się wybiera swój profil albo przejeżdża tą również magnetyczna kartą przez czytnik. Drukara wtedy zżera kredyty i wszystko jest fajno. Na starcie dostaje się 1.50 więc jeszcze bardziej fajno. Stronka a4 kosztuje 5p co jest całkiem uczciwym biznesem. Poszedłem tam, aktywowałem kartę i wydrukowałem sobie kilka kopii CV. Okazało się potem, że zrobiłem to na rachunek jakiegoś innego gościa niestety. Swoją drogą na zdjęciach które dodałem widać bibliotekę która ma trzy piętra. Na każdym z nich jest masa komputerów a na ostatnim piętrze jest IT czyli prze gigantyczna sala z samymi komputerami i drukarkami od laserowych po takie wielkie a3. Tej sali na razie nie cyknąłem bo samemu nie chciałem szaleć z aparatem. Samemu bo zgubiłem gdzieś polki i holenderki. Jak skończyłem to dostałem na swój wypas angielski numer smsa, że mnie szukają i żebym wracał. Zrobiłem tak więc i wtedy nastał obiad o którym napisałem wcześniej.  Po pokrzepieniu ciała przyszedł czas na intelektualną walkę z native angielskim czyli załatwienie sobie konta w banku. Stwierdziłem, że jestem odważny to wejdę i spróbuję. Już na starcie Pani uraczyła mnie wielkim białym uśmiechem i strzeliła coś w rodzaju "hr ju" Ja trochę zdębiałem i po prostu odpowiedziałem "Hi".  Wygłosiłem piękne przemówienie po co przyszedłem. Ona chciała mnie spławić bo nie wziąłem "Welcome letter" z uniwerku ale się nie dałem bo miałem informację, że wcale go nie trzeba mieć. Powiedziała, że w takim razie pójdzie spytać i wróciła za chwilę z jeszcze większym uśmiechem. Już sobie myślę, że teraz ma jakieś lepsze argumenty a tu zdziwko, ona mi rzuca, że miałem rację i, że mam sobie usiąść na wygodnej kanapce i poczekać na przedstawiciela. No to sobie usiadłem wygodnie. Za chwilę leci jakaś Pani z kolejnym wielkim uśmiechem i mówi, że za sekundkę przyjdzie. Przyszła po 10 minutach z o dziwo wielkim uśmiechem i przeprosiła za czekanie. Usiedliśmy sobie w biurze. Ona do mnie "hr ju". A ja wtedy sobie myślę - haa! Teraz już jestem na to przygotowany. No to jej pięknie, że cudownie i dziękuję. Ona się pyta czy mam jakieś ID. Mówię, że dowód i prawko jeśli woli. Ta z cholernie wielką i w sumie chyba nie wymuszoną uprzejmością mówi, że lovely i, że weźmie prawko. Potem niestety było już gorzej bo chciała list od agencji pracy jako potwierdzenie, że na koncie będzie jakaś kasa wpływała. Tego jej niestety nie mogłem pokazać no i dupa. Nie będzie konta. Pani niestety nie dała się przekonać na żadne moje zapewnienia. Zamiast tego dała mi wizytówkę i powiedziała, że jutro będzie na uniwerku to mi pomoże. Jutro to ja mam otwarcie roku na stadionie więc niestety się z nią nie spotkam. Wstała, pięknie się uśmiechnęła i pożegnała ładnie. Byłem tak cholernie urzeczony faktem, że prawie mnie po dupie całowali, że nawet nie czułem tego, że nie założyłem tego konta. Poszliśmy więc dalej szlajać się po mieście. Odważyłem się, żeby wejść do sklepu z grami i zapytać czy może jest jakakolwiek szansa znaleźć tam pracę. No fajerwerki mi z uszu wyleciały jak powiedzieli, że będą szukać pracowników pod koniec miesiąca. No to ja, że świetnie i, że przyniosę jutro CV. Poszedłem sobie oglądać gierki i wyszło na to, że to nie tylko sklep ale i wypożyczalnia. Znalazłem fajne promocje i pogapiłem się jeszcze trochę. Jakaś sprzedawczyni przechodziła obok mnie i sie przywitała. Znowu podniszczyła tym stan mojej szczęki. Nie mogę uwierzyć w poziom tej grzeczności. Niby mówi się, że jest fałszywa ale jak na razie wygląda to naprawdę miło. Poleźliśmy dalej i okazała się, że na ulicy pełnej sklepów jest ukryte wielkie centrum handlowe. Weszliśmy tam i znaleźliśmy najgenialniejszy sklep na świecie "wszystko za funciaka" I rzeczywiście wszystko było za tą cenę. A jak coś było tańsze to dawali kilka. Jak puszki z napojami 4 za funta. Znaleźliśmy tam wiele kompletnych gówien ale również wspaniałe skarby jak np. breloczek udający dźwięk pękającej folii bąbelkowej. Oczywiście za funciaka (swoją droga widziałem takie w Polsce za 39zł) albo świetne gumowo-dmuchane zabawki z włoskami, które się tak fajnie przelewały w rękach. Kupiłem w końcu 2 litrowy sok i wyszedłem. Zadowolony łyknąłem sobie zdrowo i poczułem przelewającą mnie falę gorąca bo okazało się, że to jest do rozcieńczenia. No ale nic. Przeszliśmy się jeszcze i zauważyliśmy fakt, że zamykają już wszystko mimo, że była godzina 6. Nie chce im się więcej pracować. Wróciliśmy do domu. Zjedliśmy lazanię którą każdy sobie kupił też za funciaka i usiedliśmy przed laptopami. Po jakimś czasie otworzyliśmy bardzo dobre Szkockie piwo (tym razem nie za 5p) - Murphys. Goryczkowa rozkosz dla podniebienia. Wprawdzie nam zamarzło w zamrażalce ale co tam. Chwila i znowu było płynne. Pogadaliśmy miło a po jakimś czasie zwaliła się na chatę ekipa Holendrów których widać na zdjęciach. Mega ziomy. Okazała się, że gościu ma podobne zainteresowania do moich. Uwielbia seriale jak south park, słucha podobnej muzy i jest typowym ziomem. Mówi ciągnące się maaaan, nie spieszy się z tym i ma postawę ludzika z gumy. Jest genialny. Nalał sobie wódki, uzupełnił koką kolą i oddał się przyjemności oglądania zdjęć z Poznania i słuchania różnych zespołów. Sam podzielił się tym samym. Poszedł po jakimś czasie i tak zostałem sam z trzema Holenderkami pisząc sobie tego bloga i nie rozumiejąc ni cholery z tego co mówią. Od czasu do czasu padnie jakieś Lucas i wtedy podnoszę oczy na co od razu słyszę wytłumaczenie o co chodziło. Jutro otwarcie roku na stadionie. Będzie zabawa.&lt;br /&gt;Hr Ju!&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-8758964492968441690?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/8758964492968441690/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=8758964492968441690' title='Komentarze (6)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/8758964492968441690'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/8758964492968441690'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2008/09/3-days-at-battlefield.html' title='3 days on the battlefield'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>6</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-4303799972050303017</id><published>2008-09-11T00:05:00.000+01:00</published><updated>2008-09-12T19:11:56.446+01:00</updated><title type='text'>2 days on the battlefield</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Akademik zaczął mi się zapełniać. Przyjechali fajni ludzie. W sumie to fajne kobiety. Dwie Polki, Holenderka i Czeszka. Tak więc jak na razie jestem jedynym facetem na swoim skrzydle a to już dało się we znaki gdyż np. siedziałem 17 godzin nad dwoma laptopami, które jak na złość nie chciały ze mną współpracować. Trzeba zauważyć, że aby podłączyć się do tutejszej sieci bezprzewodowej trzeba się troszkę namęczyć z początku no i mi to poszło bezproblemowo natomiast ich sprzęty ni cholery nie chciały zażył wielkiego interneta. W końcu jeden mnie posłuchał ale nie jestem pewien czy rano będzie się tak samo zachowywał. Jutro dalsza część zmagań.&lt;br /&gt;Poszliśmy rano z koleżanką Pauliną (tą od wzajemnego wspierania się) na spacer po Wolver. Zwiedziliśmy wielką część miasta. Wygląda całkiem znośnie choć samo w sobie nie jest zbyt ładne. To wszystko jest postindustrialną dzielnicą dlateo wśród ładnych domków znajdzie się też sporo ruder i fabryk. Natomiast jak wszędzie tak i tu kościoły świecą się jak cholera. Żeby było ciekawiej, tylko dzisiaj widziałem 4 różne rodzaje. Znaleźlismy też to, na co liczyłem czyli wielki naprawdę ładny park. Jak to anglicy. Trawniczek przystrzyżony, kwiatuszki równiutko, nawet stawek był odpicowany i miał koła ratunkowe choć kąpiel zakazana. Wszędzie latały szynszyle a przy wodzie no po prostu w setkach liczyło się ilość ptactwa. Głównie kaczek i gołebi. Nie wiem czy one też są jakieś arystokratyczne ale nigdzie nie było ani jednego g**** a siedziała tam ich taka masa, że ich odchodami można by okrążyć ziemię 3 razy.&lt;br /&gt;Poznając jedną z Polek miałem również przyjemność zaznajomić się z Łukaszem. Gościu jest już tutaj 3 rok, studiuje psychologię. Ogólnie mówi, że na uniwerku prawie się nie pojawia gdyż wszystkie wykłady są w necie, oddaje eseje i ćwiczenia a cały czas poświęca na pracę. Co ciekawe. Przyjechał tutaj znając słabiutko angielski. Natomiast teraz ma własne biuro tłumaczeń i uczy polskiego a jego akcent jest taki, że nie idzie się poznać, że to fake. Pokazał nam troche uniwerek który wygląda całkiem imponująco. Powiedział gdzie co jest i gdzie po co iść. Następnie spotkaliśmy się wszyscy z Justyną czyli dziewczyną, z którą ja się dogadałem, że mi pomoże. Mega pozytywna babka. Już po samym wyglądzie można tak stwierdzić. Zaprowadzili nas razem do O2 gdzie kupiliśmy sobie startery. Od razu aktywowałem international calls i dzięki temu mam roaming za śmieszne pieniądze. Następnie Justyna zaprowadziła nas na wydział Art&amp;amp;Design. W między czasie pocieszyła trochę mówiąc, że na fotografii wcale nie jest tak lekko jak na innych kierunkach. To dobrze bo już się zacząłem martwić, że nie będę musiał nic robić a nie o to mi tutaj chodzi. Nasz budynek ogólnie jest strasznie obleśny. Nawet nie tylko z zewnątrz ale w środku też. Niby wydział sztuki a projekt jest taki jakby powstał za czasów komuny. No ale nie to jest ważne. To co naprawdę się liczy to fakt iż sprzętu foto to tam mają tyle ile cały Poznań plus okoliczne małe mieścinki jak Warszawa i Kraków. Poczynając na tym, że jest wielgachne studio z całym możliwym wyposażeniem to jeszcze kompleksowe laboratoria do wywoływania zdjęć a nawet obrabiania materiału na którym się je wywołuje, czyli wycinania itp. Widziałem też jedną z salek komputerowych służącą głownie do projektów wszelkiej mazi. W środku stało bagatela 50 najnowszych maców. Zwróćmy uwage na fakt "jedną z salEK". Potem poszedłem z Justyną do jej domku oglądać projekty z pierwszego roku. Jak zobaczyłem tą chatkę w środku to myślałem, że padnę. Mieszka sobie z 4 znajomymi. Każdy ma swój, ogromniasty pokój, pieknie umeblowany, internet i wszystkie bajery i kurde płacą po 100 funciorów mniej niż ja. W zimie z 5o funtów mniej. Paranoja jakaś. Jedyne w czym jej domek jest gorszy od mojego akademika to fakt, że 2o minut piechotą od szkoły. Ale te warunki to po prostu kosmos. Pokazała mi wszelkie swoje projekty i w sumie okazało się, że tam jest kupa roboty. Raz, że pełno esejów do pisania to jeszcze wspomnianych wcześniej projektów. Po pierwszym semestrze miała wielkie zeszyty zapełnione, no i masę fotek w przeróżnej postaci, nawet na koszulkach (jej pomysł na użycie materiału zamiast papieru). Pocieszyła mnie, że jest naprawdę co robić i, że sama jest bardzo zadowolona z kierunku. Wróciłem sobie do akademika i poszliśmy z dziewczynami na zakupy. Stwierdziliśmy, że jest późno i nie chce nam się nic specialnie przygotowywać więc kupiliśmy ciekawą rzecz. Gotowe ziemniaki z przyprawami i masełkiem. Wystarczy wsadzić do mikrofalówki dwa razy podgrzać i gotowe. Do tego wielką paczkę warzyw i sos słodko kwaśny, no i oczywiście talerz. Przyszlismy zadowoleni i zabraliśmy się do roboty. No i na samym starcie dupa. Kuchenka elektryczna nie działa a warzywka trzeba usmażyć. To lecę do ochroniarza i się pytam czy mi pomoże. No to on przyczłapał się zaraz do nas i popatrzył to tu to tam, przełączył przycisk do zasilenia kuchenki na oko jakieś 763 razy i poszedł do bezpieczników. Niestety nie miał do nich klucza więc stwierdził, że jutro przyjdzie elektryk. Dobra, nie załamujemy się. Ziemniaczki wyglądają pysznie to sobie wszamamy. Zrobiłem jak trza było i próbuję. I jak, dobre? Chmm, ziemniak jak ziemniak, i to bez soli. No to bierzemy nasz sos. Wprawdzie wymaga ugotowania na patelni razem z przyrządzanym jedzeniem ale zrobimy to w mikrofalówce. Niestety sos okazał się bardzo słabo jadalny. Ech trudno, to wpieprzamy pyry. Po sól się nikomu nie chce iść to będą takie. Obiad był wręcz wyśmienity. Jeśli jutro naprawią prąd to będzie wszystko fajnie, jeśli tego nie zrobią to będe jadł cały czas pizze z mikrofalówki. Dobra, posprzątaliśmy i zaczęliśmy się bawić przy laptopach. Po krótkim czasie okazało się, że każdemu sie nudzi więc postanowiliśmy to zmienić. Dlatego też bawiliśmy się wszyscy przy laptopach ale w kuchni. Tak do 12 a potem grzecznie do łóżeczek czy innych zajęć.&lt;br /&gt;Jutro idę zakładać konto w banku jak również szukać pracy. Wiem, że w MC wsioku są miejsca i nawet się kuszę czy nie spróbować gdyż stawka tam wpradzie niewielka bo 4,60 na godzinę ale za to unormowane warunki pracy, blisko no i raczej strasznie się nie przemęczę. W pubie trzeba zapylać w nocy, tam na spokojnie w dzień mogę. Poza tym podobno na początku nie uda się zarobić więcej. Idę jeszcze spróbować w paru miejscach, np. w sklepie z grami. Problem z tym, że tam robi tylko jeden człowiek więc pewniu już nie ma miejsca. Chciałbym jeszcze poruszyć kwestię tych zarobków. Ogólnie może się wydawać, że 4.60 na godzinę to jakiś śmiech na sali. Trzeba jednak patrzyć na to tak, że nawet zarabiając, powiedzmy dwa razy mniej niż w MC w polsce to jednak wszystko jest tutaj 4 razy tańsze gdyby zamiast funtów były złotówki. Tak więc pracując tylko godzinę, jestem w stanie sobie kupić mega obiad. Przykładowo, dzisiejsze ziemniaki plus warzywa plus sos kosztowały mnie 4 funty. Za czwórkę można też sobie kupić 3 całkiem dobrze wyglądające pizze. Wielgachny talerz kosztował mnie 2.50 a żelazko jest za szóstkę. Tak więc zarabiając tutaj rzeczywiście można na dużo sobie pozwolić. Dorzucę do tego, że jakbym chciał się ubrać od góry do dołu w "Marks&amp;amp;Spencer" to muszę popracować 3 dni na to za już wspomnianą wcześniej drakońską stawkę. Mam tylko nadzieję, że uda mi się szybko znaleźć robotę to będzie dużo spokojniej.&lt;br /&gt;Wrzuciłem kilka fotek na picasa. Czemu tak mało? Bo zapomnialem aparatu jak łaziłem wszędzie. Jutro postaram się o więcej.&lt;br /&gt;Love.&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-4303799972050303017?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/4303799972050303017/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=4303799972050303017' title='Komentarze (5)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/4303799972050303017'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/4303799972050303017'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2008/09/2-days-at-battlefield.html' title='2 days on the battlefield'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>5</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-1300192177991335931</id><published>2008-09-10T00:02:00.000+01:00</published><updated>2008-09-11T00:01:41.156+01:00</updated><title type='text'>D Day</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;No i dojechałem do tej jakże obiecanej ziemi. Choć wymagało to dużej cierpliwości i spokoju. Zajeżdżam sobie zadowolony na osławiony port lotniczy im. Fryderyka Chopina (Okęcie), zachodzę do terminalu, patrzę na tablicę odlotów. Jest mój samolot. Przynajmniej na tym etapie nie było ściemy. Szukam na mapie terminalu "Etiuda" bo z takowego miałem odlatywać i nigdzie tego nie mogę znaleźć. W końcu, patrzę jest jakieś małe nie wiadomo co, zupełnie z boku. Idę do informacji i pytam się gościa jak tam dojść a on zadowolony, że trzeba wyjść z lotniska i zapylać pół kilometra. No dobra. To idę. Już z daleka widziałem ten nie kończący się korek walizek na kółkach. Stanąłem grzecznie w kolejce bo czasu było bardzo dużo i obserwowałem ten dance masakra wśród rozjuszonych klientów samolotów latających na słowo honoru. Gdy w końcu dostałem się do środka zaczęła się batalia z przeprawą i nadwagą mojego bagażu. O dziwo fakt ten nawet nie został  zauważony i obyło się bez rozpruwania plecaka i sprawdzania czy nici, którymi został zszyty nie są nasączone jakąś amfą. Wszedłem do poczekalni i od razu przyuważyłem jakąś grupkę młodzieży. Usiadłem obok i uważnie nasłuchiwałem czy aby nie padnie magiczne Wolverhampton. Niestety zamiast tego usłyszałem "Pani Profesor" skierowane do jakieś babki i moje nadzieje zostały zniszczone. Nagle pojawiła się w wejściu jakaś wysoka kobieta z milionem świecących walizeczek. Uśmiechnęła się do mnie a wtedy w chmurce nade mną pojawił się taki mały ludzik trzaskający głową w ścianę. Usiadła naprzeciw i zaczęła batalię o miano najbardziej porąbanej pasażerki. Kupiła sobie dwa piwa (trzeba zauważyć, że jakże szanowny "Dąb" kosztował tam 12 zł (!) ) po czym nawaliła się w troki. Siedziała taka rozwalona na plastikowym krzesełku i bujała się lekko. Kiedy nadszedł już czas wsiadania powoli na pokład, a samolotu ani widu ani słychu, doświadczona już w sposobach radzenia sobie ze stanem przedzawałowym pasażerka zaczęła latać w tą i z powrotem wymachując łapami. Ja w tym czasie zaprzyjaźniłem się z dziewczyną, która okazało się też jedzie studiować tam gdzie ja. W końcu wsiedliśmy na pokład, samolot dał po garach, zeschizowana pacjentka rozryczała się aż cacy a za mną krzyczały jakieś dzieciaczki. Po dwóch godzinkach lotu trzasnęliśmy o ziemię. Swoją drogą pilot podchodząc do lądowania jeździł między tymi światełkami na pasie. Na szczęście to tylko gówniana pogoda rzucała samolotem we wszystkie strony. W końcu wysiedliśmy w magicznym Birmingham. Znalazła nas szybko Ania i zabrała ze swoim mężem do Wolwer. Na pierwszy rzut oka całkiem znośnie. Potem przyszedł czas na akademiki. Z zewnątrz również znośnie. Prawie jak na zdjęciu. Natomiast to co zobaczyłem w środku troszkę mnie podłamało. No nie było to jak na fotkach za które usłyszałem ironiczne nienawidzę Cię. Pokój całkiem spory nawet. Wielki stół a na nim pudełko z napisem Student Aid. W środku ulotki dezodorant, mentosy, i pasta do zębów. Z boku jakaś obleśna umywalka i lustro. Dobrze chociaż, że łóżko jest duże i nie wystają mi nogi z niego bo tego to już bym nie przeżył. Poszedłem zobaczyć kuchnię. Ta na szczęście wygląda ładnie. Nawet ma całkiem fajne sprzęty jak wypasiona mikrofalówka. Za to za nic w świecie nie mogę rozkminić jak zamknąć szafkę na jedzenie bo takiej technologii to ja jeszcze nie widziałem. Łazienka i kibelek też są na szczęście w porządku choć wentylator w tym drugim się nie wyłącza i napieprzał mi całą noc co niestety słychać trochę ale idzie się przyzwyczaić. Po tych oględzinach i przekonaniu się, że jestem tutaj sam jak na razie zaczęła się walka z prądem gdyż oczywiście zapomniałem przejściówek. Nie wiedziałem gdzie polka mieszka a telefon miał się zaraz rozładować. Padł w momencie jak przeczytałem smsa od niej. Spotkaliśmy się i razem poszliśmy się dolinować. Weszliśmy do sklepu, kupiliśmy po piwach za 5 pensów (tak, za 21 groszy) i poszliśmy do niej rozpaczać nad losem. O dziwo browar za minimalną stawkę sekundową okazał się nie najgorszy gdyż było to po prostu rozwodnione piwo ale dawał się pić. Przeszliśmy się jeszcze po mieście oglądając nocne życie które jak na razie zbyt nie kwitnie gdyż nie ma wielu studencioków. Ale puby i kluby były pootwierane a w środku całkiem miło wyglądający ludzie. Stereotyp brzydkich angielek chyba się sprawdza. Natomiast przystojnych facetów to tutaj kurna jest na kopy. No coż. Wróciłem do pokoju, zakleiłem szybkę na drzwiami przez którą wlatywało mi światło do pokoju, strzeliłem sobie w łeb i poszedłem spać. Dzisiaj jest już na szczęście lepiej z moją psychiką choć cały czas szału nie ma. Spotykam się dzisiaj z dziewczyną która już tutaj studiuje i pomoże nam pozałatwiać trochę spraw. Porobię zdjęcia.&lt;br /&gt;Peace and pray for me.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-1300192177991335931?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/1300192177991335931/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=1300192177991335931' title='Komentarze (9)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/1300192177991335931'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/1300192177991335931'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2008/09/d-day.html' title='D Day'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>9</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-4649108751724213205</id><published>2008-09-06T13:24:00.000+01:00</published><updated>2008-09-06T13:31:11.033+01:00</updated><title type='text'>T minus 2 days 16 hours 40 minutes</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;I znowu jestem k**** nieasertywny. To nie miał być blog o tym jak dostałem pierwszej miesiączki czy innych przebłyskach twórczości neo 13 latków ale o obalaniu lub potwierdzaniu stereotypów angielskich. Ja jeszcze nie wyjechałem z kraju a już kurna na dźwięk samotności związany z żegnaniem swoich wspaniałych przyjaciół czuję jakąś porąbaną potrzebę opublikowania smutków w necie. To nie ja.&lt;br /&gt;Boję się.&lt;br /&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-4649108751724213205?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/4649108751724213205/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=4649108751724213205' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/4649108751724213205'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/4649108751724213205'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2008/09/t-minus-2-days-16-hours-40-minutes.html' title='T minus 2 days 16 hours 40 minutes'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-2671166614605830189</id><published>2008-08-31T21:07:00.000+01:00</published><updated>2008-08-31T21:19:48.728+01:00</updated><title type='text'>T minus 9 days</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;Pierwszy pożegnany przyjaciel. Narastający stres. Głupie problemy z akademickimi systemami, ludzie mylą daty urodzenia a potem ja się denerwuje, że nic nie działa. Już tak naprawdę tydzień. Dorosłe samodzielne życie. Aż się wierzyć nie chce, że stare prawdy rodziców o tęsknieniu za liceum okazują się prawdziwe.  Pamiętaj stary, kup kamerę, będę siadał z laptopem na ławce mając was obok siebie. Za 10 lat pewnie się będzie dziękowało za podjęcie takich decyzji. Teraz nie potrafię jeszcze tak myśleć.&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-2671166614605830189?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/2671166614605830189/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=2671166614605830189' title='Komentarze (1)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/2671166614605830189'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/2671166614605830189'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2008/08/t-minus-9-days.html' title='T minus 9 days'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>1</thr:total></entry><entry><id>tag:blogger.com,1999:blog-8880481753288512615.post-4861995954003699932</id><published>2008-07-27T13:10:00.000+01:00</published><updated>2008-08-04T20:51:50.155+01:00</updated><title type='text'>T minus 43 days</title><content type='html'>&lt;span style="font-size:85%;"&gt;I stało się. Teraz już nie ma odwrotu. Papiery podpisane - jestem studentem. Zanim tam wszedłem denerwowałem się jak przed egzaminem. Jeden durny podpis i całe życie może potoczyć się inaczej. Wchodzę. Nikogo nie ma. Wesoła Monika biegnie pokazać mi gdzie iść. Schodzą się powoli dziewczyny z rodzicami. Sympatyczne mordki. W końcu przychodzi też i Peter. To nasze drugie spotkanie. Zobaczył mnie i stwierdził, że to była najlepsza rozmowa kwalifikacyjna ever, bo w hotelowym pubie przy dobrym czeskim piwie. Jego akcent od razu podniecił wszystkie zgromadzone kobiety w tym mnie. Szybko przeleciał przez prezentację której sam nie znał. Wkurzył się, że ktoś zrobił jakieś gówno i sam zaczął wszystko opowiadać. Jako, że to dziekan wydziału Art&amp;amp;Design i wykładowca fotografii podniósł mnie na duchu opowiadając o szkolnym życiu. Pokazał jaki akademik wybrać. Pogadał z nami i poszedł z gościem z gazety odpowiedzieć mu na pytania. Potem ten sam facet przyszedł do nas i tak też znalazłem się w Tygodniku Toruńskim. Szkoła zapowiada się ciekawie. Jak będzie zobaczymy.&lt;br /&gt;43 dni.&lt;/span&gt;&lt;span style="font-size:85%;"&gt;&lt;/span&gt;&lt;div class="blogger-post-footer"&gt;&lt;img width='1' height='1' src='https://blogger.googleusercontent.com/tracker/8880481753288512615-4861995954003699932?l=lucasinengland.blogspot.com' alt='' /&gt;&lt;/div&gt;</content><link rel='replies' type='application/atom+xml' href='http://lucasinengland.blogspot.com/feeds/4861995954003699932/comments/default' title='Komentarze do posta'/><link rel='replies' type='text/html' href='http://www.blogger.com/comment.g?blogID=8880481753288512615&amp;postID=4861995954003699932' title='Komentarze (0)'/><link rel='edit' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/4861995954003699932'/><link rel='self' type='application/atom+xml' href='http://www.blogger.com/feeds/8880481753288512615/posts/default/4861995954003699932'/><link rel='alternate' type='text/html' href='http://lucasinengland.blogspot.com/2008/07/t-minus-43-days.html' title='T minus 43 days'/><author><name>Lucas</name><uri>http://www.blogger.com/profile/09141916816658077812</uri><email>noreply@blogger.com</email><gd:image rel='http://schemas.google.com/g/2005#thumbnail' width='21' height='32' src='http://4.bp.blogspot.com/-p7VX0gcINMc/Ti3kHsEuhOI/AAAAAAAADak/-VTHispZtsA/s220/me.jpg'/></author><thr:total>0</thr:total></entry></feed>
